Archiwa kategorii: DO POCZYTANIA

Podsumowanie dobrego 2015 – nowe wyzwania na 2016!

Udany rok. Tak w skrócie mogę podsumować ostatnie 12 miesięcy.

Po bardzo ciężkim dla mnie 2014, kiedy to przez 8 miesięcy zmagałam się z kontuzją, przechodziłam ciężki okres w pracy, a dzieci dodawały swoje pięć groszy, nie miałam wielkich planów na 2015.

Bałam się zaplanować sobie trening, wiedząc, że kontuzje mogą się odnowić. Postanowiłam zatem skupić się na rozbieganiach i gimnastyce siłowej. Potem dodałam jeszcze spinning (intensywna jazda z „biegami” na rowerze stacjonarnym). Forma rosła bardzo powoli. Ale nie czułam presji, szybko zrezygnowałam z planów maratońskich, wiedząc, że muszę odbudować bazę, by potem na tym, co wytrenuję poprzez spokojne treningi, budować formę na poważne starty w 2016.

Jako docelową imprezę wybrałam Wings For Life. Dlaczego? Wiedziałam, że nie będzie tam presji wyniku, na pewno czeka mnie fajna zabawa, a cel jest poważny. http://www.wingsforlifeworldrun.com/pl/pl/o-biegu/o-biegu/11182023_891430357585668_2692852315661139676_n

Udało się zwyciężyć! Pomimo perturbacji żołądkowych, ciągłego schodzenia z trasy… Ta wygrana dodała mi skrzydeł. Wtedy postanowiłam (sobie, nie chwaląc się tym za bardzo), że zostanę ultraską. Przebiegnę 100 km po górach i po płaskim.

Wzięłąm się do pracy. Niestety wychowując dwójkę przedszkolaków i pracując na pełen etat, nie da się biegać tak, jak by się chciało. Muszę układać trening dostosowując go do możliwości czasowych. Wynika z tego, że większość tygodniowej aktywności przypada na weekend. W każdą sobotę i niedzielę starałam się biegać 90-100 minut i tyle samo czasu spędzić na rowerku spinningowym. Dodając do tego ćwiczenia ogólnorozwojowe miałam po 4 godziny zajęć sportowych w sobotę, a w niedzielę była powtórka;) Pozostałe dni przeznaczałam na regeneracyjne biegi od 5 do 14km. Najczęściej rano, przed pracą (zanim dzieci wstały, choć to nie łatwe, bo moje milusińskie lubią być wcześnie na nogach). Do tego doszły starty kontrolne (TUT w lipcu – 64 km cross w Trójmieście, Spartan Race i Bieg na Wielką Sowę) oraz 2 tygodnie wakacji w górach. Stacjonowaliśmy w Lądku Zdroju – a ja biegałam na nakładającym się zmęczeniu od 16 do nawet 52 km.

11 września wystarowałam w Mistrzostwach Polskiw Ultramaratonie (100km po b7d11górach w ramach Festiwalu Biegowego). Na start dotarłam bezpośrednio po wyjeździe integracyjnym, co nie ułatwiało sprawy. Mimo to udało się zdobyć srebro (gubiąc się po drodze i biegnąc bez czołówki). Ale tylu endorfin nie b7d9doświadczyłam już dawno! To były fantastyczne zawody oraz kolejne doświadczenie. Cenne doświadczenie.

 

Następnie bez problemów już wygrałam Ultramaraton Karkonoski. Zdecydowałam się też zaatakować uliczną setkę. 100 kilometrów po asfalcie to zupełnie inne bieganie niż to, czego do tej pory zaznałam. Należałoby utrzymywać w miarę stałe tempo przez cały dystans. Mnie udało się to tylko do 7o km. Potem „doczłapałam” do mety, bijąc rekord Polski i osiągając czas 8:01. Wspomnę tylko, że biegłam ze złamanym żebrem – po niefortunnym upadku na 5km (nadziałam się na metalowy pachołek).

W listopadzie leczyłam żebro, a wgrudniu przystąpiłam do mocnego treningu. 470km w miesiącu to mój rekord;) Do tego kilka godzin gimnastyki i spinning).fotAdrianKrawczyk_039_IMG_6532

W 2016 chciałabym….

 

 

Zwycięstwo w Wings For Live… nie takie oczywiste

Wygrałam.

Tak wygrałam. Biegłam prawie 3h i 8 minut, prawie maraton. Prawie… a tak naprawdę ponad 43 km… do tego ładnych kilka minut spędzonych w toytoy’kach i przydrożnych lasach. Krępujące, ale prawdziwe. Poniżej historia mojej walki ze sobą, z upałem, a przede wszystkim z żołądkiem. Nie będzie to opis piękngo sukcesu… jakby to wynikało ze zdjęcia…

csm_GF2R9798_kopiuj_11ffd6fa9a

Do Poznania przyjechaliśmy już w czwartek. Tylko ja z mężem, bo nasz starszy syn, którego chcieliśmy zabrać, w ostatnim momencie stwierdził, że zostaje z babcią. Babcia nie do końca się ucieszyła, ale wnukowi odmówić nie mogła…

Spaliśmy nad jeziorem Strzeszyn, w najładniejszej (moim zdaniem) części Poznania. Biegaliśmy , spacerowaliśmy, graliśmy w golfa, piliśmy piwo i jedliśmy. Niestety… Nie to, żebym jedzenie uważała za coś niefajnego, ale niestety zbytnie pofolgowanie sobie przed biegiem przypłaciłam podczas wyścigu. Krewetki i ryba z grilla z tajemniczym sosem nie należą do bezpiecznego menu.

W dzień biegu przywitał nas śpiew ptaków i piękne słońce, chyba za piękne bo temperatura rosła z każdą godziną. Mimo to, byłam dobrej myśli, sądziłam, że 45km na pewno pokonam, a i 50 jest na pewno w zasięgu.

Start był z Malty, na którą przybyliśmy niewiele przed wystrzałem. Byłam dobrej myśli. Zaczęłam spokojnie, rozsądnie – 4,20, 4,15 min/km. To dla mnie komfortowe tempo, tak biegałam na treningach 25-30km. Biegło się rewelacyjnie.worldrun1

Dość szybko dogoniłam moich warszawskich kolegów (i nie tylko) i doś liczną grupą w wesołych nastrojach pokonywaliśmy kolejne kilometry. Nie skłamię pisząc, że biegło mi się rewelacyjnie. Niestety od 10-tego kilometra czułam, że coś nie tak dzieje się w moim żołądku. Coś bardzo nie tak. Mimo to kontynuowałam komfortowy bieg. Na 21 km mieliśmy czas 1,30 – czyli wszystko przebiegało perfekcyjnie… aż do 26 kilometra. Wtedy nagle pognałam do pobliskiego lasu. Bez szczegółów.

11092097_862861707116921_7889654818479213930_n

To był pierwszy z niezaplanowanych przystanków. Potem było jeszcze 6 kolejnych, a mimo to nie poddawałam się. Za każdym razem udawało mi się powrócić na trasę i utrzymywać założoną prędkość. Byłam strasznie zawstydzona zaistniałą sytuacją, ale co mogłam zrobić? Zejście z trasy nie wchodziło w grę! To był przecież mój dzień, byłam na czele!

Wings_for_Life_World_Run_Dominika_Stelmach_fot___ukasz_Nazdraczew__7_

Ostatecznie meta minęła mnie na 41km 850m, zajęło mi to prawie 3h i 8 minut. Dałam radę. Dałam radę! Niedosyt pozostał, ale… dałam z siebie naprawdę wszystko. W autobusie zasłabłam, także podłączono mnie pod kroplówkę i przetransportowano karetką na start. Tam doratowano mnie do końca i mogłam celebrować zwycięstwo. To była walka do końca.

Dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie na trasie, ratownikom i mojemu mężowi.

11182023_891430357585668_2692852315661139676_n

 

http://tvnmeteo.tvn24.pl/wideo/zwyciezcy-polskiej-edycji-biegu-wings-for-life-w-studio-active,1,1,1419491.html

Matka Polka biegająca

Matka Polka biegająca

Matka Polka biegająca

Matka Polka biegająca

Są Matki Polki feministki, są i te biegające. I jedne i drugie potrafią wzbudzać kontrowersje. W naszym oceniającym (czytaj: komentującym i zawsze lepiej wiedzącym) społeczeństwie nikt nie ma łatwo;) Ale w moim przekonaniu  młode mamy mają szczególnie przechlapane. Po pierwsze dlatego, że urodziły dziecko i nie zachowują się tak jak powinny. Zapytacie jak? No właśnie… Jak za bardzo przejmują się dzieckiem, dezynfekują każdy przedmiot, starannie ważą i mierzą każdą porcję jedzenia przygotowywaną dla dziecka – to są nadgorliwe. Gdy pozwalają maleństwu samemu decydować, zgodnie z hasłem, że brudne dzieci to szczęśliwe dzieci, – to pewnie nic je maluch nie obchodzi. Gdy wracają szybko do pracy – to są wyrodne. Gdy siedzą na macierzyńskim – to wykorzystują innych podatników, a najbardziej pracodawcę. Gdy kupują wszystko nowiusieńkie, ubierają dzieciaka zgodnie z najnowszymi trendami – to są snobkami i pozerkami. Gdy zbierają rzeczy od rodziny i znajomych – to może są za mało zaradne na to, żeby mieć dzieci. Etc…

Gdy biegają…

To może nikt im tego wprost nie powie, ale za plecami słychać, że bieganie/sport jest dla nich ważniejszy od dziecka. No pewnie, w końcu 23 h vs 1h to… ale zostawmy cyferki. W normalnej rodzinie dziecko ma mamę i tatę. Tatusia nie zabije kilkadziesiąt minut spędzone z maluchem, nawet gdy mowa o noworodku. Gdy dziecko ma więcej niż 6 miesięcy tatuś może z korzyścią dla całej rodziny zabierać na bieganie latorośl w babyjoggerze. Oczywiście mama też może, ale jakoś tatusiom z wózkiem bardziej do twarzy;)

Sytuacja komplikuje się przy dwójce, czy większej liczbie dzieci. Ale i to logistycznie jest do przeskoczenia, tylko cała rodzina musi zrozumieć, że bieganie jest ważne. Ba, jest bardzo ważne. W żadnym wypadku nie ważniejsze od dziecka, ale działa jak dobra psychoterapia. Wzmacnia psychicznie. Pozwala naładować akumulatory na bezsenne noce (wiem, co piszę – od 9 miesięcy nie przespałam całej nocy!). Pozwala na chwilę samotności, na chwilę dla siebie. Nie zastąpi tego kosmetyczka czy fryzjer.

Szczęśliwa mama to biegająca mama – taka teza byłaby zbyt brawurowa. Ale zaryzykuje stwierdzenie, że biegająca mama to szczęśliwa mama. To uśmiechnięta, cierpliwa mama. To silna kobieta.

Biegajcie zatem drogie mamy, w żadnym przypadku nie czując z tego powodu wyrzutów sumienia. Macie być wzorem dla dzieci, macie dla nich być zadowolone i pełne energii. Jak do tego dodamy poprawę sylwetki, wolniejsze starzenie się… to i oszczędności znajdą się w koszyczku korzyści.

 

A gdy dzieci są już trochę starsze to biegajcie razem z nimi. Może wychowacie przyszłego Mistrza Olimpijskiego, albo przynajmniej zdrowego, normalnego człowieka. A o to w dzisiejszym świecie technologii cyfrowych ciężko… zatem zmykam od komputera boksować ze starszym, siłować się z młodszym 😀

mk11

Mama 3 miesięcznego Malca sprawdza się w Maratonie Karkonoskim

Wyzwanie było niemałe. Maraton Karkonoski, czyli 44 km (ostatecznie skrócone do 42 wg. Garmina) w 3 miesiące po urodzeniu drugiego dziecka. Wyzwanie dla ciała, ducha i sprawdzian umiejętności logistycznych (całej rodziny)… ale po kolei.

Jakoś tak w siódmym miesiącu ciąży, gdy najdłuższa zima mojego życia zdawała się nie mieć końca, przeczytałam „niusa” o kończących się zapisach na sierpniowy Maraton Karkonoski. Jak mi się marzył ten bieg! Nie biegałam już od stycznia, brzuch był coraz większy, ale gdzieś z tyłu głowy czaiło się pragnienie i myśl, że może uda się przygotować, choć tyle, by ukończyć. Przecież to jedyna szansa, by w Polsce wystartować w Mistrzostwach Świata (bo taką rangę miał tegoroczny Maraton Karkonoski). Zapisałam się. Ze świadomością, że prawdopodobnie jednak nie uda się pojawić w Szklarskiej.

Liczyłam na to, że urodzę „planowo” – w połowie kwietnia, ale Kacper kazał na siebie czekać do końca miesiąca. Poród był ciężki i długi, lecz mimo to szybko zaczęłam wracać do siebie. Już tydzień po porodzie wybrałam się na pierwszą przebieżkę. Nie wyobrażałam sobie, że za niecałe 3 miesiące będę w stanie pokonać maraton. Maraton górski??? To przecież jeszcze większe wyzwanie.

Dopiero, gdy w lipcu wybraliśmy się na 3 tygodniowy urlop do Wysowej (nasza ukochana miejscowość w Beskidzie Niskim) i udało mi sie pokonać ponad 400 km zaczęłam układać plan wyprawy w Karkonosze. Wiedziałam, że do pełnego przygotowania dużo jeszcze brakuje, że ciążą dwa nadprogramowe kilogramy (doskwiera przede wszystkim brzuch), że nie mam szybkości, że ciężko marzyć o jakimkolwiek dobrym wyniku. Ale ukończyć? Jestem w stanie.

Tydzień przed maratonem wystartowałam w Biegu Powstania Warszawskiego – czas 40,58 na dychę nie nastrajał mnie optymistycznie, ale warunki były trudne, za szybko zaczęłam. „Może zatem jakoś to będzie?”. Jeszcze tylko trzeba było przekonać rodzinę i wszystko dobrze zaplanować… W pewnym momencie śmieliśmy się z mężem, że na Śnieżce zrobię sobie przerwę na karmienie Kacperka;)

Ostatecznie starszy syn został odtransportowany do dziadków do Łodzi, a ja z Kacprem i mężem udaliśmy się w czwartek do Szklarskiej. Tam kochana Edzia (uczestnicząca w obozie bieganie.pl) obiecała pomóc Maćkowi w piastowaniu Malucha. Dzięki wielkie!! Bez Ciebie nie zdecydowałabym się pobiec (i nie chodzi o to, że nie ufam mężowi, ale jednak 5-6 godzin z 3 miesięcznym Szkrabem przerosłoby go;). Nocowaliśmy w hotelu Kryształ, ale pierwszy wieczór spędziliśmy w Bornicie (spotykając wielu znajomych:)))- jeszcze raz pozdrawiam). Przypomniał się zeszłoroczny obóz (spędzony bez dzieci – ach, kiedy będzie kolejna taka możliwość? raczej nieprędko;).

Dzień przed biegiem niestety zdecydowałam się na konsumpcję Vitargo i dopadły mnie problemy żołądkowe. Dość poważne, aż zaczęłam obawiać się o start. Ledwo dotarłam na ceremonię rozpoczęcia Mistrzostw Świata. Tak się złożyło, że dostałam się do Reprezentacji Polski (co w sumie było dość stresujące, bo „musiałam” dobiec jako 4 Polka do mety, inaczej moja obecnośc w kadrze okazałaby się nietrafiona).

maraton karkonoski

Rano w dzień startu nastawiłam budzik na piątą – musiałam coś zjeść. Niestety z „rozwalonym” żołądkiem wybór był ograniczony. Żadne syntetyczne specyfiki nie wchodziły w grę. Skończyło się na bułce z miodem i suszonych bananach. Plus woda, dużo wody (temperatura już o świcie przekraczała 20 stopni, na południe prognozowano 37; w pełnym słońcu!). Bałam się cholernie odwodnienia (mój organizm jeszcze nie był w stanie dobrze radzić sobie z termoregulacją, gospodarka wodna przez karmienie była zaburzona). Po raz pierwszy w życiu zdecydowałm się biec z pasem na wodę. To oczywiście dodatkowy balast, ale „wycieczka w góry” coraz bardziej jawiła mi się jako sztuka przetrwania.

maraton karkonoski

Przed startem spotkałam wielu znajomych, choć nie wszystkich udało się odszukać. Zrezygnowałam z rozgrzewki, wychodząc z założenia, że wbieg na Szrenicę (6,5 km) będzie wystarczająco „rozgrzewający”. Wiedziałam, że muszę zacząć bardzo spokojnie, bo tak naprawdę walka zacznie się na górze. Postanowiłam trzymać się Magdy Łączak. Tak też zrobiłam i przyznam, że podbieg okazał się całkiem przyjemny. Potem jednak, jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy Magda dołożyła mi chyba ze dwie minuty na zbiegu. Mnie! która przed ciążą uważała się za mistrzynie zbiegania. Ale nie tym razem… nie dawałam sobie rady z drgającymi kamieniami. O dziwo, doskonale radziłam sobie z podbiegami. Mniej więcej na 14-15 km wyprzedziłam Magdę i na połówce miałam nad nią całkiem sporą przewagę. A biegłam spokojnie, korzystając z każdej możliwości napicia się wody. Zaryzykowałam też żel energetyczny (niestety! bo brzuch szybko dał się we znaki i nie było już tak fajnie). Brzuch, odwodnienie, pełne słońce i zmęczenie powoli dawały się we znaki. Przewróciłam się raz i drugi. Ale dobiero trzeci upadek na zbiegu okazał się groźny. Upadłam dość spektakularnie, koziołkując po kamieniach. I leżałam… nie wiedziałam, czy coś mi jest, ale cholernie nie chciało mi się wstawać. Ale ktoś mi pomógł. I pobiegłam dalej. Krwawiłam, bolało kolano. Na szczęście punkt odświeżania był blisko. Pozdzierałam sobie skórę z łokci, kolan, ud i… piersi. No, cóż.

maraton karkonoski

(zdjęcie wykonane dziś, 2 dni po biegu – goi się :):)

Wyglądam jak dziewczynka po nauce jazdy na wrotkach. Na szczęście obrażenia okazały się tylko powierzchowne (choć sińce, które wyszły na jaw następnego dnia mogłyby wskazywać na poważną rodzinną utarczkę;)

Upadek zaliczyłam ok. 12 km przed metą. Od tamtej pory zablokowałam się psychicznie i zbiegi nie szły mi już w ogóle. To znaczy SZŁY… z bieganiem było gorzej. Na koniec nie miałam już ochoty ani zbiegać, ani wbiegać. Słońce paliło rany, miałam dość. Około 2 kilometrów przed finiszem wyprzedziła mnie Magda. Nie podjęłam walki. Brzuch bolał, ciało bolało – chciałam już skończyć. Po prostu skończyć. Ostatecznie dobiegłam na 101 miejscu, 25 z kobiet, 4 z Polek. Startowało ponad 600 osób.

maraton karkonoski

Nie był to szczyt moich aktualnych możliwości, straciłam ok. 10 minut. Z drugiej strony, nie upadłabym, gdybym była w formie. Zabrakło dobrego balansu ciała, pewności siebie. Jednym słowem – czas na trening. A wyzwanie? Ogólnie zakończyło się sukcesem. Dobiegłam, jestem cała. Czas 4,30 nie powala, ale niejedna osoba w płaskim maratnie chciałaby taki wynik osiągnąć. Do czołówki zabrakło baaardzo dużo, ale wiedziałam, że tak będzie. A walczyłam sama ze sobą. Bo młoda mama też może przebiec maraton 🙂 jeżeli tylko ma takie marzenie. Chcieć to móc.

maraton karkonoski

maraton karkonoski

DOGONIĆ KENIJCZYKÓW, barwny reportaż Finna

dogonic-kenijczykow

Na polskim rynku pojawiła się kolejna już książka o bieganiu wydana przez Galaktykę. Tym razem jest to bardzo sprawnie napisany reportaż z kilkumiesięcznej wyprawy Adharananda Finna do Kenii. Autor, niezależny dziennikarz współpracujący z Runner’s World, zabiera ze sobą do Iten całą rodzinę: niebiegającą żonę i 3 małych dzieci. Sam zalicza się do biegaczy amatorów z przeszłością (jako junior odnosił sukcesy w biegach przełajowych). W Iten wynajmuje dom i stara się prowadzić „normalne” życie (próbuje nawet umieścić córki w miejscowej szkole).

Celem jego eskapady jest poznanie sekretu Kenijczyków; chce odpowiedzieć na pytanie dlaczego ci ludzie biegają tak szybko (i lekko). Motyw znany i przerabiany już wiele razy wcześniej, stąd nie dziwi brak konkretnych i odkrywczych wniosków. Mimo to w książce jest coś magicznego, autor w bardzo realistyczny sposób pokazuje nam kenijski światek biegowy. Czytając, stajemy się częścią opisywanej społeczności. Poznajemy relacje panujące między czarnoskórymi biegaczami, rozumiemy ich wyrastające z biedy motywacje. Pragniemy odwiedzić ten świat…

Nie odnalazłam w lekturze zbyt wiele wątków motywujących do treningu (jak to miało miejsce w „Urodzonych biegaczach”), ale sam tekst jest naprawdę dobry (wreszcie nie czytamy amerykańskiej biografii…). Finn skupia się na czynnikach cywilizacyjnych dzielących Kenijczyków od świata zachodniego, pokazując, że w Iten bieganie jest po prostu naturalne (nie mylić z bieganiem naturalnych, choć ten aspekt przewija się przez całą książkę; moim zdaniem zbytnio absorbując autora). W Kenii biegasz jako dziecko, bo to najłatwiejszy i najszybszy sposób przemieszczania się. Potem biegasz, bo to jedyna szansa na wyrwanie się z ubóstwa. Biegasz – nie analizujesz, traktujesz bieganie w najprostszy sposób. To twoja praca. Poza nią jest tylko sen i jedzenie. I marzenia o wielkim sukcesie.

dk2

Bardzo podoba mi się włączenie do lektury krótkich biografii najwybitniejszych kenijskich biegaczy. Mamy w ten sposób małą lekcję historii. Z książki przebija też (choć autor stara się tego nie eksponować) bezradność tych czarnoskórych biegaczy, całkowicie uzależnionych od zachodnich „menadżerów”. A tymi, jak wiadomo, powodują różne motywacje.

chrissie2

BEZ OGRANICZEŃ, czyli autobiografia CHRISSIE WELLINGTON

Niesamowita historia bulimiczki i anorektyczki, która potrafiła wygrać ze sobą. Opowieść o ambicji i pasji. O wygrywaniu… O marzeniach, które nie zależą od wieku.

Właśnie ukazała się książka „Bez ograniczeń. Historia najtwardszej kobiety na świecie” – autobiografia kilkukrotnej mistrzyni świata w zawodach Ironman. Historia spisana prostym językiem, często nie wyczerpująca rozpoczętych tematów do końca, ale może dlatego tak ciekawa. Od lektury nie sposób się oderwać (na szczęście to tylko 250 stron, także akurat na wieczór;)

chrissie1

Bez ograniczeń to lektura dla każdego (ale przede wszystkim dla kobiet), kogo cechuje upór i nieustanna chęć sprawdzania siebie. Nie jest to opis typowej kariery sportowej. To rzecz o kobiecie, która dzięki bieganiu, a potem triathlonowi pokonała chorobę towarzyszącą jej przez wiele lat (choć z bulimią, jak z alkoholizmem – do końca życia człowiek jest podatny). Chrissie pokazała, że sport daje moc i motywacje, pozwala połączyć fizyczność i duchowość, jest szansą na samodoskonalenie.

W bardzo wielu wątkach tej autobiografii odkrywam siebie. Widzę dziewczynę o zbyt dużych ambicjach, dręczoną wyrzutami sumienia, gdy coś nie idzie po jej myśli. Rozpoznaję kobietę, która nie potrafi godzić się z porażkami – na żadnym polu. Chciałaby być lubiana i akceptowana przez wszystkich… Chciałby mieć idealne ciało i podobać się, realizować się zawodowo i sportowo – po prostu być najlepsza. A tak się nie da…

Wellington dzięki przeniesieniu swoich potrzeb związanych z rywalizacją i udowadnianiem swojej wartości na grunt sportowy – staje się kobietą z żelaza. Udowadnia, że w dyscyplinach wytrzymałościowych wiek nie ma znaczenia. Liczy się konsekwencja, zapał i potrzeba wygrywania. Konieczność pokonywania nowych granic.

To nie jest opowieść o poukładanej karierze zawodowej sportsmenki. Chrissie przechodzi na zawodowstwo niewiele przed trzydziestką. Ryzykuje, ale spełnia swoje marzenia, dając do zrozumienia, że nigdy nie jest za późno. Trzeba się tylko odważyć. Zadaje sobie pytanie – „czy mój talent przez cały czas leżał w uśpieniu, czy po prostu rozwinął się z wiekiem?”

Książka przybliża nam świat zawodów Ironman – przy których maraton to… tylko 1/3 zmagań. Pokazuje brutalność tej dyscypliny sportu, dosadnie opisując różne fizjologiczne czynności. To nie jest świat dla dziewczynek, to kraina kobiet z żelaza.

chrissie2

INSPIRUJĄCE

kolarz

PANIAGUA – czy da się bez wspomagania?

Tym razem inspiracją do podjęcia tematu niedozwolonego wspomagania w sporcie stała się świetnie napisana książka na temat wieloletniego procederu dopingowego w kolarstwie – „Wyścig tajemnic” Tylera Hamiltona i Daniela Coyle’a. Pozycja ta ukazała się na polskim rynku w marcu 2013 roku. Postanowiłam przeczytać ją zaraz po lekturze biograficznej Armstronga (sprzed 12 lat!) „Mój powrót do życia”. Hipokryzja Lance’a w takim zestawieniu wydaje się nie mieć granic…

Wyścig tajemnic" Tyler Hamilton  Daniel Coyle

Wyścig tajemnic” Tyler Hamilton Daniel Coyle

Tyler Hamilton w 2004 zdobył tytuł olimpijski. Przyznał się do stosowania dopingu. W kwietniu 2008 zakończył karierę zawodniczą, mimo to dwa miesiące później Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA) nałożyła na niego karę ośmioletniej dyskwalifikacji za drugi przypadek stosowania dopingu (steryd DHEA). Nie utracił jednak złotego medalu olimpijskiego, choć analiza próbki B pobranej od kolarza podczas igrzysk nie dała jednoznacznego wyniku, jednak nieprawidłowości związane z badaniem materiału do badań nie pozwoliły ukarać zawodnika. W maju 2011 roku przekazał złoty medal olimpijski z 2004 roku zdobyty w wyścigu indywidualnym na czas Amerykańskiej Agencji Antydopingowej (USADA) przyznając się do stosowania dopingu i oskarżył o to samo swojego kolegę z drużyny Postal – Lanca Armstronga. Więcej szczegółów biograficznych tego zawodnika w książce.

Wyścig tajemnic” to przede wszystkim doskonale napisana książka. Naprawdę, ze świecą szukać drugiej tak wciągającej pozycji w kategorii lektur sportowych. Nie przez przypadek  okrzyknięta została sportową książką roku 2012 (THE WILLIAM HILL SPORT BOOK OF THE YEAR). Pozycja ta powinna być obowiązkowa dla wszystkich, których interesuje temat dopingu, dla tych, którzy próbują zrozumieć motywy sięgania po zakazane środki. Osobiście do tematu podchodzę bardzo radykalnie, nie godząc się na jakiekolwiek niedozwolone wspomaganie, ale „Wyścig tajemnic” pokazuje, że czasami ludzie (zawodnicy) podejmują decyzje o zastosowaniu wspomagania pod wpływem emocji, presji.

„Kiedyś byłem przekonany na 100%, że nigdy nie będę stosował dopingu. Decyzję zmieniłem w zaledwie 10 minut!” – to wyznanie Davida Millara (jednego z Mistrzów Świata w Kolarstwie) potwierdza, że uprawianie kolarstwa w pewnym momencie nie było możliwe bez sięgania po EPO. Ci którzy byli PANIAGUA – pan y aqua, o chlebie i wodzie nie mieli szansy liczyć się w stawce, w której brali praktycznie wszyscy. I nie czuli się z tego powodu winni! Odpowiedzialność zbiorowa, zaangażowanie w proceder całych ekip zdawała się usprawiedliwiać doping – „przecież każdy to robi, nie można tylko dać się złapać”.

Armstrong ukazany jest w książce jako niezwykle zadufany w sobie człowiek, który nie potrafił przegrywać. Był tak pewny siebie, że nonszalancko obnosił się z tym, że znajomość z Edgarem (potocznie na EPO) nie jest mu obca, że regularnie poddaje się transfuzjom krwi. Po jego listopadowej spowiedzi nie można Hamiltonowi zarzucić konfabulacji. Cała historia zdaje się układać w sensowną całość.

To Lance zadzwonił do Oprah. Komentatorzy są zdania, że liczył w ten sposób na złagodzenie kary, na szansę powrotu. Hamilton jednak sugeruje, że było to działanie impulsywne (bo taki jest charakter Lance’a). Wierzył, że ryzyko może przyczynić się do jego wielkiego powrotu. Na kilka dni przed zapowiadanym na cały świat wywiadem Armstrong zaczął przepraszać wszystkich swoich znajomych. Jego świat legł w gruzach, nie było już superbohatera.

  • Oprah: Czy kiedykolwiek zażywałeś niedozwolone substancje, by poprawić swoją wydolność?
  • Lance: Tak
  • (…)
  • Oprah: Czy za każdym razem, gdy wygrywałeś Tour de France, byłeś na dopingu?
  • Lance: Tak

Na pocieszenie dodam, że w dyscyplinach indywidualnych proceder na taką skalę wydaje się niemożliwy. Wciąż mam nadzieję, że jest szansa na zawodników paniagua, którzy będą osiągać wspaniałe rezultaty. Bo sport to emocje. Powinny być prawdziwe.

SEN O WARSZAWIE – MARATON 2011

Sen o Warszawie – czyli jak biegać maraton w 2:48 będąc pracującą matką

30-09-2011 Dominika Stelmach-Stawczyk – tekst ukazał się na portalu bieganie.pl

Adam Klein (komentarz od Redakcji): Pomyślałem, że umieścimy w formie artykułu ten wpis Dominiki z jej Bloga. 2:48 dla jak by nie było nadal amatorki (pracującej kobiety z dzieckiem) to już nie w „kij dmuchał”. Mam wielu kolegów, którzy od lat próbują złamać 3h00, potem 2h55, potem 2h50 stosując kosmiczne różne metody i im to nie wychodzi. Nie znaczy to, że metody stosowane przez Dominikę zadziałają u każdego, bo jesteśmy jednak różni i jeden potrzebuje dużą objętość treningową inny jej nie potrzebuje. Ale jest to jednak przypadek wart szerszego zauważenia, powodzenia Dominika w przyszłości.

Gdy emocje po biegu opadły, gdy po zakwasach nie ma już śladu, pora na subiektywną ocenę – MARATONU WARSZAWSKIEGO – MOJEGO MARATONU WARSZAWSKIEGO 2011…
Zacznę od tego, że decyzję o tym, że skuszę się w tym roku na maraton podjęłam już wiosną, po udanym (warszawskim) biegu półmaratońskim. Nie wiedziałam jednak, jak uda mi się wygospodarować wystarczającą ilość czasu, by przygotować się na satysfakcjonujący wynik. Po porażce (w każdym względzie – mojej, organizatorów, pogody) trzy lata temu w Łodzi, jakoś odechciało mi się maratonów…
Pora ODDEMONIZOWAĆ dystans maratoński
foto: Paula Nowicka-Matczak

Jednak to nie takie łatwe, bo „wszyscy” straszą, że jak chcę złamać trójkę, to muszę biegać minimum 120 km tygodniowo, robić 30 km wybiegania… Ale ja nie chcę złamać trójki… Nie satysfakcjonuje mnie to… Ja chcę złamać 2:50! A najlepiej od razu 2:45. I żeby nie bolało…

Jak to zrobić, gdy się pracuje, wychowuje wciąż jeszcze „bardzo małe” dziecko i do tego nie chce się zrezygnować z przyjemności (niezdrowe słabości :oczko: )? Jak to zrobić, żeby rodzina nie ucierpiała, żeby mieć choć troszkę czasu także dla siebie? Jak…
Niełatwa sprawa, ale kilka mam (także tych biegających) pokazało, że się da. Że niestety czasami nie obejdzie się bez trudnych wyborów, ale… da się. Potrzeba oczywiście niezwykłej OPTYMALIZACJI treningu, bo w sytuacji, gdy każda minuta jest na wagę złota nie można pozwolić sobie na „marnotrawienie tego czasu”. Ale bez przesady… Najważniejsze to stworzyć schemat treningu najbardziej odpowiadający danej sytuacji. A jaka była moja sytuacja wyjściowa? Roczne dziecko wymagające mojego czasu, praca wymagająca mojego czasu, lecz również: coraz dłuższe dni, perspektywa dwutygodniowego urlopu i plany, by startować w górach. Dodam do tego dużą progresję wyników w tym roku (1:19 w półmaratonie), euforię po zdobyciu Mistrzostwa Polski w Długodystansowych Biegach Górskich i wielki głód BIEGANIA 🙂
Trening konsultowałam z Michałem Jaroszem, głównie mailowo, bo Michał jest misjonarzem w Peru i tylko raz było nam dane się spotkać. Mamy bardzo podobne podejście do treningu, co tylko potwierdziło, że przyjęta przeze mnie droga rozwoju jest właściwa. ŻADNYCH SZTYWNYCH PLANÓW TRENINGOWYCH. Przy moim trybie życia to bez sensu. ŻADNYCH BIEGÓW POWYŻEJ 2 GODZIN. Bo człapanie kilometrów nie jest jedyną metodą na trening. A jakie są te metody, jakie bodźce? Głównie interwały, co najmniej dwa tygodniowo i moje ulubione BIEGI Z NARASTAJĄCĄ PRĘDKOŚCIĄ. Środek często pomijany i lekceważony, ale jakże skuteczny. I sprawdza się nawet na krótszych i spokojniejszych wybieganiach. Ważne, żeby skończyć szybciej niż się zaczęło – sukcesywnie i rozsądnie przyspieszać w trakcie biegu. Mój kilometraż tygodniowy oscyluje między 70, a 99km. Ani razu nie udaje się przekroczyć „setki”…
Moją psychikę (i siłę! Nigdy nie byłam tak umięśniona) wzmocniły starty w górach. Polecam każdemu, komu znudził się już asfalt, kto tęskni za przyrodą, za innymi doznaniami i…. NIEWIADOMĄ. Bo w górach nic nie jest pewne. Przy każdej pogodzie biegnie się inaczej, rywale też są nieprzewidywalni, bo w górach wszystko jest możliwe. Tam trzeba walczyć do końca, pilnować by nie zakwasić się już na początku biegu. Ja wciąż jeszcze mam problem z taktyką, ale powoli zdobywam doświadczenie. I uczę się pokory… tego uczą GÓRY!
…maraton zbliżał się wielkimi krokami… a mnie wciąż było pod górkę. Na urlopie chorowałam, potem byłam strasznie zaganiana w pracy, na Mistrzostwa Polski do Piły nie pojechałam, bo nie miałam z kim zostawić Bartusia i skończyło się na upalnym biegu w Sochaczewie (gdzie o 50 sekund spóźniłam się na start). Mimo to czułam, że forma rośnie. JA to wiedziałam (bo 1:24 w Sochaczewie nabiegałam dzień po dyszce na 36 minut – także nie zważałam na komentarze osób, które lubią wszystko wyciągać z liczb. A to ludzie biegają, nie cyfry…).
Na forach starałam się znaleźć grupę, która będzie ze mną biegła po 3:55 min/km. Nie było to proste i w końcu musiałam zadowolić się ekipą na „złamanie 2:50”. Trochę z przekorą to piszę, bo prawdopodobnie dobrze, że panowie (cóż, żadnej kobiety o podobnych aspiracjach nie znalazłam) ostudzili mój zapał. Jeszcze na linii startu się wahałam… ale w końcu zdrowy rozsądek wziął górę. Postanowiłam biec asekuracyjnie po 4:0 min/km. Jeszcze będą inne maratony, na których pobiegnę szybciej!
Pierwsze dziesięć kilometrów przebiegliśmy w bardzo dużej grupie (ok. 30 osób) w tempie 40:02, a zatem idealnie. Na każdym punkcie z wodą piłam po dwa-trzy łyki wody (nauczona doświadczeniem, by z izotoników nie korzystać, bo w połączeniu z żelami tworzą mieszankę wybuchową…). Na śniadanie wypiłam kawę z mlekiem o 5:30 i o 7:00 zjadłam batona energetycznego, a przed samym startem żel. Potrzebne kalorie wchłonęłam dzień wcześniej;) Ten dzień poprzedzający był dal mnie niezwykle optymistyczny, bo z rąk Ministra Sportu Adama Giersza odebrałam nagrodę dla najlepszej studentki marketingu sportu na SHG, były też życzenia udanego biegu… Trzeba było dobrze pobiec…
Półmaraton w 1:24:22 – zatem grupa idzie pod linijkę. Spokojnie, równiutko – jeszcze dopisują dobre nastroje, trochę rozmawiamy. Robi się jednak coraz cieplej. Ja na 17-tym kilometrze mam też bardzo niemiłą przygodę, która prawie zakończyła moje marzenia. Otóż zbyt łapczywie „wciągnęłam” żel i prawie się udusiłam, na kilka sekund nie byłam w stanie oddychać, a do punktu z wodą było daleko. Przez chwilę miałam gwiazdki przed oczami… Oj, źle było. Na szczęście woda pomogła…
Pomiędzy dwudziestym, a trzydziestym kilometrem pamiętam przede wszystkim… NUDĘ. Wielką NUDĘ. Biegnę za placami innego zawodnika i nic się nie dzieje. Po prostu mijają minuty i kilometry. Imperare sibi maximum est imperium – staram się panować nad sobą, nie walczyć z tą nudą, nie przyspieszać. Nie zauważam co się dzieje wokół mnie, bo na to jestem zbyt zmęczona, ale też zbyt zależy mi na biegu. Usłyszałam od jednego z kibiców komentarz, że „biegłam dostojnie, z niezwykłą pewnością siebie”. Z mojej grupy została jeszcze tylko jedna osoba, pozostali zniknęli gdzieś z tyłu. Ale ja się nie oglądam za siebie…
W pewnym momencie słyszę, że „maraton zaczyna się po trzydziestce.” Uffff…. to mam jeszcze pół roku :ble:
Po 35km upał daje się we znaki. Kilometry dają się we znaki. Coraz trudniej utrzymać tempo. Na szczęście to WARSZAWA – wszędzie są znajomi, dopingują, pomagają jak mogą. Podjeżdżają rowerzyści, zagadują, dodają otuchy. A ja już jestem w zawieszeniu:
Kiedyś zatrzymam czas
I na skrzydłach jak ptak
Będę leciał co sił
Tam, gdzie moje sny…
Tam gdzie moje kroki, moje maratońskie kroki. Kocham i nienawidzę tego zmęczenia. Tak jak kocham i czasami nienawidzę tego miasta. WARSZAWSKI DZIEŃ, WARSZAWSKI DZIEŃ…
Mój dzień! Dobiegam do mety w czasie 2:48:47!!!
Jestem taka szczęśliwa.
Może mogłam szybciej. Może mogłam lepiej. Może… wiem, że wykonałam kawał dobrej roboty. Że po raz pierwszy przebiegłam MARATON WARSZAWSKI – i wiecie co? Naprawdę warto docenić to co się ma u siebie! Bo MARATON WARSZAWSKI, pomimo kilku minusów oceniam, na 93%, tak jak i mój start. A doping na Ursynowie – nie do przecenienia… Jestem ZA tą trasą :)PS. Tego dnia oficjalnie maratończykiem został mój mąż. A jeszcze pół roku temu zarzekał się, że nigdy… że to nie dla niego:D
PS’. Dziękuję jeszcze raz Wojtkowi (zrobił mi dużą niespodziankę), Beacie i Sylwkowi, a także mojemu mężowi i wszystkim, którzy we mnie wierzyli 😀

BUSIKI – Z PRZYMRÓŻENIEM OKA, ALE JEDNAK NA POWAŻNIE

Z przymrużeniem oka, ale jednak na poważnie

21-07-2012 Dominika Stelmach bieganie.pl

http://www.bieganie.pl/?show=1&cat=137&id=4180

RÓWNOUPRAWNIENIE … czy NADUPRAWNIENIE…

busiki ukraińcy

Tekstów na temat nierównego traktowania kobiet i mężczyzn powstało już wiele, przytoczono też setki argumentów, które właściwie nie przekonały żadnej ze stron. Ja jednak o czymś zupełnie innym, ale chyba też na temat dość mocno elektryzujący światek biegowy. Otóż roboczo nazwę ten wątek – nasi koledzy biegacze spoza Unii Europejskiej. Co bardziej obiegany czytelnik zorientuje się już na pierwszy rzut oka, że chcę napisać na temat osób przybywających do Polski z dwóch kierunków.

Pierwsza grupa dzielnie znosi trudy podróży busikami, dla drugiej busiki stanowią luksus dostępny dopiero  po załatwieniu wszelkich formalności związanych z przylotem z sąsiedniego kontynentu. A że o stosowne pozwolenia nie jest tak łatwo, że prężnie rozwijająca się grupa „tzw. menedżerów sportowych” musi baczyć, by taki napływowy delikwent nie wykorzystał zaproszenia do Polski , czyli de facto do UE i nie dał nogi w bok, gdzie biegów więcej, nagrody wyższe, no i prestiż we wiosce też potem inny… to na razie mamy czarnoskórych biegaczy liczonych w jednostkach, a nie dziesiątkach, czy setkach. I chyba dobrze…
Zaraz jednak padną ataki oceniające moje westchnienie pod kątem rasizmu – ale nic z tego, bo napiszę coś gorszego, otóż „nasi afrykańscy przyjaciele są sto razy milej widziani w naszym kraju od przyjaciół ze wschodu”.  Nie pyskują (może dlatego, że nie znają języka, a może po prostu w ich kulturze nie jest to tak powszechna cecha), nie uciekają z linii startu, gdy podana zostaje informacja o kontroli antydopingowej po biegu, nie zapisują się w naszej pamięci negatywnie z imienia i nazwiska, bo rotacja u nich duża. Można by pomyśleć, że nadają kolorytu… jednak i to nie zawsze. Bo jak nazwać ten koloryt różnobarwnym, gdy na Maratonie w Łodzi w pierwszej dziesiątce znalazło się dziewięciu panów z Afryki… I jak ktoś przysłuchiwał się komentarzom publiczności, to mógł z niejednych ust usłyszeć, że „to chyba jakiś żart, mistrzostwa czarnego lądu??? Gdzie są nasi?”. A no właśnie, gdzie są nasi?
Nasi też potrafią kalkulować i co bystrzejsi (i szybsi przede wszystkim)  wiedzą, że w Polsce o wynik ciężko, a i o pieniążki nie tak łatwo. Dla najlepszych sprawa jest prosta – poważne starty na zachodzie, mniej poważne w Polsce, a cały trening wykonywany pod kątem osiągnięć na wielkiej arenie – marzenia i dążenie do Igrzysk Olimpijskich.
Inaczej sprawa ma się z grupą tzw. „profi-amatorów”, do których najczęściej zaliczają się nauczyciele kultury fizycznej, żołnierze czy studenci, ale także pracownicy biurowi. Zauważyłam, że grupa ta liczy coś około dwóch setek dusz i składa się z jednostek, które: „A” – biegają, bo tak mają od zawsze – kiedyś trenowały wyczynowo, teraz pracują, ale wciąż utrzymują się na poziomie pierwszej, czy nawet mistrzowskiej klasy lekkoatletycznej. Biegają też po to, by dorobić, albo przynajmniej sfinansować pasję. Co poniektórzy wierzą jeszcze, że może nagle przyjdzie niesłychana zwyżka formy, ale boją się postawić wszystkiego na jedną kartę. „B” to osoby, które nigdy w klubie nie trenowały, ale nagle (często naprawdę późno) odkryły w sobie talent do biegania. A nic tak nie motywuje do osiągania dobrych rezultatów, jak wiara we własny talent.
Grupa B to w dużej mierze osoby z dużych miast, najczęściej z szeroko-pojętej klasy średniej. Mają zazwyczaj niezłą pracę, stać ich na posiadanie pasji i inwestowanie w nią. Nie biegają dla pieniędzy, ale dla triumfów i ”życiówek” – choć i dla tej grupy „pieniądze nie śmierdzą” i mogą miło połechtać.
I właśnie „Ci nasi”, czyli potencjalni zwycięzcy biegów (zarówno tych prowincjonalnych, jak i największych) tracą powoli cierpliwość do sąsiadów spoza UE, a dokładnie rzecz biorąc do wspomnianych wyżej busików. Wydawałoby się, że „nasi” są po prostu pazerni, albo nie potrafią przegrywać lub poziomem ustępują przyjezdnym. Tymczasem sprawa jest bardziej skomplikowana. W tym miejscu bowiem pojawia się częstokroć dyskryminacja. Nie lubiane w Polsce słowo, nadmiernie wykorzystywane prze niektóre grupy społeczne, ale jak inaczej nazwać sytuację, gdy organizator w regulaminie ogłasza, że po xx terminie zapisy definitywnie nie będą przyjmowanie, a w dzień biegu pojawiają się w biurze zawodnicy błagający o start – Polacy są natychmiast spławiani i odsyłani do regulaminu, tymczasem gdy pojawia się rzeczony busik, a jego „koordynator” głośno walczy o miejsce na starcie, miejsce się znajduje. Organizator tłumaczy się, że goście zostali zaproszeni…  że była jakaś tam pula dla gości… Cóż, nasz bieg, nasze prawo, gorzej gdy takowe przedsięwzięcie dofinansowywane jest ze środków publicznych… a bieg ma promować aktywność fizyczną wśród lokalnej społeczności…
I zrozumiała byłaby sytuacja, w której „elitę” traktuje się inaczej – gdy słowo „elita” w takiej samej mierze odnosi się do wszystkich, niezależnie od narodowości, gdy koncentruje się na wyniku sportowym. Tymczasem „elita spoza UE”, traktując swój wojaż po Polsce, w sposób wyłącznie zarobkowy, potrafi „obskoczyć” 4 biegi w łikend, a kilkanaście w miesiąc. Zaraz padnie stwierdzenie „Przecież to nie jest zabronione!”.
Nie jest, kilku naszych też tak próbowało, ale po dwóch miesiącach kończyli z przeciążeniami i kontuzjami. Widać nam nasze powietrze nie sprzyja… I jesteśmy delikatniejszej budowy, pewnie odżywiamy się gorzej 😉
Busiki mają jeszcze jedną tendencję – wprowadzają negatywne emocje już w biurze zawodów, a nawet jeszcze przed przybyciem na bieg. Ich przedstawiciele masowo wysyłają zapytania do organizatorów z prośbą o bezpłatny start i płatne startowe. Często starają się ubliżyć organizatorowi dużego biegu, który nie zamierza nikogo wywyższać. Bo przecież są „,międzynarodowi”, a kto nie chciałby mieć „międzynarodowego biegu”? Cóż, okazuje się, że imprezy, które posiadają stronę tłumaczoną na dwa lub więcej języków, w których liczba krajów z których pochodzą startujący jest największa, nie zabiegają o takie tytuły. Tymczasem „biegi międzynarodowe”, wzorem z poprzedniej epoki, starają się chwalić braterstwem narodów, kusząc startowym czy nagrodami. Nic to, że strony internetowe tych biegów widnieją tylko w języku polskim, a po angielsku w biurze zawodów nikt nie mówi… Mogą się pochwalić „międzynarodowością”! I jak Bóg da, jeszcze kolorytem!
Chcąc odsunąć czekające już na klawiaturze zarzuty chciałabym zaznaczyć, że moja mała szpileczka wbita jest w busiki, a nie w zawodników. Warto wspomnieć tegoroczny Półmaraton Warszawski, który wygrała Białorusinka; dziewczyna w normalny sposób zgłosiła się do biegu, nie miała roszczeń – po prostu wygrała i chwała jej za to, bo pokazała, że uogólnienia mogą być krzywdzące.
Zatem do pracy rodacy, a organizatorzy czasem po rozum do głowy, bo niedługo padniemy ofiarą „międzynarodowości”, tak jak Niemcy. Teraz mocno in plus ruszyło się w naszym bieganiu, nie zaprzepaśćmy tego!

MARATON MAZURY – JAK MIŁO WYGRAĆ MARATON :)

MARATON MAZURY, czyli uroki polskich pól i lasów … i o tym, jak miło wygrać maraton 🙂

23 czerwca 2012 roku w Gałkowie odbyła się pierwsza edycja Maratonu Mazury. Bieg zaczął być promowany dość późno, a ja w ogóle nie zakładałam letniego startu na tak długim dystansie. Kiedy jednak przedłużająca się choroba i kuracja antybiotykowa, spowodowały kompletną utratę szybkości, pomyślałam, że przecież nic nie ryzykuję. Długie wybieganie bardzo mi się przyda. A długie wybieganie w pięknych okolicznościach przyrody… to strzał w dziesiątkę. Na listę startową zapisałam się 4 dni przed biegiem. Wtedy też zapadła decyzja, że tygodniowy urlop spędzimy właśnie na Mazurach.

Nie za bardzo wiedziałam czego spodziewać się po tym biegu – profil trasy nie był znany, podano jedynie informację, że większa część dystansu prowadzić będzie po drogach leśnych i szutrowych. Szkoda, że nie 100%, ale dobre i tyle – myślałam. Nie wiedziałam też, jak wypadnie ten debiut organizacyjny, bądź co bądź, debiut osoby niebiegającej. Karolina Ferenstein-Kraśko – organizatorka i pomysłodawczyni biegu, to „tylko” żona biegacza (i to ostatnio takiego od święta), a jej pasją są konie.

Start biegu zaplanowany został na 8.30, czyli baaardzo wcześnie. Razem z Edytą, moją biegową podopieczną, wyruszałyśmy z Giżycka, także pobudka była koło piątej. Jakże jednak różni się zimowa piąta rano, od tej letniejLaughing Pogoda przywitała nas przepiękna – słoneczne niebo, cieplutko (w głowie kołatały się pytania, jak cieplutko będzie po trzydziestym kilometrze…). Do Gałkowa dotarłyśmy godzinę przed startem, szybko i sprawnie załatwiłyśmy formalności. Pozostało trochę czasu na krótkie zwiedzanie okolicy, przebiórkę i nawodnienie się. Właściwie nie byłam w żadne specjalny sposób przygotowana do tego biegu – ani psychicznie, ani treningowo, a i kwestia diety pozostawiała wiele do życzenia (3 wieczorne piwa nad jeziorem niekoniecznie świadczą o profesjonalnym podejściu). Oczywiście śniadania nie jadłam, bo wzorem Kenijczyków przed biegiem wolę nie ryzykować. Płynna porcja Vitargo to jednak wystarczająca dawka węglowodanów. Żeli nie zdążyłam kupić. Ale przecież to tylko trening…

Na bieg zjechało się wielu znajomych, przez chwilę miałam wrażenie, że impreza odbywa się w Warszawie… Jeżeli chodzi o konkurencję w kategorii kobiet to założyłam, że wygra Renata Kalińska, a ja spokojnie pobiegnę po srebro. I rzeczywiście zaczęłam wolno – pierwszy kilometr 4,20. Trochę zdziwiłam się, że Renia zaczęła równie wolno, ale wtedy też pomyślałam, że bardzo chciałabym wygrać maraton. Wygrałam już wiele biegów, ale tego maratońskiego brakowało… Miło byłoby wygrać maraton po raz pierwszy… Nawet taki nieduży… przecież od czegoś trzeba zacząć;)

Foto: Wasyl  (Grzegorz Grabowski)

Uczciwie muszę przyznać, że żadnego biegu w życiu nie biegło mi się tak FAJNIE. I to słowo „fajnie” – doskonale odnosi się do tego biegu, gdzie nie silono się na atest, na stworzenie mega-super-szybkiej trasy. Trasa była wymagająca – przepięknie i urokliwe ścieżki prowadziły po mazurskich lasach i polach,  zbiegi i podbiegi wymagały przygotowania siłowego, a nieustanna zmiana podłoża nie ułatwiała sprawy. Od połowy dystansu (dzięki dla Bartka prowadzącego BBL w Wydminach za towarzystwo) zaczęłam konsekwentne wyprzedzanie kolejnych zawodników. Udało mi się pokonać znanego z Gazety Wyborczej oraz warszawskiego podwórka biegowego Szkieleta, zostawiłam w tyle Bogdana Barewskiego (którego kariera maratońska jest niezwykle barwna i zahacza o wiele biegów „marzeń”).Wyprzedziłam jeszcze kilka osób… A właściwie „wyprzedziliśmy”, bo z Bartkiem dotrwaliśmy do końca.

Czy można przegadać maraton? TAK. Gdy biegnie się w miłym towarzystwie, biegnie się dobrze, a pogoda jest idealna (było gorąco, ale las dawał wytchnienie, a bieg rozpoczął się wcześnie). Sądzę, że Maraton Mazury to jeden z tych biegów, na które popyt będzie rósł. Ileż bowiem można biegać po asfalcie? Tymczasem crossowe trasy są przede wszystkim zdrowsze, ciekawsze, no i dostarczają innych wyzwań niż biegi uliczne. Tu liczy się również przygotowanie siłowe, umiejętność zmiany tempa. Liczy się otaczająca przyroda. Energii dodają wszystkie te bodźce, z którymi w betonowych miastach nie mamy szansy obcować. Chciałoby się napisać – cud natury…

Ten maraton dał mi niesamowitego kopa energetycznego, pozwolił znowu myśleć pozytywnie (nie tylko o bieganiu). Te wszystkie uśmiechnięte twarze, nawet u tych, którym nie do końca udało się pobiec tak, jak chcieli. Niezwykle przyjacielska, piknikowa atmosfera. A że były niedociągnięcia… Prawie zawsze są, a malkontenci znajdą się na pewno, przy okazji każdej imprezy. Ja w każdym bądź razie trzymam kciuki za kolejną edycję. I polecam Laughing Mam też nadzieję, że ten bieg nie stanie się nigdy wielkim komercyjnym przedsięwzięciem. Że pozostanie jedną z imprez, które pozwalają na kameralność, integrację, na przyjacielskość. Niestety era takich imprez powoli odchodzi. Niestety… choć oczywiście jestem za tym, by jak najwięcej osób biegało. Ale coś za coś…

Dodam jeszcze, że przy okazji maratonu rozegrany został bieg na 10 km. Wzięło w nim udział wiele gwiazd znanych z telewizyjnych ekranów. Kinga Rusin pokazała, że nie boi się biegać i obiecała, że następnym razem spróbuje swoich sił w maratonie

 

Dominika Stelmach, Maraton Mazury 2;55:59, 1 miejsce wśród kobiet, 8-me open.

Tekst ukazał się na bardzo sympatycznym portalu emocjonalia.pl