DEBIUT W TRIATHLONIE… i reminescencje;)

NIEBEZPIECZNY TRAITHLON

Nie jestem triathlonistką (ani tym bardziej triathlonistą). Jeszcze nie, choć debiut w tej dyscyplinie mam za sobą. Emocjonujący debiut…

W 2012 roku nie miałam w planach startu w tri. Chciałam skupić się na bieganiu, ale w lipcu mój małżonek przeczytał, że za dwa tygodnie ma się odbyć triathlon w Rawie Mazowieckiej i stwierdził, że chciałby spróbować swoich sił. Nie mogłam puścić biedaka samego.  Poza tym w bieganiu był to martwy sezon, a moje najbliższe cele dotyczyły jesieni. No i dystans olimpijski to tylko 1,5km pływania, 40 km roweru i 10 km biegu. Nie przewidywałam większych problemów.  Na rowerze w czerwcu jeździłam do pracy (sposób radzenia sobie z piłkarskim EURO), a kiedyś (10 lat temu?) zrobiłam kurs ratownika WOPR. Bieganie miało być największym atutem.

Z mężem ustaliliśmy nieformalny zakład dotyczący tego, które z nas osiągnie na mecie lepszy czas. Było pewne, że dołożę mu w bieganiu, ale już kwestia roweru zdawała się świadczyć na korzyść Maćka. Nigdy nie byłam mu w stanie dorównać na naszych wycieczkach, nie potrafiłam obsługiwać przerzutek, a SPDy kupiłam na dwa dni przed triathlonem. W ramach testów zaliczyłam spektakularny upadek na skrzyżowaniu przy Puławskiej i na tym postanowiłam zakończyć eksperymenty. „Będzie, co ma być”. I tak najbardziej bałam się, że utonę… W myślach (jak się później okazało słusznie) zakładałam, że jak przetrwam pływanie, to już dalej sprawy potoczą się z górki.

Jako zupełny świeżak i laik triathlonowy, z internetu i od znajomych zaczerpnęłam nieco informacji na temat niezbędnego sprzętu. Obowiązkowa wydawała się pianka (którą, kierując się głosem rozsądku pożyczyłam). Niestety (albo na szczęście, bo gumowej skóry nie próbowałam wcześniej, nie była ona dopasowana tak, jak powinna do mojeje osoby) temperatura wody w akwenie (jak to dumnie w brzmi!) przekroczyła 24 stopnie i i pianki były zabronione. Oznaczało to tyle, że zawodowcy poradzą sobie doskonale, a przepaść pomiędzy nimi, a amatorami będzie większa niż zazwyczaj. Jednak pianka pomaga (podobno, nie miałam okazji sprawdzić). W każdym razie mówią, że trudniej się w niej utopić…

 

gumowo

PŁYWANIE

Zgodnie z przewidywaniami pływanie okazało się dramatem…

Zapomniałam okularków, nie włączyłam zegarka. Kilka razy myślałam, że umrę. A ja naprawdę nie pływam źle… tylko pięćdziesiątka na basenie różni się od pokonywania wód otwartych. Każda, nawet najmniejsza falka, wlewa ci się do uszu i nosa, co chwilę ktoś częstuje cię uderzeniem z łokcia lub kolana. Dopiero w połowie dystansu sytuacja stabilizuje się i jest mniej kontaktowo…

Pływanie ukończyłam dokładnie w środku stawki, co uważam za duży sukces! Niestety w triathlonie olimpijskim jest go zdecydowanie za dużo, a to najbardziej premiuje dobrych pływaków.

ROWER

Rower okazał się dla mnie największą niespodzianką. Okazało się, że potrafię jeździć całkiem szybko (nawet na kilkunastoletnim rowerze, o którego dopuszczenie do startu musieliśmy wybłagać sędziów… miał rogi i ogólnie chyba cały był nieregulaminowy… Ale przecież sprzęt to tylko dodatek… przynajmniej na pewnym poziomie). Średnią miałam powyżej 30 km/h, a trasa miała 11 lub 13 agrafek. Od początku do końca prowadziłam sporą grupkę. I nikt nie chciał dać mi zmiany, albo wyprzedzali mnie i zwalniali, bez sensu – faceci(!). Od jednego dowiedziałam się, że strach mnie było wyprzedzać, a szczególnie niebezpiecznie wyglądałam na strefie zmian, gdzie wydawało się, że wykoszę wszystkie drzewa dookoła. Cóż… wypinanie się z pedałów nie jest takie łatwe…

Dołożyłam mojemu mężowi (w co ledwie uwierzył;)

BIEG

Łatwy nie był, ale pierwsze koty za płoty. Moim największym błędem było to, że nie piłam podczas jazdy na rowerze (bo subiektywnie było mi chłodno) i potem cierpiałam odwodnienie do pierwszego punktu z wodą na biegu. Poza tym wyprzedzałam. Jakie to przyjemne:):)

Bieg i po raz pierwszy wyprzedzam tyle osób

Ostatecznie zajęłam 8 miejsce wśród kobiet, pierwsze z tych nieco starszych (nie wiedziałam, że w tej dyscyplinie tak bardzo liczy się młodość, skrajna młodość).

Co ciekawe, na przydługiej ceremonii prowadzonej przez Cezarego Pazurę (nie wiem jak was, ale mnie ten pan dawno przestał śmieszyć), otrzymałam bon na 200 zł, do wymiany na pieniążki w biurze zawodów. W biurze poinformowali mnie, że jednak pieniądze prześlą na konto, a po miesiącu okazało się, że zmienili zdanie i postanowili nagrodzić tylko 5 zawodniczek. Cóż… pozostawię to bez komentarza, bo raczej takie postępowanie z prawem niewiele ma wspólnego. Szczególnie, że w regulaminie do końca stało, że nagrody są dla 8 kobiet. Ale może tylko do zdjęcia…;)

Sam start przeżyliśmy w niezłej formie. Niebezpieczeństwo wyjazdu triathlonowego zaczęło się później, w Spale (gdzie nocowaliśmy razem z kilkoma osobami z klubu Entre.pl Team. Dziecko pozostało pod opieką dziadków). Najpierw złamałam sobie palca stopy… Szit! Historia, jak z nagród Darwina. Po trudnym dniu niosłam piwo do stolika. W klapkach. I zawadziłam o wystającą metalową część… Żeby tego było mało, już po czasie, okazało się, że wyjazd okazał się bardzo twórczy:):) Jego pokłosie noszę teraz w sobie, hodując wytrwale. W kwietniu ma nam się pokazać, co takiego wytriathlonowaliśmy…

UWAŻAJCIE NA TRIATHLONY 😉

 

Po starcie, czyli niebezpieczeństwo nadchodzi;)

Dodaj komentarz