DSC_0657

Żona na kontuzjowanym. Czyli czego nie życzę nikomu.

Żona na kontuzjowanym. Czyli czego nie życzę nikomu.

Jedna z istotnych różnic między mną, a moją żoną Dominiką, poza oczywistymi wizualnymi, zawiera się  w podejściu do życia. Moja żona żyje po to, by lepiej-szybciej biegać. Ja, po to, by żyć lepiej, co czytać można jako „znaleźć więcej usprawiedliwionych okazji do nawodnienia się piwem”. Po długim wybieganiu piwo pije się w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Mniam, jak wtedy smakuje!

W kontekście mojego podejścia dyskutować można stwierdzenie, że sport to zdrowie. Z drugiej strony, staropolskie przysłowie mówi, że piwa beczułka lepsza niźli ampułka. I tego się będe trzymał, bo ja mogę biegać, a moja żona zmaga się z kontuzją ścięgna Achillesa.

Nie, nie. Wbrew pozorom daleki jestem od brawurowego stwierdzenia, że picie piwa zapewnia zdrowe ścięgna! Nomen omen, piję do tego jak mogę zrozumieć żonę. Jak ja bym się czuł, gdyby pozbawiono mnie możliwości raczenia się bursztynowym trunkiem!

Dominika nie może biegać, nie może za dużo chodzić. Dobrze, że kontuzja nie objawia się jakimś wielkim bólem fizycznym (chyba?). Tak czy inaczej: tragedia i to w rodzinnym wydaniu, bo dyskomfort odczuwam i ja. Całe szczęście, że dzieci nie są dotknięte. Na pewno półtoraroczny Kacper  zakceptował i zrozumiał poważny stan mamy, bo gryzie ją ostatnio wyłącznie powyżej łydek…

Składową mojego dyskomfortu jest ulubione, a często powtarzane ostatnio przez moją lekko nadopiekuńczą mamę stwierdzenie „przez sport do kalectwa”. Brrr, jak ja tego nie lubię! Zazwyczaj takie opinie wygłaszane są przez ludzi, którzy w ten sposób próbują uzasadnić swoje stronienie od sportu. Tak jest też w tym przypadku, choć pies rozjechany rowerem przez moją mamę może mieć inne zdanie na ten temat. W końcu mama jadąc na rowerze uprawiała sport (chyba?). Nie wiem jak się ma ten pies, ale „przez sport do kalectwa” to on pojmuje inaczej.

Nie wierzę, by w małżeństwach z kilkuletnim stażem nigdy nie padła wieczorna wymówka związana z bólem głowy, byciem zmęczoną, przejedzeniem, poczuciem nieatrakcyjności, z (dla facetów niewidzialnym do momentu wskazania: „o, tu, patrz”) celullitem czy zwyczajnym brakiem ochoty. Oczywiście, moje małżeństwo jest wyjątkowe i wszystkie te wymówki powtarzam za internetowymi forami ale ostatnio, niestety, mogę coś wnieść do tematu. Piętą achillesową naszego małżeńskiego pożycia stało się ścięgno Achillesa. Konkretnie lewe. Mam nieśmiałą hipotezę, że problem ma swoje źródło w szumnej, rozpalającej wyobraźnię nazwie… Bo przecież z drugiej strony (stopy), mały palec u nogi, nie ma takiej mitologicznej nazwy. Złamanie tego palca też wyklucza na jakiś czas z biegania, a kontuzja ta głębokiej frustracji u mojej żony nie wywołała, prawda Kacperku???

Mam nadzieję, że moja hipoteza jest błędna, bo wybujałe nazwanie trywialnych dolegliwśći, np. odcisku „śladem Neptuna”, siniaka „efektem Mjöllnira” a delikatnego oparzenia „piętnem Hefajstosa” mogłoby mieć nieobliczalne konsekwencje dla przyrostu naturalengo ludzkości.  No, ale zapalenia ścięgna Achillesa trywialną kontuzją nie jest. Zdarza się jak, ktoś przesadza. Przypadłość leczy się zastrzykami i falą uderzeniową i Bóg wie czym jeszcze. Brzmi poważnie. Jestem jednak dobrej myśli, bo powaga takiej kontuzji, choć to nie jest pocieszające, też jest względna. Po złamaniu 2, 3 i 4 kości w stopie, po wyroku lekarzy „pan już biegać nie będzie” przebiegłem dwa maratony; z czego jeden górski. Motyla noga, muszę być dobrej myśli, bo mieć niebiegającą Dominikę w domu to jak patrzeć na zwierzęta w zoo. Kręci się i nie może sobie znaleźć miejsca. Czekam na moment kiedy ruszy radośnie do lasu i własnonożnie (można tak napisać?) wyprodukuje endorfiny.

Proszę Was bardzo, jak biegacie to dbajcie o biegowe BHP. Rozciągajcie się jak specjaliści rekomendują. Omijajcie betonowe nawierzchnie, o ile możliwe. Nie przesadzajcie, jeśli czujecie, że możecie więcej, mocniej i szybciej. Stan Waszych ścięgien i stawów może wpływać na dobre samopoczucie najbliższych a nawet na ich liczbę!!!

Mogę stwierdzić na koniec: „co za dużo to nie zdrowo”…..ale na wszelki wypadek się ze sobą nie zgodzę, bo musiałbym rozważyć odłożenie stojącego obok piwa do lodówki. Wystarczy, że Dominika jest sfrustrowana. Poza tym głupio by brzmiało „kochanie, dzisiaj nie, bo musiałem odstawić piwo do lodówki”…

 

 

DSC_0657

Dodaj komentarz