Archiwa kategorii: bieganie

Mistrzostwo Polski na 100km w ultra biegu górskim… czyli o najtrudniejszym biegu w moim sportowym życiu

…biegnę, biegnę – jest tak pięknie. Wstaje świt, nad górami roztacza się mgła. Jest przyjemnie rześko, jest bosko! Dosłownie frunę na Przehybę, mijam kolejnych zawodników. Od jakiegoś czasu prowadzę już wśród kobiet, staram się jednak nie dekoncentrować, jeszcze 60 kilometrów przede mną … biegnę, biegnę ile sił, bo wiem, że niedługo wstanie mordercze słońce i nie będzie już tak pięknie…

start

Bieg 7 Dolin to bieg górski na dystansie 100km, rozgrywany w randze Mistrzostw Polski w Ultramaratonie Górskim. Najbardziej prestiżowe wydarzenie ultramaratońskie w Polsce, ściągające na start niemal całą czołówkę biegaczy górskich. A wierzcie mi, że przy tej mnogości biegów, które mamy, zebrać najlepszych na jedno wydarzenie to niemałe wyzwanie.

Bieg startuje o 3 rano z Krynicy. W tym roku na Deptaku pojawiło się ponad siedmiuset śmiałków. Nikt nie spodziewał się, że na mecie cieszyć będzie się tylko 451 „finiszerów”.

Słyszę głośną muzykę. Kilka pięter niżej ludzie bawią się na piątkowej imprezie. Próbuję spać, ale nie mogę. Jest bardzo ciepła noc, jak na wrzesień. Nie czuję presji, nerwów, staram się nie myśleć o biegu, a jednak sen nie przychodzi. Późno przyjechałam z Warszawy do Krynicy, nie zdążyłam mentalnie przygotować się do biegu. Mimo to jestem spokojna. A przynajmniej tak mi się wydaje. Chyba jednak zaczynam się denerwować. Wstaję. Zaczynam się przygotowywać. Po pierwsze poranna kawa, tym razem nie gorzka tylko z kilkoma łyżeczkami miodu z piegrzą. Do tego probiotyk, który na stałe wrzuciłam do tygodnia przedstartowego. Nie wiem na jakie próby mój żołądek będzie wystawiony na trasie. Wieczorem, czyli jakieś 3 godziny temu zjadłam kanapkę ze słoiczkiem musztardy. Normalnie (od 20 lat) nie jem chleba, ale przed startem chcę mieć w żołądku lekkostrawne węglowodany.

Organizatorzy Festiwalu Biegowego na 19-tą w piątek zaplanowali obowiązkową odprawę techniczną. Pora moim zdaniem kompletnie nietrafiona, bo większość biegaczy raczej chciałaby odpocząć przed startem. Na odprawie nie było nic słychać, ktoś czytał słowo w słowo to, co zapisano w informatorze. Po dziesięciu minutach poddałam się i wyszłam. Po drodze do pensjonatu spotkałam Krzysztofa, znanego pod pseudonimem Bajlando – zaproponował mi telefon na pobudkę. Odetchnęłam z ulgą, bo mój iPhone dawno już nie przypomina wersji z pudełka i poleganie tylko na nim mogłoby się nie skończyć szczęśliwie.

Przyglądam się 6 parom butów, które wrzuciłam do torby przed wyjazdem. Nie mogę się zdecydować. Nie wiem jakie warunki panują, nie byłam w tych okolicach od zeszłego roku. O rekonesansie trasy nie mogło być mowy, nie mogłam wyrwać się wcześniej  z pracy. W końcu decyduje się na adidas adizero xt. Przede wszystkim dlatego, że biegłam w nich w tamtym roku. Profilaktycznie zaklejam achillesy plastrem. Miejsca podatne na otarcia smaruję specjalną maścią. Na twarz nakładam krem z filtrem. Przez pół godziny noszę na plecach pas do autoakupunktury. Igły szybko pobudzają. Powoli czuję się gotowa do wyjścia. Jeszcze tylko worki na przepaki. Pakuję do nich po parze butów, skarpety, colę, wrzucam po 2 żele. Na wszelki wypadek, bo nie zamierzam z nich korzystać, ale wolę być ubezpieczona. Jeszcze łyk wody i tabletka BodyMax. Zakładam plecak. Wychodzę. Patrzę w niebo. Są gwiazdy. Znak, że będzie gorący dzień.

img_5692

W tym roku zrównano nagrody kobiet i mężczyzn. Dotychczas panowała wielka dyskryminacja pań, teraz dyskryminacja wciąż istnieje (nagradza się 6 pań, 34 mężczyzn!!!), ale przynajmniej zwycięzcy mogą cieszyć się z takich samych bonusów. Niestety nagrody są znacznie skromniejsze niż w latach ubiegłych. Szkoda, bo uważam, że zamiast rozdrabniać się na tysiące dystansów warto skupić się na tym koronnym, najtrudniejszym.

Wchodzę do strefy startu. Jest bardzo głośno, spiker próbuje być zabawny, znajomi pozdrawiają się, wypytują o prognozy wynikowe, samopoczucie. Unikam rozmów. Nie jestem w nastroju do gwiazdorzenia, naprawdę muszę skupić się na sobie. To jest bieg, w którym chcę wygrać, w którym muszę być bardzo mądra. Dopijam resztki wody z butelki, próbuję dopasować czołówkę. Cały czas zsuwa mi się z głowy. Rany! Nie dam rady z nią biec. Sięgam po zapasową – szczęśliwą z Australii, niestety z bardzo słabym światełkiem. Nie wiem, czy wytrzyma w nocy. Trudno, lepsze światełko będę trzymać w ręce. To naprawdę mały problem.

Spiker wymienia faworytki biegu: Ewa Majer – z przydomkiem niezniszczalna, Edyta Lewandowska, Agata Matejczuk, Sylwia Bondara, padają jeszcze inne nazwiska, których nie jeszcze znam;) za co przepraszam z góry. Na końcu wspomina, że chyba jeszcze biegnie Dominika Stelmach, ale na tym temat się kończy. I dobrze, amen.

Start!

Nareszcie biegniemy. Chcę spokojnie przetrwać noc. Edyta raczej pobiegnie początek szybko, ale pewnie umrze, tak mi się wydaje. Na początku trzymam się Ewy, ale dziewczyny bardzo szybko biegną po asfalcie. Zupełnie nie wiem dlaczego. Nagle bardzo dziarskim krokiem wyprzedza nas jakaś zawodniczka, której nie znam. Edyta zaczyna się z nią szarpać. Ale podbieg rozładowuje tempo, ja spokojnie biegnę swoje. Z asfaltu wybiegam jako druga kobieta, za Edytą. Nie zamierzam jednak jej gonić. Czas mija bardzo szybko, na początku wiele osób mknie do przodu jakby wyścig miał się skończyć za kilka kilometrów.

Przypominam sobie, że nie wzięłam bukłaków z wodą. No to już może być problem. Na szczęście na razie jest przyjemnie, rześko. Kombinuję co zrobić, mam ze sobą tylko mały bidonik 0,2litra. Nadzieja, że na pierwszym punkcie będą butelki z piciem. Niestety, nic z tego, są tylko kubki. Wlewam w siebie 4, czy 5, mieszając izotonik z wodą. Teraz będzie kilka kilometrów zbiegu, dam radę bez napojów, a na przepaku czeka na mnie butelka z colą.  

Pierwszy przepak (miejsce, gdzie zawodnik może skorzystać z rzeczy zostawionych przed startem organizatorom i dowiezionym na dany punkt w worku foliowym) jest na 36 kilometrze w miejscowości Rytro. W trakcie Biegu 7 Dolin można też korzystać w nieograniczony sposób z supportu – pozwala na to regulamin. Ja nie za bardzo lubię takie rozwiązania, wolę jak zawodnik ultra sam musi zatroszczyć się o siebie od A do Z. W tym biegu siłą rzeczy wybieram „samotny bieg” – nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc na trasie. Nie zadbałam o to wcześniej, a mąż musiał zostać z dziećmi.

To już 33 kilometry. Jak szybko minęło, jeszcze tylko 2/3 trasy. za chwilkę przepak i punkt odżywczy. Ktoś krzyczy, że mam trzy minuty straty do Edyty. Pytam, czy rzeczywiście tylko tyle. Wiem, że to odrobię, bardzo się oszczędzałam, mam dużo siły. Dobiegam do napojów, wlewam w siebie pod korek, aż jest mi nieprzyjemnie. Zabieram colę z worka, łykam żel. Moczę włosy i koszulkę. Słońce powoli zaczyna być odczuwalne, jest po szóstej rano. Lecę dalej.

profilLecę jak na skrzydłach. Około 40-go kilometra mijam Edytę, ledwo idzie. Na szczęście jest z nią Rafał. Nie wiem, czy to chwilowy kryzys, czy da radę się odbudować. Ja biegnę dalej. …biegnę, biegnę – jest tak pięknie. Wstaje świt, nad górami roztacza się mgła. Jest przyjemnie rześko, jest bosko! Dosłownie frunę na Przehybę, mijam kolejnych zawodników. Od jakiegoś czasu prowadzę już wśród kobiet, staram się jednak nie dekoncentrować, jeszcze 60 kilometrów przede mną … biegnę, biegnę ile sił, bo wiem, że niedługo wstanie mordercze słońce i nie będzie już tak pięknie…

Schronisko na Przehybie to 3 punkt odżywczy na trasie, ważne miejsce, bo za chwilę jest się w połowie biegu. Wielu osobom wydaje się, że jak tu dotarły to teraz będzie już tylko z górki. Nic bardziej mylnego, ten bieg na dobre zaczyna się po 66 kilometrze. Te pierwsze 66 kilometrów to dla mnie bieganie. Nie pokonuję nawet kilku metrów marszem. Potem jednak jest inaczej.

Upał. Jak dla mnie to już upał. Nie znoszę ciepła. Całe dzieciństwo spędziłam na lodowisku trenując łyżwiarstwo, Zima to moja bajka. Na całe szczęście dwa tygodnie temu przebiegłam BMW Półmaraton Praski w temperaturze przekraczającej 30 stopni w cieniu. Organizm choć trochę jest zahartowany. Z tego, co czytałam i pamiętam Ewa Majer uwielbia upały. Nie mogę jednak przegrać tego biegu przez temperaturę. Muszę zwolnić to jasne, wszyscy zwalniają, a ja wciąż wyprzedzam kolejnych uczestników.  

Kryzys. Chcę schodzić. Nie chce mi się, głowa mi pęka. Ktoś proponuje mi wodę lub inne specyfiki. Mówi, że brat go supportuje, że mogę pić ile chcę. Stajemy, pijemy. Wlewam w siebie wszystko co mi dają po kolei. Łykam żel. Jest lepiej, mogę kontynuować bieg. Choć tyłek boli, bo betonowe płyty z Piwnicznej dały się we znaki. Kto wymyślił tą trasę? Tyle kilometrów po paskudnym betonie, ja chcę do lasu!!!

Punkt żywieniowy pod hotelem Wierchomla to niby końcówka. Do mety jeszcze tylko półmaraton. Ale tak naprawdę przed zawodnikami najgorsze podejście, w pełnym słońcu. Biec się nie opłaca. Trzeba oszczędzać siły. Trzeba iść szybkim, równym krokiem.

Gdy idę jest świetnie. Znowu wyprzedzam. Ale nie chcę już biegać. Nie mam siły. Mam już serdecznie dość, już nie zależy mi na wygranej. „Nie poddawaj się, zobacz, wszyscy umierają”. No, tak. Raczej nie będzie cudu i żadna sarenka nie wyprzedzi mnie tu biegowym krokiem. Daleko za mną nie widać nikogo. Dam radę. Tylko te zbiegi… moje palce są już tak zmasakrowane… Dobrze, że jesień idzie… Nagle zaczynam myśleć o Bożym Narodzeniu, które już za 3 miesiące. Mój umysł rozpoczyna dziwne projekcje. Rzucam się zatem do strumienia, nie ważne że ta woda taka brudna. Nic nie jest ważne, byle się nie odwodnić… byle zachować choć trochę mocy.

Bacówka Pod Wierhomlą – prawie 90-ty kilometr.

Teraz już nic nie odbierze mi zwycięstwa, już końcówka. Zmuszam się do biegu, ledwo, ledwo, ale daję radę. Ożeż! Okropny ból! Paznokieć zszedł mi z palca i wbił się w stopę. Kuleję. Ale to przecież głupstwo i tak moje stopy są już zniszczone. Zagryźć zęby i biec dalej. Zbiegać dalej. Za kilka kilometrów meta.

Meta!domi-meta2

Jestem tak zmęczona i odwodniona, że nie potrafię naprawdę się cieszyć. Chcę tylko położyć się do łóżka…

To był bardzo trudny bieg. To zdecydowanie nie były warunki dla mnie.

Jestem SZCZĘŚLIWA, że dałam radę. Wywalczyłam tytuł Mistrzyni Polski w Ultramaratonie Górskim. To była walka! Dziś mogę o sobie powiedzieć – „ultramaratonka”. Ultramaratonką, z pewnym doświadczeniem 🙂

Gratulacje dla tych, którym też udało się dobiec. Słowa uznania również dla zawodników, którzy zeszli, bo tak było rozsądniej.

zw

 

Dziękuję Hubertowi Duklanowskiemu (trenerowi), Krzyśkowi „Bajlando”, Piotrowi Bętkowskiemu, Martynie Wiśniewskiej, Wojtkowi Jegierowi (zawsze niezawodny;), Szczepanowi Figatowi, mężowi!, rodzicom –  za pomoc. Wszystkim innym, którzy mnie wspierają też dziękuję. Staszku, Tobie też;) Moc!

capture

domi

TUT – ultra w wersji light? POLECAM

Trójmiesjki Ultra Track – edycja zimowa 13.02.2016 – bieg, który chciałabym polecić wszystkim, którzy pragną rozpocząć swoją przygodę z biegami ultra oraz tym, którzy lubią SZYBKO i DŁUGO biegać! Nie ma tam bardzo stromych podbiegów (poza ostatnimi 5km!!!), choć płaskiego też nie uświadczysz. Łagodne góra-dół na przestrzeni 65 km.

Bieg kameralny (jak ja kocham takie biegi!!!), stworzony przez ludzi z pasją. Nie ma komercji, brak „wypasu” – nawet kubeczek trzeba nieść ze sobą w plecaku, śmieci zbierać do kieszeni, a punkty odżywcze są tylko 3. CUDNIE. W końcu mówimy o ultra.

Miałam napisać więcej o moich perypetiach na TUT, ale zmieszczę się w kilku zdaniach. Wystarczy 🙂

Po biegu zadzwoniłam do męża z pretensjami „miałeś czekać na mecie! czemu Cię nie ma???”

Mąż: „Miałaś dobiec godzinę później. Która byłaś? Wygrałaś?”

Ja: „Druga…”

Mąż: „Jak to?”

Ja: „Druga OPEN… super szybki Litwin Gediminas dobiegł pierwszy;)”

IMG_0792

12743594_1749642165270934_6914879631399350963_n FullSizeRender (4)FullSizeRender (2)

 

2015 rok – od początku…

 

Rok 2014 był dla mnie bardzo ciężki. Od maja walczyłam z kontuzją achillesa (o czym już wkrótce napiszę, obiecuję! – I mam nadzieję pomogę innym zmagającym się z tym problemem). W połowie listopada zaczęłam truchtać, ale w grudniu niefortunnie skręciłam kostkę oraz naderwałam więzadła. Na szczęście szybka rehabilitacja i fachowa pomoc (fizjoperfekt.pl) umożliwiła mi powrót do biegania juz po 2! tygodniach (choć lekarz znanego centrum medycznego chciał mi wkładać nogę na 3 tygodnie w gips… nie słuchajcie ortopedów!, którzy o sporcie nie mają pojęcia. Medycyna sportowa jest w tej chwili tak zaawansowana, że pozwala niezwykle zminimalizować czas wychodzenia z kontuzji. Trzeba tylko wiedzieć do jakiego lekarza, czy fizjoterapeuty się udać. Osobiście polecam w Warszawie Szczapana Figata, Michała Dachowskiego, a w Poznaniu Marszałka. W Łodzi oczywiście dr Domżalski – the best!)

fotAdrianKrawczyk_025_IMG_6475

Okres, gdy nie mogłam biegać dłużył się, ale musiałam „polubić się” z innymi formami aktywności. Przeznaczyłam ten czas na ćwiczenia wzmacniające, core stability, rozciąganie. Nie czułam endorfin towarzyszących bieganiu, ale udało się przetrwać… wytrwać w „niebieganiu” – bo to najważniejsze w leczeniu kontuzji. Teraz, aż mnie serce boli, jak widzę jak inni lekceważą zalecenia rehabilitacyjne, a potem męczą się kolejne tygodnie. Nie tędy droga. Trzeba się wyleczyć do końca.

Biegać zaczęłam 28 grudnia. Pierwszego dnia były to 3 km – ledwo dałam radę…! Z dnia na dzień udawało się jednak dokładać dystans i w Biegu Sylwestrowym zaskoczyłam samą siebie! Biegłam bez zegarka…

sylwester

Od stycznia trenuję, to znaczy buduję bazę. Po 7 tygodniach mogę uznać, że zakończyłam ten etap.

  1. tydzień – 90,0 km
  2. tydzień – 79,9 km
  3. tydzień – 75,4 km (start na 5km – 18,39)
  4. tydzień – 75,1 km
  5. tydzień – 91,4 km
  6. tydzień – 67,7 km
  7. tydzień – 90,9 km (start na 10km w lesie – 38,08 z upadkiem)

Dodatkowo 1-2 razy w tygodniu chodzę na spinning (stacjonarne przygotowania do tri…). Po każdym treningu krótkie core stability, rolowanie. 2 razy w tygodniu sauna. Raz yoga.

Połowę kilometrów przebiegam w weekend, w ciągu tygodnia nie mam za wiele czasu. Standardowy schemat:

  • – sobota/ niedziela 24 + 16 km
  • – poniedziałek-piątek – 4  treningi 8-12 km

Trzymajcie kciuki!

BIEGI GÓRSKIE

Bieganie po górach, czyli nie takie hop-siup…

Dwa lata temu nie wiedziałam jeszcze, że istnieje coś takiego jak biegi górskie (choć byłam Mistrzynią Warszawy w Zimowych Biegach Górskich… jednak ganianie po falenickiej wydmie z górami ma niewiele wspólnego…) Zdarzyło mi się też w 2004 roku wygrać Sudecką Setkę (100 km po Górach Kamiennych – o czym w pierwszym wpisie), ale nie traktowałam tego biegu jako wyzwania górskiego. W mojej pamięci pozostał jedynie ból związany z pokonaniem stu kilometrów…

Pamiętam, że jakoś tak, jeszcze w czasach studenckich, w Bieszczadach natrafiłam na grupę „pomyleńców”, którzy biegli po połoninach. Pomyślałam , że też bym tak chciała (choć w grupie znajomych raczej pobłażliwie komentowaliśmy tych szaleńców). Ale na myśleniu się skończyło. Wtedy bardziej kręciło mnie posiadanie 20-kilowego plecaka na grzbiecie i bycie „niezależnym” w górach (czytaj: piwo na każdym postoju) niż bieganie. Właściwie biegania jeszcze nie odkryłam, za to bardzo chciałam zostać przewodnikiem górskim. Życie jednak weryfikuje marzenia (co za szczęście, że tak mało z tego, co sobie wyśnimy spełnia się!)

Na „prawdziwy” bieg górski po raz pierwszy trafiłam dwa lata temu (dopiero!). W sumie zupełnie przypadkiem, bo akurat byliśmy w górach „na wypoczynku”. O tym, że kompletnie nie miałam pojęcia z czym to się je może świadczyć fakt, że mój mąż wystartował w tym biegu z babyjoggerem… Tak, tak! I dotarł do mety na Magurkę… gdy już zwijano metę… Przez większość dystansu pchał wózek pod górę, a 7 miesięczny Bartek siedział w nosidle – z bieganiem nie miało to nic wspólnego. Ja jednak zajęłam medalowe 3 miejsce i bardzo spodobała mi się taka odmiana w bieganiu. Mimo to przez kolejne pół roku w góry nie wybraliśmy się. Dopiero w maju, znowu przy okazji urlopu w górach, wystartowałam w biegu na Grojec. Wtedy  dowiedziałam się, że biegi górskie dzielą się na kilka typów, że nie wszystkie są bezpieczne, że jest w Polsce tak wiele imprez górskich! Właściwie w ciągu sezonu, co tydzień mamy przynajmniej jeden bieg, a są weekendy, gdy imprez jest 7-8. Jest w czym wybierać. Są też oficjalne Mistrzostwa Polski, rozgrywane corocznie w 4 konkurencjach:

bieg alpejski (klasyczny bieg górski pod górkę, czyli meta znajduje się na szczycie, a start u podnóża góry. Zazwyczaj dystans u kobiet to ok. 9km, u mężczyzn 12. Oczywiście są szczegółowe wytyczne federacji na temat obowiązkowego przewyższenia i dystansu). Biegi anglosaskie są teoretycznie najbezpieczniejsze i stanowią doskonały środek treningowy, ale… bieganie pod górę niestety szkodzi naszym Achillesom; także jeżeli ktoś ma problemy z tym ścięgnem, lepiej wystrzegać się długich podbiegów. Także osoby, które nie do końca pewne są swojego serca nie powinny porywać się na wielkie przewyższenia. Tętno potrafi tu bardzo gwałtownie wzrosnąć. Rada dla debiutantów – nie zaczynać za szybko (choć pewnie każdy musi przez to przejść – za szybkie zakwaszenie już na pierwszych kilometrach! Zupełnie inaczej niż na płaskich dystansach).

bieg na krótkim dystansie (bieg alpejski, ale na krótszym odcinku, zazwyczaj 5 kilometrowym. Tu nie ma co kalkulować, trzeba od początku biec szybko. Ale nie za szybko… najlepiej przekonać się osobiście, choć to boli. I bywa frustrujące, gdy w wynikach widzisz, że niektórzy pokonują dystans pod górę w tempie twoich biegów po płaskim…)

bieg anglosaski [czyli wbiegasz i zbiegasz; lub na odwrót. Biegi anglosaskie nazwałabym biegami dla osób o stalowych nerwach i mocnych kolanach… W tej konkurencji liczy się odwaga i szybkość zbiegu. Najlepsi osiągają tu naprawdę zawrotne prędkości! Mnie na zbiegu z Kasprowego Garmin pokazał średnią jednego z kilometrów 2,35 min/km… ale na tym samym biegu jeden z trzydziestolatków wybił sobie wszystkie przednie zęby, kolejny złamał rękę, a i organizator nie obył się bez szycia głowy… Straty i kontuzje niestety nie należą do rzadkości – dlatego odradzam ten typ biegów osobom ze zbyt bujną wyobraźnią. Zbiegać kategorycznie nie powinny osoby zmagające się z kontuzjami kolan i stóp (pod szczególna ochroną powinien być staw skokowy). Dla kręgosłupa to również duże wyzwanie. Jeżeli jednak jesteśmy miłośnikami prędkości, a na płaskim za nic nie możemy zbliżyć się do wyników Bolta, to zbieganie dostarczy nam niesamowitej frajdy. I pozwoli poprawić swoje osiągi, przyzwyczajając mięśnie do większej kadencji. No i ten ból w mięśniu czworogłowym –  nie do przecenienia!]

bieg na długim dystansie (bieg na trasie przekraczającej długość półmaratonu. Mistrzostwa Polski to zazwyczaj trasa ok. 30km, ale na Mistrzostwach Świata mamy już dystanse zbliżone do maratonu. Trasa ma różny profil, od alpejskiego, poprzez typowy anglosaski. 3 sierpnia 2013 roku w Polsce odbędą się Mistrzostwa Świata, w formule otwartej, rozgrywane podczas Maratonu Karkonoskiego. Otwarta formuła pozwala na start każdego, kto zmieści się w limicie startujących, czyli zdąży zapisać się w odpowiednim czasie. To bardzo dobra okazja, by pościgać się z najlepszymi biegaczami górskimi. Ale do takiego biegu powinniśmy być naprawdę dobrze przygotowani. Odradzam debiutowanie w górach na takim dystansie! To naprawdę skrajna nieodpowiedzialność; nawet jeżeli mamy za sobą już płaskie maratony. Gór powinniśmy „nauczyć się” najpierw na krótszych trasach. Wtedy też będziemy w stanie lepiej ocenić, czy jesteśmy w stanie zmieścić się w limitach wyznaczonych przez organizatorów na poszczególnych punktach trasy).

W 2011 w Biegu na Długim Dystansie zostałam Mistrzynią Polski… ale o tym innym razem.

bieg

Biegi w górach to także ultra-dystanse lecz to zupełnie inna bajka i kolejny poziom wtajemniczenia. Uważam, że biegów ultra nie powinniśmy zaczynać za wcześnie, bo to jednak wyzwanie dla dojrzałych biegaczy (i nie chodzi mi tylko o przeciwwskazania zdrowotne, ale także o dojrzałość potrzebną do tego, by mierzyć się z dziesiątkami, czy setkami kilometrów). Fajnie jednak mieć taki cel, bo już kilkadziesiąt minut biegu górskiego to uczta dla ciała i ducha, a co dopiero kilka, kilkanaście godzin… czy więcej.

Są też i inne biegi pod górę – jak choćby biegi po schodach, czy też robiące ostatnio furorę biegi po skoczniach mamucich. Najwięcej w Polsce może na ten temat powiedzieć Piotr Łobodziński, który należy do ścisłej światowej czołówki. Ale to kolejna opowieść… Również fascynująca.

Ten tekst ma trochę przewrotny tytuł, bo tak naprawdę chciałabym, żeby jak najwięcej osób zakochało się w bieganiu po górach. Ja, mieszkanka wielkiego miasta, odnajduję w górach emocje, które nie są dostępne na nizinach. Góry to także zupełnie nowe wyzwania, odkrywanie siebie na nowo. To doskonały sposób, by przełamać rutynę biegania po asfalcie. A że trzeba przejechać pół Polski…

W perspektywie tego roku, gdy w Polsce rozegrane zostaną Mistrzostwa Świata w Długodystansowych Biegach Górskich (sierpień 2013) oraz w Biegach Anglosaskich (wrzesień, Krynica – formuła zamknięta) to szansa na pojawienie się nowych talentów. Eliminacje do kadry Polski odbywają się w bardzo jasnej formule – najlepsi z Mistrzostw Polski reprezentują kraj. Gdy ktoś z jakiś powodów nie może wystartować, na Mistrzostwa Świata czy Europy jedzie kolejna osoba ze stawki. Żeby jednak nie było tak pięknie, to trzeba za wyjazd samemu zapłacić… Organizatorzy zapewniają jednak reprezentantom poszczególnych krajów noclegi i wyżywienie podczas Mistrzostw, zawodnicy są zwolnieni z opłaty startowej (dla przeciętnych śmiertelników to ok. 150 zł, 50 EUR).

Frajda z reprezentowania kraju i sam udział w imprezie takiej rangi warte są jednak swoich kosztów. Szczególnie, że biegacze górscy to amatorzy… w 99 procentach… Biegają, bo lubią.

IMG_1374

 

Kalendarz biegów górskich znajdziecie na portalu biegigorskie.pl.

Do zobaczenia w górach, choć mnie pewnie ominą przyszłoroczne starty…

….

….

PS. Przyznaję bez bicia, że dzisiaj zapisałam się na sierpniowy MARATON KARKONOSKI…. A co tam, 3 miesiące po porodzie z formą może już być dobrze;) W najgorszym razie czeka mnie długa wycieczka w góry;):)