Rekord Świata w Wings For Life…

7 maja w 24 lokalizacjach na świecie, dokładnie o tej samej porze, wystartował niezwykły wyścig Wings For Life World Run!

WFL to jedyny bieg, w którym meta, czyli samochód pościgowy, goni zawodników. Bieg odbywa się w 24 miejscach na świecie i rozpoczyna dokładnie o tej samej godzinie. W Polsce była to 13:00, w Chile 8:00, a w Australii 21:00. Spośród wszystkich biegaczy wyłaniani są krajowi i światowi zwycięzcy – kobieta i mężczyzna, którym udało się najdłużej uciekać przed goniącą ich metą. Nikt nie ma szans, by nie dobiec do mety, bo to ona dogania zawodników, także nieukończenie jest niemożliwe (chyba że ktoś ucieknie w bok…). Zawody sponsoruje i organizuje Redbull wraz z innymi partnerami. Bieg skierowany jest do wszystkich, którzy chcą wspomóc badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym (przeznaczone jest na to 100% opłaty startowej). Czyli:

  • wspaniały cel  –Ty możesz biec! Ciesz się z tego, bo przecież uwielbiasz biegać! Ale są tacy, którzy nie mogą, lecz jest nadzieja! Pomóżmy!
  • bardzo emocjonująca formuła – W czasach, gdy popularność lekkiej atletyki spada, gdy bieganie długodystansowe wydaje się nudnym sportem „do oglądania”, nagle okazuje się, że jest sposób na to, by zatrzymać widzów przed odbiornikami. I to przez prawie 6 godzin!

wingsCH4

Tyle tytułem wstępu.

Przechodzę do subiektywnej relacji. Ja i Wings For Life.

Po raz pierwszy w WFL wystartowałam dwa lata temu w Poznaniu (była to druga edycja tego biegu). Zgłosiłam się dosłownie na ostatnią chwilę, 40 minut przed zamknięciem zapisów! Nie znaczy to, że nie planowałam udziału, ale po kontuzji ścięgna Achillesa nie do końca byłam pewna, czy to już czas na długie dystanse. Mimo to (i mimo innych przeciwności – żołądek mnie nie oszczędzał) udało mi się ukończyć bieg na pierwszym miejscu w Polsce, 32. na świecie. Wiedziałam, że za rok będę chciała pobiec dalej i szybciej. Na miejsce startu wybrałam Australię, gdzie meta dogoniła mnie po 55 km (zatem przebiegłam 13 km więcej niż rok wcześniej!), byłam 8. na świecie.

AppleMark

Planując 2017 rok i starty docelowe chciałam wszystko postawić na WFL. Wreszcie wygrać tą imprezę, udowodnić, że ultramaratony to moja specjalność. Że mogę biegać długo i całkiem szybko! Bardzo tego chciałam! Założyłam, że 70km jest do osiągnięcia (oczywiście nikt nie brał mnie na poważnie, poza moim trenerem, który jednak zaznaczał, że tempo 4,0 i 65km na pewno wystarczą do zwycięstwa).

W styczniu nie wiedziałam, czy zdążę przygotować formę na kwietniowy maraton, ale byłam pewna, że na 7 maja się wyrobię. Po 2 miesiącach bez biegania (listopad-grudzień) nie czułam się komfortowo. Ale forma rosła bardzo szybko. Dlatego zapadła decyzja o starcie w Mistrzostwach Polski w Maratonie, a potem w Orlen Warsaw Marthon. Mało kto wierzył, że mi się uda, ale jak człowiek jest w formie to czuje moc. Gdy znasz już swoje ciało, zaczynasz lepiej oceniać jego reakcje. Mistrzostwa Polski wygrałam, a na Orlenie nabiegałam 2:38:51, co jest moją aktualną życiówką maratońską.

Na WFL wybrałam Chile. Dlaczego? Bo nie było Peru wśród miast do wyboru. A że Chile graniczy z Peru… Sprawdziłam, że temperatura powinna być w miarę przyzwoita (średnio o 8 rano, czyli podczas startu 14 stopni, w miarę upływu dnia do 20).  Nieźle. Wiadomo, że na Antarktydzie byłoby lepiej,

ale… 😉

IMG_8786

Polecieliśmy z mężem tydzień wcześniej. Dzieci zostały pod opieką babci, a my po 30 godzinach lotu dotarliśmy do Antofagasty. To było miejsce nad oceanem najbliżej pustyni Atacama. Chciałam dwa dni odpocząć i ruszać na podbój Chile!

O Chile będzie w kolejnym odcinku… Mam tyle do opowiedzenia… Teraz ma być o biegu 🙂IMG_8694

Santiago De Chile – to w stolicy startuje WFL. Do końca nie moglam znaleźć informacji o trasie, dowiedziałam się jednynie, że została zmieniona w stosunku do zeszłego roku (po biegu, zupełnie przypadkiem, ujawniono mi, że trasę zmieniono tak, by po 80km było z górki, żeby mógł paść światowy rekord…). Rekord padł 😉 ale nie u mężczyzn, ale w przyszłym roku, kto wie? Może po moim tekście ktoś się skusi;)

W Santiago chcieliśmy spędzić jak najmniej czasu, co okazało się świetną decyzją. Nie jest to piękne miasto! Jest tłoczne, bardzo gwarne, dość brudne. Są oczywiście perełki, ale ogólnie klimatem przypomina europejskie miasta sprzed 30–40 lat. Raczej smutno, dość niebezpiecznie (poza centrum), ulice pełne handlarzy, muzyków, bezdomnych… Hotel dostaliśmy w samym sercu miasta. Niestety nie działała klimatyzacja, a przy otwartym oknie nie dało się spać. Chyba takie sytuacje mam już wpisane w DNA, także nie przejęłam się zbytnio. Po prostu się nie wyspałam, nic nowego.

IMG_8836

Mam też szczęście 😉 Na dzień przed biegiem przepięknie zepsuła się pogoda! Z 26 stopni i słońca temperatura spadła do 10–14 stopni i spadł deszcz! MNIAM!!! Wraz z obniżeniem temperatury zaczęłam coraz mocniej wierzyć w to, że mam duże szanse, że to tutaj, w Chile, rozegra się walka o zwycięstwo światowe. Do Santiago przyleciało aż siedem zeszłorocznych zwyciężczyń, w tym bardzo mocna Portugalka (3. na świecie w tamtym roku, w kwietniu nabiegała 2:34 w maratonie). Czułam, że to jest moja szansa, że muszę się trzymać Very, a wszystko będzie dobrze.

Poza tym, nie denerwowałam się. Wydaje mi się, że wszytskie nerwy zdążyłam stracić przed Dębnem. Teraz byłam pewna siebie. Miałam poczucie, że nic nie muszę udowadniać, ale chcę!

IMG_8844

Start był o 8 rano, także pobudkę zaplanowałam na piątą. Spokojne śniadanie (izotonik z kawałkiem macy). O 6:30 podjechał pod nasz hotel bus. Chilijczycy byli bardzo dumni, że mają tak mocną grupę kobiet, także opiekowali się nami (dla porównania w Australii nikt się nami nie zainteresował), mieliśmy podwózkę, specjalny namiot VIP i możliwość ustawienia się w pierwszej linii (nie tylko do zdjęcia ;). Żeby jeszcze mówili po angielsku 😉 No, ekipa Redbulla mówiła, ale poza tym musiałam ratować się moim nędznym hiszpańskim, który obiecuję dopracować!

WFLChile2

Start. Spokojnie. Tajwanka wychodzi na prowadzenie. Biegnie prawie sprintem. Zastanawiam się jak długo da radę. Po 2 kilometrach zwalnia. Ja trzymam się Portugalki. Pierwsze 5 kilometrów to kluczenie po parku, bieg po ciemku, ale szybko nastaje świt. Jest tak cudownie rześko. Chwilowo zaczynam nawet lubić to miasto. Szybko jednak wybiegamy na peryferie. Trasa jest dobrze oznakowana (nie gubię się!). Nie jest jakoś bardzo komfortowo, bo poruszamy się po poboczu, często dołączają psy, które nie są groźne, ale porafią wejść pod nogi. Na niewiele zdaje się przepędzanie ich.wingsCH

Po kilkunastu minutach zdaję sobie sprawę, że pan, który biegnie z nami (ze mną i Portugalką), to tak naprawdę jej zając. Wygrał w tamtym roku rywalizację mężczyzn w Portugalii, lecz celem tegorocznym było poprowadzenie Very na mistrzostwo świata Wings For Life. Nie było to dla mnie jakoś wielce zaskakujące, nawet pomyślałam, że dzięki temu ja też skorzystam (jego życiówka w maratonie 2:13!). Ale szybko okazało się, że Portugalczycy grają nie fair. Mieli swoich ludzi, którzy podawali im żele i wodę, on jej otwierał to wszystko, podawał. Gdy powiedziałam, że to nie uczciwe i zabronione w regulaminie, udawali, że nie rozumieją. Wkurzyłam się. To ja wszystkie żele targam ze sobą (mam ulubione spodenki z dużą kieszonką, które zmieszczą wszystko ;), ledwo udaje mi się czegokolwiek napić z nieco tylko wypełnionych kubeczków podawanych co 5 km na trasie, a oni dostają pomoc z zewnątrz! Do tego, gdy pojawiły się kamery, on jednak zrozumiał, że gra nieczysto i zaczął zostawać z tyłu, żeby wziąć „prowiant”, po czym ją gonił i „dzielił się z nią”. Wkurzyłam się mocno! Tak… ja się potrafię wkurzyć!

wflCHILE5

Gdzieś tak na 35-tym kilometrze, bliska wybuchu, rzuciłam im „i tak tego nie wygracie!” i rozpoczęłam ucieczkę. Czułam się bardzo dobrze, pogoda dopisywała, deszczyk miło chłodził ciało, trasa była prosta i płaska. Szybko zaczęłam zyskiwać przewagę. Kontrolowałam czas, biegłam równo. Dystans maratoński przekroczyłam po 2 godzinach i 45 minutach z hakiem. Było dobrze, a nawet bardzo dobrze. Od 35km aplikowałam sobie po jednym żelu energetycznym (jak już się zacznie z żelami, to niestety trzeba kontynuować), co 5 kilometrów. Piłam tylko wodę. Gdy dotarłam do 55km (taki był mój wynik rok temu) poczułam się jeszcze pewniej. W tym momencie wiedziałam, że w Chile na pewno nie oddam zwycięstwa. Nie miałam jednak pojęcia, że prowadzę na Świecie (ale może to i dobrze, niepewność powodowała, że chciałam przebiec jak najwięcej).

Manuelito Figueroa from Brazil and Dominika Stelmach from Poland perform during the Wings for Life World Run in Santiago de Chile, Chile on May 7, 2017. // Gustavo Cherro for Wings for Life World Run // P-20170507-02567 // Usage for editorial use only // Please go to www.redbullcontentpool.com for further information. //

Po 60 kilometrach dogoniłam panów. Dwóch – jeden prowadził bardzo długo, ale zastałam go na poboczu walczącego ze skurczami, drugi chciał wykorzystać niedyspozycję tego pierwszego. Ja nie liczyłam się w tej rozgrywce, ale z satysfakcją wyminęłam obu. Zbliżałam się do 65 kilometra, czyli dystansu, który rok wcześniej pokonała Japonka, dystansu który wielu osobom wydawał się „nie do pobicia”. Yoshida Kaori to biegaczka regularnie meldująca się na mecie maratonów poniżej 2,30. A jednak…

Dało się dalej!

I sądzę, że te 70km było w zasięgu. Ale trzeba coś zostawić „na potem”;)

epa05949348 A handout photo made available by by Global Newsroom showing Global female winner Dominika Stelmach of Poland during the Wings for Life World Run in Santiago de Chile, Chile, 07 May 2017. Worldwide over 155.000 participants took part in the charity run in 25 countries. EPA/Gustavo Cherro / GLOBAL NEWSROOM / HANDOUT HANDOUT EDITORIAL USE ONLY/NO SALES

Gdy doganiał mnie samochód nie byłam wykończona,czułam, że mogę jeszcze biec. Ale ogromnie ucieszyłam się, że już nie muszę 🙂 Że to już koniec, że wygrałam. Na pewno w Chile. A jak na Świecie? Pytam, ale nikt nie daje mi jednoznacznej odpowiedzi. Dopiero po kilku minutach przewieszają mi szarfę z napisem „GLOBAL WINNER”! Tak, tak, tak! Kolejna zawodniczka przebiegła 6 kilometrów mniej ode mnie (w Mediolanie). Trzecia była Portugalka.

wingsCH3 wingsCH2

Później okazało się, że tylko 15 panów było szybszych ode mnie, w tym niesamowity Aron, który na wózku inwalidzkim (takim normalnym, nie sportowym!) pokonał 92 kilometry. Gdy kilka dni później oglądałam relację nie mogłam uwierzyć, że on to zrobił. Że pokazał, że niemożliwe nie istnieje. Wśród biegaczy najszybszy był Bartek Olszewski, który wygrał bezpośrednią rywalizację z Włochem Calcaterrą. W Polsce zwyciężył Tomek Walerowicz.

wflCJILE

Po biegu polecieliśmy do Peru realizować kolejne marzenia…

 

PS. Mój mąż też zrobił życiówkę, przebiegł 17km!

PS’. Dzięki Hubert Duklanowski ;D

PS”, Dzięki Magda Sołtys

PS”. Ola, też dzięki 😀

3 myśli nt. „Rekord Świata w Wings For Life…

  1. Marcin Kłos

    Nawet moja niebiegająca rodzina z przyjemnością kibicowała Tobie i Bartkowi (w zeszłym roku z resztą też). Świetna robota! Gratulacje.

    P.S. Tej historii z Portugalką nie mogę zrozumieć. Co komu z nieuczciwego zwycięstwa w takiej imprezie?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz