Archiwa kategorii: MOJA HISTORIA BIEGOWA

Blogowanie czyli wpisy różnej kategorii

MOJA BIEGOWA HISTORIA cz.8

8.     OPTYMALIZACJA TRENINGU I 2:46 W MARATONIE

Już na początku zimy 2011/12 podjęłam decyzję o starcie w maratonie Łódź Dbam o Zdrowie. Pasował mi termin wypadający 3 tygodnie po półmaratonie warszawskim, pasowała lokalizacja, bo przecież jestem łodzianką z urodzenia i w tym mieście mieszkają moi rodzice. W Łodzi mam większość znajomych, także tych biegowych. A zawsze lepiej na maratonie mieć jakieś wsparcie.

Od początku przygotowań nastawiałam się na atak na 2,40. Nie widziałam potrzeby, żeby postawić sobie poprzeczkę niżej. Miałam już spore doświadczenie maratońskie, byłam w życiowej formie. Trzeba było tylko odpowiednio przepracować zimę. A to wymagało ode mnie bardzo wielu poświęceń i maksymalnej optymalizacji czasu poświęcanego na trening. Nie chciałam, żeby przez moją pasję Bartuś nie widywał mamy. A pracowałam od 8.30 do 17.00. Doliczając do tego prawie godzinne dojazdy nie wyglądało to wszystko różowo.

Podjęliśmy z mężem decyzję, że muszę się przemóc (choć bardzo tego nie lubię) i zacząć trenować wcześnie rano. Bartuś spał zimą prawie do 9-tej, zatem i tak rano mnie nie widywał. Na szczęście mógł być odprowadzany do przedszkola przez tatusia. Dzięki takiemu układowi dnia popołudnia i wieczory mogłam przeznaczyć dla synka. Oczywiście nie starczało już czasu na wiele więcej, bo o 10-tej, najpóźniej 11-tej padałam zmęczona spać.

Do sezonu wiosennego 2012 zaczęłam przygotowywać się pod koniec listopada, po dwutygodniowym roztrenowaniu. Sezon startowy zakończyłam życiówką na 10 km, nie taką jaka mi się marzyła, ale zawsze miło się poprawić. W trakcie roztrenowania praktycznie nie biegałam, chodziłam za to na rehabilitację, na basen i aerobik. Strasznie nie lubię tego okresu, kiedy nie powinno się biegać 😉 Niestety najczęściej ten czas wypada, gdy jest piękna jesień i strasznie żal nie korzystać z ostatnich dni sprzyjającej aury. Ale uważam, że roztrenowanie jest bardzo ważne, także  po to, by zatęsknić za bieganiem.

Kolejny już raz, ważnym elementem moich przygotowań były starty na wydmie w Falenicy (dla niewtajemniczonych napiszę, że trasa ma 3 pętle po 3,33 km, na każdej jest 6 wbiegów i zbiegów; podłoże jest piaszczyste, ale zimą najczęściej skute lodem lub zaśnieżone, choć bywają i takie biegi, podczas których zawodnicy taplają się w błocie po kolana).

dsc00649

Zazwyczaj ciężko porównywać poszczególne biegi do siebie ze względu na skrajnie różne warunki atmosferyczne, ale w podczas przygotowań do maratonu 2012 z każdym startem biłam swój rekord życiowy na tej trasie, ostatecznie uzyskując czas o ponad dwie minuty lepszy niż rok wcześnie (38,44). Zaczęłam swobodnie wygrywać z osobami, które dotychczas pozwalały mi tylko swoje plecy.

Do treningu włączyłam nowe elementy – Jacobs Ladder, czyli wspinanie się po „ruchomej drabinie” symulującej strome górskie podejście oraz interwały wykonywane na bieżni mechanicznej na nachyleniu 5-8%. Drabina pozwalała na bardzo efektywne wykorzystanie nawet niewielkiej ilości czasu – angażując mięśnie rąk i nóg, przy bardzo wysokiej intensywności stanowiła też niezastąpioną rozgrzewkę. Już 10 minut ćwiczeń powodowało mocne zmęczenie i puls zahaczający o 90% max (także w zależności od planu mogłam wykonywać trening aerobowy lub anaerobowy). Jeżeli chodzi o bieganie pod górkę to były to zazwyczaj 3 lub 4 minutówki (odpowiednio 750 metrów lub kilometr) wykonywane w tempie 4 min/km na przerwie 2 minuty biegu po płaskim (tempo ok. 4,25 min/km). Dodatkowo po treningach szybkościowych robiłam 3 serie po 15 dynamicznych powtórzeń na suwnicy (urządzenie na siłowni, które pozwala w pozycji półleżącej wypychać ciężar do góry). Wspomniane elementy pozwoliły mi poprawić szybkość i siłę.

Poza tym, tak jak w roku poprzednim, regularnie prowadziłam zajęcia na hali lekkoatletycznej – w tym sezonie skupiając się głównie na sile biegowej i core stability (mniej było ćwiczeń na płotkach, mniej biegania). Starałam się też 2 razy w tygodniu korzystać z sauny (2-3 sesje po 8 minut, na odpoczynku 5 minutowym) oraz przynajmniej raz w tygodniu po treningu pływać (bardziej regeneracyjnie niż treningowo, maksymalnie 25 minut). Na więcej niestety nie miałam czasu.

Na szczęście dość szybko udało mi się zaadoptować do porannego wysiłku (choć naprawdę strasznie nie lubię trenować rano!). Pakowałam torbę z rzeczami na ćwiczenia wieczorem i przez 5 dni w tygodniu wstawałam o 5-5.30 rano, by po 15 minutach od przebudzenia (bez śniadania, jedynie na kawie z mlekiem) przemknąć przez śpiące o tej godzinie miasto i o 6-6.30 zacząć ćwiczenia. 0 8.30 zaczynałam pracę. Weekendy przeznaczałam na dłuższe wybiegania, w tym roku dochodzące już do 28 km w tempie ok.4,40 – 4,20 min/km.

W okresie świąteczno-sylwestrowym wybraliśmy się całą rodziną na obóz biegowy, niestety ja już pierwszego dnia wylądowałam na antybiotyku (parszywe zapalenie krtani) i niewiele skorzystałam z tego okresu. Wydaje mi się, że tak bardzo czekałam na ten wyjazd i tak liczyłam na jego pozytywny wpływ (sportowy jak i psycho-fizyczny), że organizm przestał się mobilizować i łatwo złapałam infekcję. Ponoć jest to dość powszechne u osób, które mocno obciążają swój organizm.

Szkoda.

Na szczęście pod koniec stycznia udało mi się na 5 dni wyskoczyć do Zakopanego. Wyjazd był służbowy, ale czas na bieganie się znalazł. Było cudownie – prawdziwa śnieżna zima z mroźnym wyżowym powietrzem. Dwa razy udało mi się pobiec prawie 30 kilometrów Ścieżką pod Reglami, a potem na Ornak. Dzięki temu w styczniu przebiegłam najwięcej kilometrów w ciągu miesiąca w życiu – 390!. Dla porównania w grudniu było to 280 km.

Przykładowy tydzień treningowy (luty 2012):

  1. Poniedziałek – 15 km: 25 minut BC1 (tempo 4,50 min/km), 5 x 5 minut (tempo 3,45 a ostatnia 3,40 min/km), p:2′ (4,40min/km). Potem 2 x 2,5′ drabinki i 3 x 16 powtórzeń na suwnicy.
  2. Wtorek – 5 minut rozgrzewki na drabince 7,5 km biegu pod górkę z narastającym nachyleniem (od 1 do 7%). Spokojnie.
  3. Środa – rano 9,5 km na nachyleniu 2%; wieczorem hala lekkoatletyczna
  4. Czwartek – 13,2 km biegu z narastającą prędkością (ale bez szaleństw)
  5. Piątek – 14,6 km wariacji – 30′ pod górkę, 6 x 2′ (3,36min/km, p: 1′ 4,36 min/km), 10 minut pod górkę;  basen 15’ i 2 x sauna po 8’.
  6. Sobota – 27,5 km; średnia 4,40 min/km (tempo narastające do 4,50 min/km do 4,20).
  7. Niedziela – wolne

W lutym przebiegłam 408 kilometrów, co było kolejnym rekordem objętości. Dodatkowo zaczęłam chodzić profilaktycznie na rehabilitację do kliniki Ewy Witek-Piotrowskiej (Ortoreh). Polecam wszystkim taką formę regeneracji (szczególnie, gdy rehabilitantami są biegacze). Ja panicznie boje się kontuzji, także chucham na zimne.

11 marca wystartowałam po raz pierwszy w Mistrzostwach Polski w Biegach Przełajowych.

IMG_0851

Był to też mój pierwszy poważniejszy start w tym sezonie. Pobiegłam dobrze, choć zabrakło mi doświadczenia (ale jak się tak późno debiutuje;…). Zajęłam 6 miejsce, niewiele zabrakło do podium. Nie wiem czemu na ostatnim kilometrze odpuściłam, trochę tak, jak bym się bała walczyć do końca. Cóż, mówi się trudno, ważne że przetarcie miałam za sobą.

Tydzień później chciałam spektakularnie pobić życiówkę na 10 km w Maniackiej Dziesiątce. Czułam się silna i mocna, pogoda zrobiła się wiosenna… Niestety coś złego zaczęło  się ze mną dziać tuż przed startem. Zauważyłam, że żołądek zaczyna się buntować (ale takie rzeczy się zdarzają, także starałam się to zbagatelizować). Do tego przytrafiło mi się masakryczne gapiostwo – zamiast swoich skarpetek wzięłam skarpety męża (6 rozmiarów za duże…). Ostatecznie zdecydowałam się na start w nich, choć pewnie lepiej dla moich stóp byłoby pobiec w samych butach. Mimo tych przeciwności zaczęłam mocno, wierząc że dobry czas jest do osiągnięcia. Na piątce jeszcze prowadziłam, z życiówką poprawioną o ponad pół minuty (17:21), ale problemy zaczęły się już od czwartego kilometra. Feralne skarpetki zaczęły się zwijać, uciskać, szkodzić. Brzuch też nie był obojętny…

Ostatecznie ukończyłam z czasem 36,18. Jakoś dociągnęłam do mety. Tuż za nią mogłam zdjąć buty i rozwiązać choć problem stóp. Niestety problem z żołądkiem dopiero się zaczynał. Niedługo po biegu z całą swoją mocą uaktywniła się grypa żołądkowa i ledwo przetrwałam wieczór i noc. Paskudztwo nie chciało przejść i do środy trapiły mnie wymioty. Byłam zrozpaczona, bo w niedzielę startował Półmaraton Warszawski. Gdy w czwartek rano wyszłam potruchtać byłam gotowa poddać ten bieg. Ledwo żyłam, organizm wyprany był z węglowodanów. Po dwóch kilometrach musiałam zawrócić do domu. Jako deskę ostatniego ratunku potraktowałam wizytę o u dietetyka. Zalecił wykluczenie z diety wszystkiego poza węglowodanami plus oczywiście picie dużej ilości wody. Poskutkowało.

Myślę, że ten mój niechciany epizod z  żołądkówką wywołał podobny efekt jak stosowane przez wielu zawodników z Europy Wschodniej (choć na całym świecie stosuje się modyfikacje) diety białkowo-węglowodanowej. Najpierw organizm doprowadzony został do skrajnego wyczerpania (pomimo przerwy w bieganiu), a potem otrzymał bardzo duży zastrzyk skondensowanego glikogenu. W tygodniu przed połówką zrobiłam tylko dwa treningi – w piątek 5 x 2’ (3,28 min/km), p: 1’ (4,30min/km), a w sobotę luźne sześciokilometrowe wybieganie. Byłam głodna biegania.

Półmaraton Warszawski:

pmw

1,17,10

Życiówka poprawiona o dwie minuty. Szóste miejsce na Mistrzostwach Polski Kobiet. W 90% udany bieg. Zabrakło finiszu, ale może to przez zatrucie. Albo znowu głowa się przestraszyła, że będzie za dobrze… Nie obyło się oczywiście bez stresujących sytuacji przed startem. Przede wszystkim prawie spóźniłam się na bieg, źle pokierowana przez wolontariuszy (a Stadion Narodowy mały nie jest) wylądowałam gdzieś po drugiej stronie obiektu. Gdy wreszcie dotarłam na miejsce odprawy zawodniczek startujących w MP, nikogo już tam nie było. Na gwałt leciałam na linię startu. Tam dotarłam na pięć minut przed planowanym początkiem biegu. Oczywiście o rozgrzewce mogłam zapomnieć. Ledwo się rozebrałam pad wystrzał startera – nie było wcześniej żadnej komendy, żadnego zwrócenia się do zawodników z prośbą o ustawienie się na miejscach. Był rozgardiasz i większość osób, podobnie jaka ja, nie mogła uwierzyć, że bieg już ruszył. Chyba dlatego pierwszy kilometr cała grupa kobiet pokonała wspólnie w czasie 4,15 min/km. Jednak tempo rozkręcało się wraz z dystansem. Na 10 km miałam czas 35,57 (nareszcie złamane 36 minut!). Ze względu na profil trasy (znacznie bardziej wymagający w drugiej części, ze sporym podbiegiem na Agrykolę), a pewnie także z powodu zmęczenia nie udało mi się tego tempa utrzymać do końca. Mimo to było naprawdę dobrze. Mogłam z optymizmem czekać na maraton.

Jednak tym razem przekombinowałam. Ponieważ po półmaratonie czułam się doskonale, i od razu mogłam wziąć się za treściwy trening, to postanowiłam kolejny niedzielny trening zaplanowany na 15 kilometrów tempie maratonu zamienić na półmaraton… Pomyślałam, że skoro odwiedzam rodziców w weekend, a bieg mam pod nosem to żal nie skorzystać. Układałam sobie, że po piętnastce po prostu zwolnię i dotruchtam do mety. Ale gdy w grę wchodzi adrenalina, nie tak łatwo dotrzymać postanowień. W sypiącym śniegu (kwiecień-plecień) przy minusowej temperaturze i silnym wietrze pobiegłam tydzień po Półmaratonie Warszawskim 1,20 w Pabianicach. Negatywne skutki tej decyzji zaczęłam odczuwać w kolejnych dniach. Byłam po prostu zmęczona.

Wielkanoc, która w 2012 wypadała na tydzień przed Maratonem Łódzkim nie pomogła zregenerować sił (a mam wrażenie, że skutek był wręcz odwrotny). W pracy musiałam siedzieć po godzinach, mąż pojechał w kilkudniową delegację i w rezultacie przed najważniejszym startem sezonu byłam wykończona. Niby przygotowana, silna, ale jednak niewyspana i podenerwowana (i nie chodziło o przedstartową tremę). Ostatnie dwa dni przed biegiem odpuściłam z treningami – nie miało to najmniejszego sensu, a była szansa, że choć trochę się zregeneruję. Spałam po 10 godzin, walczyłam z przeziębieniem.

Wpis z pamiętnika przed biegiem:

„Bilans mało optymistyczny, ale…

RYZYKUJEMY
Nie mam nic do stracenia, najwyżej zejdę z trasy – to nie Mistrzostwa Świata.
Numer 17… cokolwiek  oznacza…niby nie jestem przesądna, ale mam nadzieję, że Włosi nie mieli racji:

Liczba 17 we Włoszech uważana za pechową na zasadzie: 17 = XVII = vixi = „żyłem” = „już nie żyję„.

Martwi mnie też prognoza – na tę godzinę, to już chyba aktualna: deszcz i silny wiatr, ale przynajmniej temperatura sprzyja – ma być 8-10 stopni.

Trochę dziwnie czuję się należąc do elity, gdzie jednak inne dziewczyny mają życiówki poniżej 2:40 – nawet jeżeli kilka sekund poniżej, to jednak jakoś to wygląda… a moje 2:48… No, mocny wynik amatorski                         ”

Po raz pierwszy w maratonie startowałam, jako ELITA. Co to oznacza? Dostałam dwa numery startowe – na tył i przód, z imieniem i nazwiskiem, miałam prawo do ustawienia na specjalnych stolikach swoich odżywek, no i start ze strefy zero, czyli pierwszej linii. Mieliśmy też zapewniony namiot przy strefie startu oraz wolontariusza, który zabierał nasze rzeczy do hali Atlas Arena, gdzie mieściły się szatnie. W deszczowej aurze bardzo się to przydało. Szczególnie, że start opóźnił się o 10 minut, a temperatura oscylowała wokół 5-7 stopni. Wiał silny wiatr. Jak silny?… o tym przekonałam się na trasie.

lodzmaraton
Nie czułam się dobrze. Brak było luzu, wypoczęcia. Dodatkowo zatkany nos i postępująca infekcja gardła. Mimo wszystko postanowiłam zaryzykować i trzymać się Ukrainki i Białorusinki, które przed biegiem deklarowały atak na złamanie 2:40. Trzymałam się z nimi 14 km, ale tak szarpały tempo, że stwierdziłam, że dla mnie taki bieg nie ma sensu. Rozsądek podpowiadał mi, że umrę… jeżeli dalej będę tak biec (14-ty kilometr wyszedł 3,28) . Odpuściłam. Niestety wiedziałam też, że ambicje trzeba włożyć w kieszeń, bo w samotnym biegu, przy takim wietrze i nienajlepszej dyspozycji nie dam rady spełnić założeń (marzeń?). Korciło mnie nawet zejście z trasy, żeby spróbować przy innej okazji, może za tydzień…

Ale przecież nie po to napychałam się tymi wszystkimi węglowodanami, żeby teraz schodzić. Trzeba to spalić… no i tak jakoś głupio byłoby się poddać. Połówka wyszła mi w 1,22. Potem do 32 kilometra umierałam, właściwie człapiąc sobie bezmyślnie. To był taki bardzo długi kryzys psychiczny, bo fizycznie nic strasznego się ze mną nie działo. Byłam jednak wkurzona, że nie pobiegnę tak, jak bym chciała. Nie miałam też zająca, za którym mogłabym się schować. Na 10 kilometrów przed metą odżyłam i zaczęło mi się dobrze biec. Znowu było poniżej 4 min/km. Na 41 doszłam Białorusinkę, ostro finiszowałam. Wynik 2,46,44. Bez bólu mięśni, bez wycieńczenia, a mimo to nie byłam w stanie pobiec lepiej. Ambicje były większe, ale to maraton. Różnie się układa, nawet gdy nie boli.

Zdobytego doświadczenia nikt mi nie zabierze. A respekt przed tym królewskim dystansem warto mieć. To był mój szósty maraton i szósta życiówka. Nie ma co narzekać. Trzeba mieć nadzieję, że będzie jeszcze okazji do poprawy. Z bardzo wielu bodźców jeszcze nie korzystałam w moim treningu, także jest co zmieniać i dodawać.

 

MOJA BIEGOWA HISTORIA cz. 7

7.       MARATON POD LINIJKĘ,

CZYLI 4 MINUTY NA KILOMETR

Chciałam już jesienią 2011 roku zaatakować wynik 2:45. Czułam, że stać mnie na to, pomimo że chyba wszyscy biegowi znajomi próbowali wybić mi ten pomysł z głowy. Szczególnie mężczyźni. Tak jakby z moich biegów nie wynikało, że jestem w stanie biec szybko. Nie wiem czemu, ale wielu osobom wydaje się, że w maratonie należy poprawiać się stopniowo. Po co? Jeżeli można od razu pobiec dobrze… Bardzo dużo zależy od naszego nastawienia, sukces siedzi w głowie. Nigdy nie wiemy przecież, czy zdarzy się kolejna szansa.

Tradycyjnie już 3 tygodnie przed zaplanowanym maratonem wystartowałam w „połówce”. Dotychczas jednak starałam się biec jak najszybciej, a teraz postanowiłam spróbować tempa maratońskiego. Ponieważ wyjazd do Piły byłby zbyt skomplikowany logistycznie, to po raz kolejny postanowiliśmy z mężem wystartować „rodzinnie” w Sochaczewie. Rodzinnie, bo Maciek z babyjoggerem. Niestety dla mnie bieg rozpoczął się dość feralnie, bo gdy już cała grupa zawodników (około 400 osób) została wywieziona autobusami 21 km na miejsce startu, nie zdążyłam uporać się ze wszystkimi przedstartowymi sprawami. A w moim przypadku  było to zadbanie o Bartka, jego wózek i sprawdzenie, czy nic nie będzie moim chłopakom brakować. Nasz autokar dotarł na miejsce jako ostatni, ale organizatorzy nie przejęli się tym, że znaczna grupa zawodników nie znajduje się we właściwym miejscu. Sygnał do startu padł w zupełnie niespodziewanym momencie. Zanim zdążyłam się ogarnąć i dobiec do linii początku wyścigu upłynęła dobra minuta. Także od początku musiałam gonić.

Niestety przez tą sytuację początek biegu był mocno chaotyczny, za wszelką cenę chciałam dogonić stawkę. W szybkim bieganiu nie pomagał ponad 30 stopniowy upał (a start tradycyjnie o bardzo komfortowej godzinie trzynastej…). Niemniej udało się do 5 km objąć prowadzenie wśród kobiet i wyrównać tempo. Gdy już się uspokoiłam biegło mi się bardzo fajnie, tempo wydawało się wręcz ślamazarne. Ale biec szybciej nie zamierzałam. Sądzę też, że walcząc ambitniej przy tej pogodzie, mogłabym skończyć jak wielu wyprzedzanych przeze mnie panów, czyli nienajlepiej;) A tak, finiszowałam z czasem nieco poniżej 1,24, z dużym zapasem sił. I potwierdziłam, że do maratonu jestem przygotowana. W nawiasie nadmienię, że mój mąż wyrównał swoją półmaratońską życiówkę, ale tym razem z Bartusiem:)

Przez najbliższe 3 tygodnie plan startów miałam jeszcze bardzo napięty, ale były to już krótkie dystanse. Tydzień później Mistrzostwa Świata w Biegach Górskich w Stylu Anglosaskim w Albanii (co ciekawe, na miejsce dotarłam szybciej niż niejeden raz w polskie góry). Dystans 8 km, ale bieg rzeźniczy.

MARATON POD LINIJKĘ, CZYLI 4 MINUTY NA KILOMETR MARATON POD LINIJKĘ, CZYLI 4 MINUTY NA KILOMETR

Dwa wbiegi i dwa bardzo strome zbiegi na piaszczystej górze u podnóża Tirany. Tylko dla osób o mocnych nerwach, no ale takie są biegi górskie. Interesujące, z dreszczykiem emocji. Na Mistrzostwa zakwalifikowałam się, bo zrezygnowała najbardziej utytułowana polska zawodniczka Iza Zatorska. Zdecydowałam się zatem w ostatniej chwili i właściwie w ogóle nie przygotowywałam się do tej imprezy, ale zmieściłam się w pierwszej połowie stawki, także nie było źle (byłam chyba 27). Uznałam, że ten start nie przeszkodzi mi w ostatnich już przygotowaniach do 42 km.

A maraton zbliżał się wielkimi krokami. Maraton po długiej przerwie. Maraton, w którym nie zamierzałam odczarowywać „trójki”, bo w ogóle trzema godzinami nie zaprzątałam sobie głowy. Zdziwieniem i lekkim rozdrażnieniem reagowałam, gdy ktoś życzył mi połamania „trójki”. Ja byłam pewna, że nie będę miała z tym najmniejszego problemu. Dotychczas nigdy nie spotkałam się ze ścianą w maratonie i nie zamierzałam dobiegać do niej tym razem. Usilnie próbowałam zebrać grupę chętnych na wynik 2,45. Kilku chłopaków się zgłosiło.

Tydzień przed maratonem:

W sobotę start treningowy na 10 km (Kabaty, przełaj), czas 38 minut.

W niedzielę start na 5 km (kluczenie po bemowskiej pętli, zakręty i agrafki), czas 18,04.

W poniedziałek wolne.

We wtorek 8,8 km nad ranem, bardzo wolno.

W środę 14,6 km, też wolno.

W czwartek 9 km w 40’ w tym 6 x 1’ p:1’ (tempo 3,38 min/km)

W piątek i w sobotę odpuszczam bieganie. Czuję niestety, że jestem ciężka…

 

Wpis z mojego pamiętnika na dzień przed maratonem wyglądał tak:

 

„A teraz KILKA FAKTÓW PRZEDMARATOŃSKICH (można czytać parzyste lub nie-):

1. Nie jestem dobrze przygotowana do maratonu, nie zrobiłam wszystkiego, co sobie zaplanowałam.
2. Nigdy nie byłam tak dobrze przygotowana do maratonu…
3. Przebiegłam za mało kilometrów (ani razu nie przekroczyłam 100 km w tygodniu)
4. Nigdy nie przebiegłam, aż tak dużo kilometrów…(regularnie biegałam po 70-80 km/tygodniowo)
5. Za dużo startowałam w zawodach.
6. Nigdy nie startowałam tak mało…
7. Jestem za ciężka o kilogram w stosunku do idealnej (moim zdaniem) wagi maratońskiej.
8. Nigdy nie byłam tak lekka przed maratonem…
9. Mam zbyt ambitne marzenia:)”

 

Maraton Warszawski 2011 zaczęłam ze strefy „normalnej”, czyli razem ze wszystkimi. Mogłam być w „elicie kobiet”, ale to by oznaczało start kilkanaście minut przed wszystkimi i prawdopodobnie samotny bieg. Na to nie byłam gotowa, a poza tym jestem realistką;) Oddzielny start kobiet odbywał się ze względu na formułę biegu, według której nagrodę główną mógł wygrać mężczyzna lub kobieta. Stąd handicap dla pań.

W strefie zaraz za linią startu zaczęłam szukać panów, którzy deklarowali bieg na 2,45. Niestety okazało się, że żaden z nich nie wytrwał w postanowieniu. Była natomiast bardzo liczna ekipa (ponad 30 osób!) planująca bieg po 4 minuty na kilometr. Wahałam się, ale ostatecznie nie zaryzykowałam i zabrałam się z peletonem.

Pierwsze dziesięć kilometrów przebiegliśmy w bardzo dużej grupie  w czasie 40:02, a zatem idealnie. Na każdym punkcie z wodą piłam po dwa-trzy łyki wody (nauczona doświadczeniem, by z izotoników nie korzystać, bo w połączeniu z żelami tworzą mieszankę wybuchową…). Na śniadanie wypiłam kawę z mlekiem o 5:30 i o 7:00 zjadłam batona energetycznego, a przed samym startem żel. Potrzebne kalorie wchłonęłam dzień wcześniej;) Ten dzień poprzedzający był dal mnie niezwykle optymistyczny, bo z rąk Ministra Sportu odebrałam nagrodę dla najlepszej studentki marketingu sportu na SGH, były też życzenia udanego biegu… Trzeba było dobrze pobiec…

MARATON POD LINIJKĘ, CZYLI 4 MINUTY NA KILOMETR

Półmaraton w 1:24:22 – zatem grupa szła pod linijkę. Spokojnie, równiutko – dopisywały dobre nastroje, trochę rozmawialiśmy. Robiło się jednak coraz cieplej. Ja na 17-tym kilometrze miałam bardzo niemiłą przygodę, która prawie zakończyła moje marzenia. Otóż zbyt łapczywie „wciągnęłam” żel i prawie się udusiłam, przez kilka sekund nie byłam w stanie oddychać, a do punktu z wodą było daleko. Przez chwilę miałam gwiazdki przed oczami… Oj, źle było. Na szczęście pomogła woda, którą dostałam od jakiegoś przypadkowego rowerzysty. Dziękuję.

Pomiędzy dwudziestym, a trzydziestym kilometrem pamiętam przede wszystkim… NUDĘ. Wielką NUDĘ. Biegłam za placami innego zawodnika i nic się nie działo. Po prostu mijały minuty i kilometry. Imperare sibi maximum est imperium – starałam się panować nad sobą, nie walczyć z tą nudą, nie przyspieszać. Nie zauważam co się dzieje wokół mnie, bo byłam tak skupiona i skoncentrowana na utrzymywaniu tempa. Usłyszałam od jednego z kibiców komentarz, że „biegłam dostojnie, z niezwykłą pewnością siebie”. Z mojej grupy została jeszcze tylko jedna osoba, pozostali zniknęli gdzieś z tyłu. Ale ja się nie oglądałam za siebie…

W pewnym momencie słyszę, że „maraton zaczyna się po trzydziestce.” Uffff…. to mam jeszcze pół roku” pomyślałam.

Po 35 km upał już mocno dał się we znaki. Kilometry czułam już w nogach. Coraz trudniej było trzymać tempo. Na szczęście wybrałam WARSZAWĘ – wszędzie pojawiali się znajomi, dopingowali, pomagali jak mogli. Podjeżdżali rowerzyści, zagadywali i dodawali otuchy (gdy się biegnie na początku stawki cykliści w ogóle nie przeszkadzają i organizatorzy nieszczególnie starają się ich przepędzać).

Dobiegam do mety w czasie 2:48:47

Może mogłam szybciej. Może mogłam lepiej. Może… wiem, że wykonałam kawał dobrej roboty. I miałam motywację, by dalej się starać.

MOJA BIEGOWA HISTORIA cz. 6

6.       GÓRSKI WKŁAD W PRZYGOTOWANIA MARATOŃSKIE

Maratonów nie biega się szybko. Relatywnie oczywiście. Bo wiadomo, że to co dla jednego jest wolnym tempem dla drugiego stanowi szczyt sprintu. Niemniej każdy, kto biega maratony robi to znacznie wolniej niż 5, czy 10 km. Wyszłam zatem z założenia, że nie będzie mi już potrzebna szczególna szybkość w tym sezonie i należałoby skupić się na wytrzymałości. Stwierdziłam, że długie biegi górskie mogą stanowić idealny sposób na przygotowania do maratonu płaskiego. Nie pomyliłam się.

Zaczęłam od startu w majowych Mistrzostwach Polski w Biegach Górskich na Długim Dystansie (2011 rok). W połowie maja udało mi się wywalczyć  tytuł Mistrzyni Polski. Choć w duchu liczyłam, że to jest możliwe, to jednak nie byłam w gronie faworytek. Nie miałam praktycznie żadnego doświadczenia górskiego, mieszkałam w „płaskim”  mieście. Na szczęście okazało się, że w górach liczy się też dyspozycja dnia (a ta przytrafiła mi się idealnie) i chęć walki do końca. Bieg wygrałam na ostatnich metrach. Sprawdziła się maksyma, że w sporcie nic nie jest pewne do końca.

Na szczęście dla mnie trasa pozwalała na bieg przez cały czas. Co to znaczy? Niestety zazwyczaj w górach są momenty, w których nie da się nie iść (i to „nie da się” dotyczy także ścisłej czołówki), a ja podchodzić nie umiałam i wciąż nie umiem. Na 28 km usytuowane były dwie pętle, których pokonanie polegało na wbiegnięciu na Wielką Sowę i zbiegu. Najtrudniejszym momentem był początek drugiego podbiegu, gdy nogi już mocno dawały się we znaki (obciążone bardzo szybkim zbiegiem po kamiennych płytach). Jakoś jednak udało się dojść do siebie i nie poddać.

Przy okazji tego biegu zaobserwowałam, że zbieganie stanowi moją bardzo mocną stronę (miałam już takie przypuszczenie po biegach falenickich, ale teraz ostatecznie potwierdziłam je). Pomimo, że nigdy nie ćwiczyłam tego elementu to potrafię naturalnie „puścić się” z góry, ufając, że nogi same mnie poniosą. Nie ma we mnie strachu przed szybkością, czy upadkiem. Po prostu biegnę w dół, na łeb, na szyję. Bez kalkulacji, bez włączania w ten proces wyobraźni.

Bez wyobraźni były niestety również moje kolejne starty. Chyba przez euforię po tak udanym dla mnie biegu zupełnie zapomniałam o regeneracji. Od razu zaczęłam trening na wysokich obrotach i zdecydowałam się na kilka mało ważnych (ale jednak obciążających) startów. Było to tym bardziej głupie, że zakwalifikowałam się na czerwcowe Mistrzostwa Świata w Maratonie Górskim na Słowenii. Sądziłam, że jestem niezniszczalna, a okazało się, że o kontuzję bardzo łatwo. Szczególnie, gdy ma się za dużo na głowie. Albo gdy człowiek decyduje się na start na drugim końcu Polski i spędza w samochodzie dwadzieścia godzin…

Nie będę ukrywać, że dla pracującej młodej mamy znalezienie czasu na trening nie jest łatwe. Wymaga to kompromisów z innymi członkami rodziny, podporządkowania się silnemu rygorowi. Oczywiście – chcieć to móc – ale zazwyczaj w takich przypadkach, gdy doba jest za krótka, brakuje czasu na odpowiednią regenerację. Człowiek za krótko śpi (roczne, ciekawe świata dziecko w tym nie pomaga), nawet nie pomyśli o masażu, a stretching ogranicza do minimum. Gdy do tego dojdzie zarwana całkowicie noc  (bo wesele znajomych, czy jakaś ważna impreza) to robi się mały dramat. A organizm w końcu upomni się o swoje.

Ja miałam to szczęście, że jednak zazwyczaj dogadywałam się z moim ciałem. Nawet, gdy na początku nie chciałam właściwie interpretować wysyłanych sygnałów, to w końcu ulegałam. Za bardzo kocham moje ciało…

Tymczasem kilka słów o Mistrzostwach  Świata w Maratonie Górskim:

Cóż, od czego by tu zacząć…ukończyłam i nie zrobiłam sobie krzywdy…poza tym, niewiele miało to wspólnego z bieganiem… Na mecie zameldowałam się 21 z kobiet  z czasem 4:47:21. Strasznie szybko się zakwasiłam i nie byłam w stanie podnosić nóg. Nie wiem, czy to tylko brak wytrenowania i przemęczenie organizmu, czy za szybkie tempo na początku (bo ambitnie nie chciałam odpuścić najlepszym), a może brak aklimatyzacji, czy burzowa pogoda i deszcz. Miałam zejść w połowie, ale skoro nigdy nie schodzę i przejechałam ponad dwa tysiące kilometrów, to byłoby to bez sensu. Postanowiłam potraktować drugą (morderczą) część trasy jako spacer po górach. Przy okazji zgubiłam buta po którego musiałam się wracać, wzywałam pomoc dla człowieka, który na moich oczach skręcił sobie nogę (dokładnie nie wiem co mu się stało, ale wyglądało dramatycznie). I człapałam. Z bólem, ale… na szczycie ukazał mi się taki widok, że przestałam mieć jakiekolwiek wyrzuty sumienia, że pojechałam na te zawody. Gdybym biegła i walczyła, nigdy nie zwróciłabym uwagi na to, co mijam po drodze. A tak? Miałam czas i okazję popodziwiać. Oczywiście wolałabym biec… Ale nie było sensu ryzykować kontuzji (a zmęczone mięśnie łatwo ulegają), bo 15 czy 25 pozycja – to już bez znaczenia.

Po Mistrzostwach odpoczęłam. A na urlop na dwa tygodnie udaliśmy się znowu do Wysowej. Pomimo kilku dni chorowania (przyplątał mi się jakiś dziwny wirus) zregenerowałam organizm. Mogłam wreszcie pobiegać dłużej lecz wolniej. Mogłam bezkarnie leniuchować (bo w opiece nad Bartusiem pomagali nam teściowie). Znów były bicze szkockie i uzdrowiskowe kąpiele. Były wakacje takie, jak lubię. Na zakończenie pobytu w dobrym stylu wygrałam Bieg pod Radziejową (25 km biegu górskiego, bez znacznych przewyższeń). Byłam gotowa na ostatni etap przygotowań przedmaratońskich.

Obraz 061

MOJA BIEGOWA HISTORIA cz. 5

5.  CEL PIERWSZY: POPRAWA SZYBKOŚCI I DOBRY WYNIK W PÓŁMARATONIE

Za cel na wiosnę 2011 roku postawiłam sobie przebiegnięcie półmaratonu w czasie poniżej 1:20. W założeniach zrezygnowałam z maratonu (studiowałam w weekendy na SGH na podyplomowych studiach marketingu sportu i niestety nie miałam czasu na długie wybiegania). W tym momencie już nie interesował mnie wynik powyżej 2:50. Przewartościowałam podejście do wyników – wiedziałam, że moja głowa jest już gotowa na szybkie bieganie. I że mam ten komfort, że nic nie ryzykuję. Nie jestem zawodowym sportowcem, spełniam się w życiu. W bieganiu mogę pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Najwyżej nie wyjdzie.

W przygotowaniach do półmaratonu regularnie startowałam w cyklu Warszawskich Biegów Górskich w Falenicy. Ten trudny przełaj (bo jednak z górami falenickie wydmy niewiele mają wspólnego nawet gdy zsumuje przewyższenia) był doskonałym sprawdzianem wzrostu formy i pokazywał, że przygotowania idą w dobrym kierunku. W okresie zimowym wystartowałam 3 razy w Falenicy oraz raz na 5 km (18,12 w trudnych zimowych warunkach). Na szczęście nie miałam czasu na więcej imprez biegowych i mogłam „na świeżości” zmierzyć się z półmaratonem.

Do treningu dodałam zajęcia na hali lekkoatletycznej (raz w tygodniu – prowadziłam je dla przemiłej grupy T-Mobile) oraz fitness (to bardziej z lenistwa, bo nie chciało mi się ćwiczyć na siłowni). Dodatkowo dużo nosiłam synka, podrzucałam go (chyba wszystkie dzieci to uwielbiają) i bawiłam się z nim, często dość intensywnie angażując się fizycznie. Zaczęliśmy też z mężem, co najmniej 3 razy w tygodniu, grać w XBOX Kinect. To było niejednokrotnie bardziej forsowne niż najmocniejszy trening biegowy…

Przykładowy tydzień (w dwóch wariantach):

Poniedziałek Rano: 9 km w lekko narastającym   tempieWieczorem: hala, czyli siła   biegowa, ćwiczenia wzmacniające, rozciąganie. Hala
Wtorek 11 km w tempie 4,50   min/km 12 km po 4,54 min/km
Środa 14 km: 30’ biegu   ciągłego na rozgrzewkę + 10×1’(p:1’). Tempo minutówek 3,40 min/km. 13,6 km: 30’ rozgrzewki   + 3’,3’,2’,2’,1’,1’ p: 1’
Czwartek 18 km w tempie 4,48   min/km 8 km po 4,48 min/km,   TBC (zajęcie z fitness z ciężarkami).
Piątek wolne wolne
Sobota Start 10 km, wydma   falenicka Start 10 km, wydma   falenicka
Niedziela 23 km po 5 min/km 21 km po 4,30 min/km

Suma   kilometrów:

85 km

65 km

 

Średnio biegałam 70 km tygodniowo, choć zdarzyło się kilka tygodni z przebiegiem po 90 km. Aplikowany trening nie był bardzo wyczerpujący. Dzięki bodźcom (też raczej łagodnym) udało się poprawić wytrzymałość szybkościową. Udało się pozostawić jeszcze wiele możliwości treningowych „na później”. W tym miejscu nadmienię, że za największy błąd wielu amatorów uważam sięganie po wszystko, co możliwe w treningu od razu. Bez dozowania sobie doznań. Tymczasem organizm, któremu już na początku biegowej drogi zaaplikuje się większość środków nie będzie później chciał na nie odpowiednio reagować. Trzeba spokojnie, po kolei…

Półmaraton, który wybrałam to oczywiście ( z racji zamieszkania i doskonałego terminu) Półmaraton Warszawski. Nie zamierzałam kalkulować, postanowiłam od początku „biec na żywioł”, kierując się samopoczuciem. Pogoda była wietrzna, ale ogólnie sprzyjająca dobrym wynikom. Niestety na starcie stawiłam się po nieprzespanej nocy, bo Bartuś zaczął chorować (także jak najszybszy powrót do domu był kolejną motywacją do przyspieszenia), bolał mnie też brzuch (ale może to nerwy, nie wiem – w każdym razie wyszukana naprędce No Spa zadziałała, albo był to efekt placebo; mniejsza z tym).

Wystartowałam.

Pierwsze 5 km (18,17 – życiówka), 10 km (36,37 – kolejny rekord), 15 km (55,18 – wow!). Niestety na końcu lekko zwolniłam przez znany większości warszawskim, ale i przyjezdnym biegaczom, podbieg na Sanguszki. Mimo to poprawiłam się o ponad 4 minuty – oficjalnie uzyskałam czas 1,19,15. To już było coś. Z takim wynikiem w portfolio mogłam myśleć o szybkim maratonie. Zamierzałam solidnie przygotować się do jesiennego startu. Nie sądziłam jednak, że w międzyczasie odkryję trochę inne bieganie J

Pod koniec kwietnia wybraliśmy się rodzinnie w góry do Wisły. Łaziliśmy z Małym (już nie takim małym, bo rocznym zaczynającym chodzić chłopczykiem) po okolicznych szczytach, biegaliśmy. Jakoś tak zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że ostatniego dnia naszego pobytu w Beskidach będzie miał miejsce Bieg na Grojec – pięciokilometrowy bieg górski w stylu alpejskim (czyli od początku biegnie się pod górkę, a meta usytuowana jest na szczycie). Pomimo solidnego zmęczenia i zakwaszenia (bo biegając po Wiśle i jej wzniesieniach nie oszczędzałam się) zdecydowałam się na start. Pomyślałam, że będzie to doskonały trening.

Popełniłam bardzo wiele błędów początkującego w górach biegacza – zaczynając od niedostatecznego nawodnienia przed biegiem, poprzez zbyt forsowne podejście do początkowej fazy biegu, zły dobór butów (w biegach pod górę najlepiej sprawdzają się leciutkie startówki), a kończąc na kompletnym braku doświadczenia w podchodzeniu (a niestety inaczej nie dało się na ostatnim fragmencie trasy). To właśnie na końcówce zostałam wyprzedzona przez dwie zawodniczki (jak one mogły tak szybko iść pod górę!). Ostatecznie zakończyłam na trzecim miejscu z solennym postanowieniem, że już wkrótce w góry powrócę.

4 dni po tym starcie udało mi się uzyskać, niezwykłą jak dla mnie, życiówkę na milę. Pobiegłam 4,59 i sądzę, że był to jeden z szybszych biegów w moim życiu na dystansie, na którym kompletnie się  nie odnajduję 😉 Jednak dzięki mocnemu bieganiu po górach czułam niezwykłą siłę i moc. I nie przeraziłam się, że większość rywalek była prawie połowę młodsza ode mnie.

MOJA BIEGOWA HISTORIA cz. 4

4. ZMIANY, ZMIANY I ŻYCIÓWKI

Latem 2009 roku zaszłam w ciążę. 27 lat to doskonały czas, by sprawdzić się w roli mamy. Mimo to bardzo się bałam, bo nie miałam pojęcia jakich zmian mogę się spodziewać. Zanim jednak Maleństwo przyszło na świat musiałam „przetrwać” trudne 9 miesięcy. Dla mnie był to czas, który wymusił radykalne zmiany w stylu życia i na początku nie było wcale łatwo. Trzeba  było zadbać o regularny rozkład dnia, ograniczyć stresy, zrezygnować z alkoholu i imprez, regularnie sypiać i nie forsować się.

Nie zrezygnowałam z treningu lecz znacznie zmniejszyłam jego objętość. Biegałam do końca drugiego trymestru. Przez ostatnie 3 miesiące chodziłam na gimnastykę dla kobiet w ciąży i jogę. Do końca byłam aktywna, ale dużo odpoczywałam, nie robiłam nic ponad siły. Przytyłam 11 kilogramów, co wydaje mi się idealnym przyrostem masy w ciąży.

I nareszcie (kilka dni po terminie) pojawił się mój synek Bartek. Zaczynała się wiosna.

Już tydzień po porodzie wyszłam na pierwszą przebieżkę – ot, takie wolniutkie 15 minut. Z dnia na dzień wydłużałam dystans, ale przez pierwsze cztery miesiące nie wprowadzałam żadnego planu. Biegałam systematycznie, coraz dłużej i szybciej, ale „na żywioł”. Pamiętam ten czas jako coś niesamowitego – czułam jak forma rośnie z dnia na dzień, jak staję się sprawniejsza i silniejsza. I przychodziło to tak łatwo! Bez zbędnego forsowania się, bez żadnego reżimu.

W dojściu do przyzwoitej formy (jak się wkrótce okazało – życiowej) pomogły mi 3 tygodnie spędzone w górach w Beskidzie Niskim. Polecam te tereny wszystkim biegaczom, którzy nie tęsknią za zgiełkiem większych miejscowości. Ukryte pomiędzy górami w lasach jodłowo-bukowych uzdrowisko – Wysowa ma wszystko, czego potrzebuje miłośnik aktywnego trybu życia. Jest basen, są korty tenisowe, ujeżdżalnie, a przede wszystkim szlaki idealne na piesze wędrówki i doskonałe do biegania. Można znaleźć trasy łagodne, niemalże płaskie oraz pofałdowane. Bardziej i mniej dzikie. To naprawdę doskonałe miejsce, by złapać formę.

Dodatkowo w sanatorium można zapisać się na zabiegi krioterapii, bicze szkockie, czy też kąpiele lecznicze. Korzystałam ze wszystkiego i szczególnie pozytywnie oceniam poranne przebudzanie biczami szkockimi. Ten 5 minutowy zabieg potrafi zdziałać cuda, aktywując mięśnie do całodziennego wysiłku. A nie oszczędzałam się – biegałam (raz dziennie), chodziłam na długie spacery z Bartkiem w wózku lub w nosidle, ćwiczyłam ogólnorozwojowo (uważam, że okres letni to doskonały czas, by wprowadzić dodatkowe dyscypliny sportowe, by wzmocnić zaniedbywane zazwyczaj partie ciała).

bieg

Pół roku po porodzie miałam już nowe życiówki na 5, 10 i 21 km. Nie poprawiłam się znacząco, ale czułam, że mam jeszcze bardzo duży potencjał. Wiedziałam też, że nadszedł czas, by poważniej zainteresować się treningiem długodystansowym (pomimo że na studiach wydawało mi się, że już jestem ekspertem;), by poukładać zdobytą dotąd wiedzę i doświadczenie. Zaczęłam regularnie biegać i ćwiczyć. Ponieważ musiałam swoją pasję dzielić z pracą zawodową (na szczęście na początku na pół etatu) i wychowywaniem małego dziecka to w zimie 2010/11 zdecydowałam się na trening późną wieczorową porą. Gdy tylko Bartuś zasypiał, a zatem po 20-tej (czasem i po 21-szej) ruszałam do boju 🙂

MOJA BIEGOWA HISTORIA cz. 3

3.       Regularne bieganie, ale nieregularne życie

Śmiało mogę napisać, że od 2008 roku biegałam regularnie, dość mądrze. Utrzymywałam w miarę stabilną formę, poprawiając się na krótszych dystansach. Nie potrafiłam jednak zrobić kolejnego kroku. Pomimo wyważonego treningu, za dużo chaosu było w moim życiu. Wieczorne imprezy, weekendowe wyjazdy w różne strony Polski, praca. To wszystko nie sprzyjało poprawie. Często w niedzielę nie byłam w stanie zwlec się przed południem z łóżka, bo po prostu potrzebowałam odespać „cały tydzień”. Brakowało sił na długie wybiegania.

Dodatkowo, w momencie, gdy wydawało mi się, że nareszcie poukładam sobie wszystko, łącznie z treningiem, złamałam rękę. Było to dla mnie mocno traumatyczne przeżycie, bo po pierwsze nigdy wcześniej nie miałam żadnych złamań, a po drugie nieszczęśliwa historia przytrafiła mi się kilka godzin przed Sylwestrem w Zakopanem. Po całym dniu jazdy na snowboardzie (nauki jazdy – dałam się namówić na porzucenie nart na rzecz deski) miałam zdjąć buty. I poślizgnęłam się, bardzo niefortunnie. Poszły 3 kości w nadgarstku. Ośmiu godzin na izbie w zakopiańskim szpitalu nawet nie chcę wspominać… Szampańska zabawa!

Nie był to jednak koniec nieprzyjemności. 2 tygodnie później okazało się, że ręka została źle złożona i potrzebne jest powtórne łamanie i operacja. To oczywiście wydłużyło okres „zagipsowania” do 6 tygodni. Z całej tej historii pozytywny okazał się jednak fakt, że „odkryłam” bieganie na bieżni mechanicznej. Nie, żebym wcześniej tego nie próbowała, ale dopiero biegając ze złamaną ręką (gdy bieżnia nie miała alternatywy, bo była zima i jakikolwiek upadek mógł się źle skończyć) polubiłam bieżnię. Okazało się, że nawet półtoragodzinne treningi da się wytrzymać, jeżeli odpowiednio zaplanuje się bodźce. I tak, dla urozmaicenia, układałam sobie różne warianty, np. zaczynałam od prędkości 11,5 km/h i co 3 minuty podkręcałam szybkość o 0,2. Albo bawiłam się nachyleniem, czy też próbowałam jednego z zaprogramowanych trybów.

Wiosną 2009 roku, miesiąc po zdjęciu gipsu przebiegłam maraton w 3:00:26. Na pocieszenie mój mąż próbował mnie przekonać, że miałam czas 2:59:86 😉 To była kolejna życiówka (każdy maraton w moim życiu to progres), ale znowu czegoś zabrakło. Wydaje mi się, że niestety tym razem za wcześnie się poddałam, bo na 40 km miałam jeszcze duże szanse zmieścić się w 3 godzinach. Niestety tabliczka na trasie stała w złym miejscu (a wtedy nie posiadałam jeszcze żadnego urządzenia mierzącego dystans). Załamana przeszłam na chwilę do marszu i dotruchtałam do końca. Na pewno straciłam więcej  niż feralne 26 sekund. To był kolejny maraton, który nie bolał w trakcie biegu, choć tym razem naprawdę nie byłam przygotowana do tak długiego biegu. Nie zrobiłam żadnego treningu dłuższego niż 90 minut. Byłam o 2 kilogramy cięższa niż zazwyczaj (a przy mojej masie to 4% ogólnej wagi).

Po tym biegu obiecałam sobie, że następnym razem ukończę maraton, gdy będę pewna, że jestem w stanie dobrze go pobiec. Stwierdziłam, że samo klepanie tylu kilometrów na asfalcie nie jest przyjemne, także jeżeli mam się na to zdobyć po raz kolejny, musi to mieć sens. Musi zakończyć się sukcesem. Nie sądziłam jednak, że poprawię się tak bardzo, że będzie to takie proste i że 3 godziny przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie.

Ale od początku…

… zapraszam do kolejnej części.

MOJA BIEGOWA HISTORIA cz. 2

2.       Pierwsze plany treningowe

Po okresie roztrenowania* po Sudeckiej Setce (o którego zbawiennym wpływie na regenerację organizmu dowiedziałam się w trakcie maratonu), zakupiłam książkę Jurka Skarżyńskiego i zapisałam się do sekcji biegów długich na Uniwersytecie Łódzkim. Treningi odbywały się 5 razy w tygodniu, ale ze względu na bardzo napięty grafik studiów nie mogłam na wszystkie uczęszczać, także trochę biegałam „korespondencyjnie”. Wtedy mogłam sobie pozwolić na „więcej”, na szybsze tempo. I chyba w tym momencie odkryłam, że samotność długodystansowca to nie jest samotność. To wspaniałe uczucie spełnienia, koegzystencji z przyrodą, czas poznawania siebie. Moment wyciszenia, którego bardzo potrzebowałam. Cały czas trwałam w stanie zauroczenia bieganiem.

Trening w sekcji AZS-u sprawiał mi dużo radości, ale niestety nie przynosił rezultatów. Konieczność reprezentowania uczelni w biegu na 800 metrów (2:25 po mocno zakrapianej imprezie) nie do końca współgrała z treningiem do maratonu. Poza tym studenckie, imprezowe życie mocno nadwątlało moje siły. Owszem, w 2005 udało mi się uzyskać na maratonie czas 3:10, ale znowu był to przegadany bieg, bez próby szukania swoich możliwości. Zupełnie nie potrafiłam wtedy zmobilizować się do większego wysiłku, do przełamywania granic.

Rok 2006/2007 spędziłam na stypendium w Portugalii. Teraz pewnie wykorzystałabym ten klimat i możliwość jaką miałam do biegania i treningu, ale wtedy bardziej ciągnęły mnie nocne eskapady (raz się ma 24 lata…). Mało biegałam, dużo imprezowałam i wspinałam się nad brzegami oceanu.

MOJA BIEGOWA HISTORIA

To był wspaniały czas, ale zupełnie stracony od strony sportowej. Owszem, wystartowałam w tym okresie w kilku biegach, ale wyniki dalekie były od pożądanych. Najmilej, pomimo słabego rezultatu, wspominam półmaraton w Lizbonie. Start odbywa się tam z mostu Ponte 25 de Abril na rzece Tag. Ten czerwony most ma ponad 2 kilometry, co uniemożliwia jakiekolwiek roszady na starcie. A ja się spóźniłam i musiałam biec z końca stawki. Pamiętam, że pokonanie pierwszego kilometra zajęło mi kilkanaście minut. Mimo to było fantastycznie, znowu przegadałam większość dystansu (tym razem po angielsku i trochę po portugalsku).

Latem 2007 zaczęłam pracę w Warszawie. Wtedy też, tak naprawdę, wkręciłam się w biegowy światek. Po stypendium byłam wykończona fizycznie i pierwszy start po powrocie do Polski jawi się w mojej pamięci jako traumatyczne przeżycie. Był sierpień, gorąco, ja bez formy. Przebiegłam półmaraton w 1:46 i był to najsłabszy rezultat jaki kiedykolwiek osiągnęłam na tym dystansie. Dało mi to dużo do myślenia. A ponieważ porażki bardzo mnie motywują to podjęłam decyzję, że znacznie poprawię swoje rezultaty. Nie sądziłam jednak, że będzie to aż takie proste. Wystarczyło pół roku regularnych treningów – wtedy było to bieganie 5 razy w tygodniu (średnio 50-60 km) – i Półmaraton Warszawski przebiegłam równiutko, po 4 minuty każdy kilometr (1:24)

Mój ówczesny schemat treningowy (bo ciężko to nazwać planem, wtedy powielałam z tygodnia na tydzień podobny schemat) był doskonały, by poprawić czas „połówki”, ale do maratonu brakowało dłuższych wybiegań, bo najwięcej udało mi się pokonać 20 km. Zazwyczaj w niedzielę starałam się biegać więcej, ale to „więcej” mieściło się w przedziale 16-18 km. Poza tym dwa razy w tygodniu interwały (dla uproszczenia sobie życia bazowałam na „czasówkach”, czyli biegałam 12 x 1’, przerwa: 1’ w truchcie, albo 5 x 4’ na przerwie 2’, czy wreszcie kombinowałam z zabawami biegowymi). Był to optymalny trening dostosowanych do moich możliwości czasowych i adekwatny do etapu rozwoju biegowego. Mimo to do złamania 3 h w maratonie zabrakło 3 minut. Mam wrażenie, że w dużej mierze znowu dlatego, że nie potrafiłam do końca się zmobilizować. Moja głowa nie była gotowa na pokonanie bariery trzech godzin. Za bardzo o tym myślałam, zbyt demonizowałam taki „wyczyn” i za bardzo chciałam tego dokonać.

* roztrenowanie – okres po najważniejszych startach w sezonie, gdy następuje zupełna przerwa w treningach (wakacje;) lub ich ograniczenie. To czas przed kolejnym sezonem, gdy najważniejszym celem jest regeneracja organizmu.

MOJA BIEGOWA HISTORIA cz.1

„MOJA HISTORIA BIEGOWA” to streszczenie 8 letniej przygody z bieganiem długodystansowym (lata 2004-2012).

Moja biegowa historia

 

MARATON  NIE MUSI BOLEĆ. MOJE 2:46.

W kwietniu 2012 roku podczas Maratonu w Łodzi uzyskałam czas 2:46. Zakładałam lepszy wynik, ale biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne i samotny bieg, nie ma co narzekać. Na poprawę przyjdzie jeszcze pora. Ten rezultat był dziewiątym wynikiem uzyskanym przez Polkę w 2012, a szóstym osiągniętym podczas polskiego maratonu w owym roku. Bardzo mnie ucieszył ten fakt, bo udowodniłam, że będąc kobietą, pracując na pełen etat i wychowując dziecko, można się liczyć w grze o wysokie lokaty. Trzeba tylko zoptymalizować trening i dostosować go do swoich możliwości czasowych, biegać mądrze. To nie mistrzowie treningu osiągają najlepsze rezultaty na zawodach. Nie trzeba pokonywać 100 km tygodniowo, ale potrzebna jest konsekwencja i entuzjazm. Bez cieszenia się bieganiem amatorowi bardzo trudno będzie o duży progres.

 

1.       Entuzjastyczny początek…

Debiut w biegu na długim dystansie zaliczyłam w maju 2004 roku. Miałam wtedy 22 lata i studiowałam dziennie na 3 kierunkach. Otrzymywałam stypendium naukowe na wszystkich trzech specjalizacjach, ale dorabiałam pracując wieczorami jako instruktorka fitness. Nie mogę zatem napisać, że swój pierwszy półmaraton przebiegłam zupełnie z marszu, choć biegać zaczęłam zaledwie dwa tygodnie przed startem. Byłam jednak w bardzo dobrej formie, pomimo że mięśnie nie były przyzwyczajone do biegania.

Dlaczego półmaraton i czemu akurat wtedy?

Sprawa jest bardzo prosta i w skrócie napiszę, że reklama pierwszego mBank Maratonu (nieistniejącej już imprezy, zastąpionej przez Łódź Maraton Dbam o Zdrowie) trafiła na podatny grunt. Gdy tylko zobaczyłam baner promujący bieg postanowiłam zmierzyć się z wyzwaniem. Od zawsze, a przynajmniej od kiedy pamiętam, podziwiałam maratończyków. 42 kilometry w mojej wyobraźni urastały do czegoś wielkiego, do dystansu, którego pokonanie pozwalało stać się kimś wyjątkowym. Zawsze chciałam zostać maratończykiem, ale nie sądziłam, że może to być tak bardzo realne (prawie dekadę temu bieganie amatorskie nie było w Polsce popularne). Mimo to, trzeźwo oceniłam swoje możliwości, i na początek postanowiłam spróbować sił w połowie antycznego dystansu.

Miałam dwa tygodnie… To wystarczająco długo, by zaopatrzyć się w buty do biegania i „odświeżyć” starą znajomość. Starą, bo jednak kiedyś coś tam pobiegiwałam. Właściwie to bardzo chciałam biegać, ale zabrakło szczęścia lub kompetencji trenerów… Jako 13 latka, po ukończeniu „kariery” łyżwiarki figurowej, (8 lat dzieciństwa spędziłam na lodzie, trenując przede wszystkim skoki i piruety, bo strona artystyczna zawsze była u mnie na drugim planie…) udałam się do sekcji lekkoatletycznej. Byłam doskonale rozciągnięta i wygimnastykowana, bardzo dobrze wypadałam we wszelkich testach szybkościowo-skocznościowych. Ale byłam też niska (161 cm i nic nie wskazywało, żeby ta sytuacja miała jeszcze ulec poprawie) i szczupła. Mimo to trafiłam do sekcji sprinterskiej, gdzie przyuczano mnie do zmagań płotkarskich. Uwielbiałam trening związany z bieganiem przez płotki, ale ile razy można dobiegać na końcu?… Na zawodach kompletnie się nie sprawdzałam.

Nie ukrywam też, że rozpoczęcie nauki w szkole średniej nie sprzyjało rozwijaniu pasji sportowych. Były inne, znacznie bardziej pociągające rozrywki, jak imprezy, czy wyjazdy w góry pod namiot. W okresie dojrzewania bardzo zmienia się punkt widzenia i priorytety (szczególnie u dziewczyn to niezwykle burzliwy czas). Pojawiają się nowe pasje i autorytety, pierwsze miłości i przyjaźnie. Codzienny trening uniemożliwia pełną socjalizację z rówieśnikami. Dlatego zrezygnowałam z lekkiej atletyki, a ze sportem łączyła mnie już tylko miłość dorywcza: wspinałam się, grałam w tenisa, jeździłam na nartach. Sezonowo, w miarę posiadanego czasu.

Start w półmaratonie w 2004 pozwolił mi na przypomnienie sobie, jak wiele znaczy dla mnie sport (choć już od dwóch lat intensywnie angażowałam się w ćwiczenia na sali fitness. Jednak nie była to aktywność, za którą tęskniło moje ciało, a może umysł?). Ten pierwszy bieg pamiętam doskonale. Było przeraźliwie zimno i deszczowo (plus 5 stopni w maju). Nie miałam pojęcia, jak szybko powinnam biec. Ale biegłam. Na pewno za szybko, na pewno moje tempo zmieniało się w miarę upływu czasu. Mimo to ukończyłam na czwartym miejscu wśród kobiet z wynikiem 1:40. Byłam niesamowicie szczęśliwa. Wydawało mi się, że dokonałam czegoś niezwykłego. Od razu chciałam zapisać się na kolejny bieg. Niestety wtedy, nie było to takie łatwe. Kolejna impreza, której termin nie kolidował mi z sesją, to była Sudecka Setka… nie miałam wyboru;) Zdecydowałam się zmierzyć z dystansem 100 kilometrów.

Z perspektywy czasu oceniam wyścig na 100 km, nawet jeżeli nazwiemy go marszo-biegiem, za niepotrzebną i nonszalancką eksploatację niewytrenowanego organizmu. Wtedy jednak traktowałam całą tą eskapadę w kategorii przygody. Moja wyobraźnia nie angażowała się zbytnio do projekcji ostrzeżeń, ja nie znałam zagrożeń i nie interesowały mnie one. Kalkulacja była prosta: 100 km to tylko 5 razy półmaraton. Dam radę. Będzie wesoło…

Miałam dużo szczęścia – nie dlatego, że wygrałam w kategorii kobiet, ale ponieważ ukończyłam bez poważniejszych uszczerbków na zdrowiu. Biegłam bez latarki czołówki (dlatego tak szybko! Musiałam trzymać się znikających przede mną punkcików, bo start do Sudeckiej Setki następuje o 22-giej), bez odżywek (w ostatniej chwili zakupiłam jakieś batoniki), nie miałam przygotowanego przepaku* (taka możliwość była po 42 km, nad ranem), nie miałam pojęcia czym są biegi górskie. Biegłam na żywioł, bez kalkulacji, bez doświadczenia. Poznałam jednak przesympatycznych i bardzo pomocnych ludzi, którzy uświadomili mi wiele rzeczy i zapoznali bliżej ze światem biegów długodystansowych i ultra (ponad 13 godzin to naprawdę możliwość na odbycie wielu rozmów!).

Po setce dwa tygodnie nie mogłam chodzić, a przynajmniej schody stanowiły barierę nie do przebycia. Prawie miesiąc nie byłam w stanie biegać, a mimo to już planowałam kolejne starty. Nie wiem czy to kwestia endorfin, czy po prostu zakochałam się bieganiu. Wiedziałam już, że nie będę mogła bez niego żyć. Mimo to jeszcze wtedy nie wnikałam w sekrety treningu, nie interesowały mnie drogi dochodzenia do lepszych wyników. Chciałam po prostu biegać.

W październiku 2004 roku zaliczyłam swój debiut maratoński. W Poznaniu pobiegłam 3,27 (K-20), przez cały czas prowadząc konwersację z nowopoznanymi biegaczami. Nie było żadnej ściany, nie  było wielkiego bólu. Biegłam bezpiecznie, cały czas w pierwszym zakresie** (jakoś na kilka dni przed maratonem stałam się szczęśliwą posiadaczką pulsometru i rozpoczął się flirt z tym urządzeniem). Biegłam testując swoje możliwości. Wtedy po raz pierwszy zakiełkowała w mojej głowie myśl, że chciałabym kiedyś złamać trzy godziny. Wydawało mi się to czymś abstrakcyjnym, ale bardzo pociągającym. Wtedy też podjęłam decyzję, że zacznę trenować (z głową).

*przepak – czyli specjalna strefa w trakcie biegu ultra, gdzie można zmienić buty, przemoczone ubranie, uzupełnić prowiant. Bardzo dosadnie opisano przepak: http://www.napieraj.pl/index.php?option=com_multicategories&view=article&id=202&catid=6:trening&Itemid=72

**pierwszy zakres – najprościej rzecz ujmując to spokojny bieg w tempie umożliwiającym konwersację bez zadyszki.