Archiwa kategorii: RELACJE

Podsumowanie dobrego 2015 – nowe wyzwania na 2016!

Udany rok. Tak w skrócie mogę podsumować ostatnie 12 miesięcy.

Po bardzo ciężkim dla mnie 2014, kiedy to przez 8 miesięcy zmagałam się z kontuzją, przechodziłam ciężki okres w pracy, a dzieci dodawały swoje pięć groszy, nie miałam wielkich planów na 2015.

Bałam się zaplanować sobie trening, wiedząc, że kontuzje mogą się odnowić. Postanowiłam zatem skupić się na rozbieganiach i gimnastyce siłowej. Potem dodałam jeszcze spinning (intensywna jazda z „biegami” na rowerze stacjonarnym). Forma rosła bardzo powoli. Ale nie czułam presji, szybko zrezygnowałam z planów maratońskich, wiedząc, że muszę odbudować bazę, by potem na tym, co wytrenuję poprzez spokojne treningi, budować formę na poważne starty w 2016.

Jako docelową imprezę wybrałam Wings For Life. Dlaczego? Wiedziałam, że nie będzie tam presji wyniku, na pewno czeka mnie fajna zabawa, a cel jest poważny. http://www.wingsforlifeworldrun.com/pl/pl/o-biegu/o-biegu/11182023_891430357585668_2692852315661139676_n

Udało się zwyciężyć! Pomimo perturbacji żołądkowych, ciągłego schodzenia z trasy… Ta wygrana dodała mi skrzydeł. Wtedy postanowiłam (sobie, nie chwaląc się tym za bardzo), że zostanę ultraską. Przebiegnę 100 km po górach i po płaskim.

Wzięłąm się do pracy. Niestety wychowując dwójkę przedszkolaków i pracując na pełen etat, nie da się biegać tak, jak by się chciało. Muszę układać trening dostosowując go do możliwości czasowych. Wynika z tego, że większość tygodniowej aktywności przypada na weekend. W każdą sobotę i niedzielę starałam się biegać 90-100 minut i tyle samo czasu spędzić na rowerku spinningowym. Dodając do tego ćwiczenia ogólnorozwojowe miałam po 4 godziny zajęć sportowych w sobotę, a w niedzielę była powtórka;) Pozostałe dni przeznaczałam na regeneracyjne biegi od 5 do 14km. Najczęściej rano, przed pracą (zanim dzieci wstały, choć to nie łatwe, bo moje milusińskie lubią być wcześnie na nogach). Do tego doszły starty kontrolne (TUT w lipcu – 64 km cross w Trójmieście, Spartan Race i Bieg na Wielką Sowę) oraz 2 tygodnie wakacji w górach. Stacjonowaliśmy w Lądku Zdroju – a ja biegałam na nakładającym się zmęczeniu od 16 do nawet 52 km.

11 września wystarowałam w Mistrzostwach Polskiw Ultramaratonie (100km po b7d11górach w ramach Festiwalu Biegowego). Na start dotarłam bezpośrednio po wyjeździe integracyjnym, co nie ułatwiało sprawy. Mimo to udało się zdobyć srebro (gubiąc się po drodze i biegnąc bez czołówki). Ale tylu endorfin nie b7d9doświadczyłam już dawno! To były fantastyczne zawody oraz kolejne doświadczenie. Cenne doświadczenie.

 

Następnie bez problemów już wygrałam Ultramaraton Karkonoski. Zdecydowałam się też zaatakować uliczną setkę. 100 kilometrów po asfalcie to zupełnie inne bieganie niż to, czego do tej pory zaznałam. Należałoby utrzymywać w miarę stałe tempo przez cały dystans. Mnie udało się to tylko do 7o km. Potem „doczłapałam” do mety, bijąc rekord Polski i osiągając czas 8:01. Wspomnę tylko, że biegłam ze złamanym żebrem – po niefortunnym upadku na 5km (nadziałam się na metalowy pachołek).

W listopadzie leczyłam żebro, a wgrudniu przystąpiłam do mocnego treningu. 470km w miesiącu to mój rekord;) Do tego kilka godzin gimnastyki i spinning).fotAdrianKrawczyk_039_IMG_6532

W 2016 chciałabym….

 

 

mk11

Mama 3 miesięcznego Malca sprawdza się w Maratonie Karkonoskim

Wyzwanie było niemałe. Maraton Karkonoski, czyli 44 km (ostatecznie skrócone do 42 wg. Garmina) w 3 miesiące po urodzeniu drugiego dziecka. Wyzwanie dla ciała, ducha i sprawdzian umiejętności logistycznych (całej rodziny)… ale po kolei.

Jakoś tak w siódmym miesiącu ciąży, gdy najdłuższa zima mojego życia zdawała się nie mieć końca, przeczytałam „niusa” o kończących się zapisach na sierpniowy Maraton Karkonoski. Jak mi się marzył ten bieg! Nie biegałam już od stycznia, brzuch był coraz większy, ale gdzieś z tyłu głowy czaiło się pragnienie i myśl, że może uda się przygotować, choć tyle, by ukończyć. Przecież to jedyna szansa, by w Polsce wystartować w Mistrzostwach Świata (bo taką rangę miał tegoroczny Maraton Karkonoski). Zapisałam się. Ze świadomością, że prawdopodobnie jednak nie uda się pojawić w Szklarskiej.

Liczyłam na to, że urodzę „planowo” – w połowie kwietnia, ale Kacper kazał na siebie czekać do końca miesiąca. Poród był ciężki i długi, lecz mimo to szybko zaczęłam wracać do siebie. Już tydzień po porodzie wybrałam się na pierwszą przebieżkę. Nie wyobrażałam sobie, że za niecałe 3 miesiące będę w stanie pokonać maraton. Maraton górski??? To przecież jeszcze większe wyzwanie.

Dopiero, gdy w lipcu wybraliśmy się na 3 tygodniowy urlop do Wysowej (nasza ukochana miejscowość w Beskidzie Niskim) i udało mi sie pokonać ponad 400 km zaczęłam układać plan wyprawy w Karkonosze. Wiedziałam, że do pełnego przygotowania dużo jeszcze brakuje, że ciążą dwa nadprogramowe kilogramy (doskwiera przede wszystkim brzuch), że nie mam szybkości, że ciężko marzyć o jakimkolwiek dobrym wyniku. Ale ukończyć? Jestem w stanie.

Tydzień przed maratonem wystartowałam w Biegu Powstania Warszawskiego – czas 40,58 na dychę nie nastrajał mnie optymistycznie, ale warunki były trudne, za szybko zaczęłam. „Może zatem jakoś to będzie?”. Jeszcze tylko trzeba było przekonać rodzinę i wszystko dobrze zaplanować… W pewnym momencie śmieliśmy się z mężem, że na Śnieżce zrobię sobie przerwę na karmienie Kacperka;)

Ostatecznie starszy syn został odtransportowany do dziadków do Łodzi, a ja z Kacprem i mężem udaliśmy się w czwartek do Szklarskiej. Tam kochana Edzia (uczestnicząca w obozie bieganie.pl) obiecała pomóc Maćkowi w piastowaniu Malucha. Dzięki wielkie!! Bez Ciebie nie zdecydowałabym się pobiec (i nie chodzi o to, że nie ufam mężowi, ale jednak 5-6 godzin z 3 miesięcznym Szkrabem przerosłoby go;). Nocowaliśmy w hotelu Kryształ, ale pierwszy wieczór spędziliśmy w Bornicie (spotykając wielu znajomych:)))- jeszcze raz pozdrawiam). Przypomniał się zeszłoroczny obóz (spędzony bez dzieci – ach, kiedy będzie kolejna taka możliwość? raczej nieprędko;).

Dzień przed biegiem niestety zdecydowałam się na konsumpcję Vitargo i dopadły mnie problemy żołądkowe. Dość poważne, aż zaczęłam obawiać się o start. Ledwo dotarłam na ceremonię rozpoczęcia Mistrzostw Świata. Tak się złożyło, że dostałam się do Reprezentacji Polski (co w sumie było dość stresujące, bo „musiałam” dobiec jako 4 Polka do mety, inaczej moja obecnośc w kadrze okazałaby się nietrafiona).

maraton karkonoski

Rano w dzień startu nastawiłam budzik na piątą – musiałam coś zjeść. Niestety z „rozwalonym” żołądkiem wybór był ograniczony. Żadne syntetyczne specyfiki nie wchodziły w grę. Skończyło się na bułce z miodem i suszonych bananach. Plus woda, dużo wody (temperatura już o świcie przekraczała 20 stopni, na południe prognozowano 37; w pełnym słońcu!). Bałam się cholernie odwodnienia (mój organizm jeszcze nie był w stanie dobrze radzić sobie z termoregulacją, gospodarka wodna przez karmienie była zaburzona). Po raz pierwszy w życiu zdecydowałm się biec z pasem na wodę. To oczywiście dodatkowy balast, ale „wycieczka w góry” coraz bardziej jawiła mi się jako sztuka przetrwania.

maraton karkonoski

Przed startem spotkałam wielu znajomych, choć nie wszystkich udało się odszukać. Zrezygnowałam z rozgrzewki, wychodząc z założenia, że wbieg na Szrenicę (6,5 km) będzie wystarczająco „rozgrzewający”. Wiedziałam, że muszę zacząć bardzo spokojnie, bo tak naprawdę walka zacznie się na górze. Postanowiłam trzymać się Magdy Łączak. Tak też zrobiłam i przyznam, że podbieg okazał się całkiem przyjemny. Potem jednak, jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy Magda dołożyła mi chyba ze dwie minuty na zbiegu. Mnie! która przed ciążą uważała się za mistrzynie zbiegania. Ale nie tym razem… nie dawałam sobie rady z drgającymi kamieniami. O dziwo, doskonale radziłam sobie z podbiegami. Mniej więcej na 14-15 km wyprzedziłam Magdę i na połówce miałam nad nią całkiem sporą przewagę. A biegłam spokojnie, korzystając z każdej możliwości napicia się wody. Zaryzykowałam też żel energetyczny (niestety! bo brzuch szybko dał się we znaki i nie było już tak fajnie). Brzuch, odwodnienie, pełne słońce i zmęczenie powoli dawały się we znaki. Przewróciłam się raz i drugi. Ale dobiero trzeci upadek na zbiegu okazał się groźny. Upadłam dość spektakularnie, koziołkując po kamieniach. I leżałam… nie wiedziałam, czy coś mi jest, ale cholernie nie chciało mi się wstawać. Ale ktoś mi pomógł. I pobiegłam dalej. Krwawiłam, bolało kolano. Na szczęście punkt odświeżania był blisko. Pozdzierałam sobie skórę z łokci, kolan, ud i… piersi. No, cóż.

maraton karkonoski

(zdjęcie wykonane dziś, 2 dni po biegu – goi się :):)

Wyglądam jak dziewczynka po nauce jazdy na wrotkach. Na szczęście obrażenia okazały się tylko powierzchowne (choć sińce, które wyszły na jaw następnego dnia mogłyby wskazywać na poważną rodzinną utarczkę;)

Upadek zaliczyłam ok. 12 km przed metą. Od tamtej pory zablokowałam się psychicznie i zbiegi nie szły mi już w ogóle. To znaczy SZŁY… z bieganiem było gorzej. Na koniec nie miałam już ochoty ani zbiegać, ani wbiegać. Słońce paliło rany, miałam dość. Około 2 kilometrów przed finiszem wyprzedziła mnie Magda. Nie podjęłam walki. Brzuch bolał, ciało bolało – chciałam już skończyć. Po prostu skończyć. Ostatecznie dobiegłam na 101 miejscu, 25 z kobiet, 4 z Polek. Startowało ponad 600 osób.

maraton karkonoski

Nie był to szczyt moich aktualnych możliwości, straciłam ok. 10 minut. Z drugiej strony, nie upadłabym, gdybym była w formie. Zabrakło dobrego balansu ciała, pewności siebie. Jednym słowem – czas na trening. A wyzwanie? Ogólnie zakończyło się sukcesem. Dobiegłam, jestem cała. Czas 4,30 nie powala, ale niejedna osoba w płaskim maratnie chciałaby taki wynik osiągnąć. Do czołówki zabrakło baaardzo dużo, ale wiedziałam, że tak będzie. A walczyłam sama ze sobą. Bo młoda mama też może przebiec maraton 🙂 jeżeli tylko ma takie marzenie. Chcieć to móc.

maraton karkonoski

maraton karkonoski

SEN O WARSZAWIE – MARATON 2011

Sen o Warszawie – czyli jak biegać maraton w 2:48 będąc pracującą matką

30-09-2011 Dominika Stelmach-Stawczyk – tekst ukazał się na portalu bieganie.pl

Adam Klein (komentarz od Redakcji): Pomyślałem, że umieścimy w formie artykułu ten wpis Dominiki z jej Bloga. 2:48 dla jak by nie było nadal amatorki (pracującej kobiety z dzieckiem) to już nie w „kij dmuchał”. Mam wielu kolegów, którzy od lat próbują złamać 3h00, potem 2h55, potem 2h50 stosując kosmiczne różne metody i im to nie wychodzi. Nie znaczy to, że metody stosowane przez Dominikę zadziałają u każdego, bo jesteśmy jednak różni i jeden potrzebuje dużą objętość treningową inny jej nie potrzebuje. Ale jest to jednak przypadek wart szerszego zauważenia, powodzenia Dominika w przyszłości.

Gdy emocje po biegu opadły, gdy po zakwasach nie ma już śladu, pora na subiektywną ocenę – MARATONU WARSZAWSKIEGO – MOJEGO MARATONU WARSZAWSKIEGO 2011…
Zacznę od tego, że decyzję o tym, że skuszę się w tym roku na maraton podjęłam już wiosną, po udanym (warszawskim) biegu półmaratońskim. Nie wiedziałam jednak, jak uda mi się wygospodarować wystarczającą ilość czasu, by przygotować się na satysfakcjonujący wynik. Po porażce (w każdym względzie – mojej, organizatorów, pogody) trzy lata temu w Łodzi, jakoś odechciało mi się maratonów…
Pora ODDEMONIZOWAĆ dystans maratoński
foto: Paula Nowicka-Matczak

Jednak to nie takie łatwe, bo „wszyscy” straszą, że jak chcę złamać trójkę, to muszę biegać minimum 120 km tygodniowo, robić 30 km wybiegania… Ale ja nie chcę złamać trójki… Nie satysfakcjonuje mnie to… Ja chcę złamać 2:50! A najlepiej od razu 2:45. I żeby nie bolało…

Jak to zrobić, gdy się pracuje, wychowuje wciąż jeszcze „bardzo małe” dziecko i do tego nie chce się zrezygnować z przyjemności (niezdrowe słabości :oczko: )? Jak to zrobić, żeby rodzina nie ucierpiała, żeby mieć choć troszkę czasu także dla siebie? Jak…
Niełatwa sprawa, ale kilka mam (także tych biegających) pokazało, że się da. Że niestety czasami nie obejdzie się bez trudnych wyborów, ale… da się. Potrzeba oczywiście niezwykłej OPTYMALIZACJI treningu, bo w sytuacji, gdy każda minuta jest na wagę złota nie można pozwolić sobie na „marnotrawienie tego czasu”. Ale bez przesady… Najważniejsze to stworzyć schemat treningu najbardziej odpowiadający danej sytuacji. A jaka była moja sytuacja wyjściowa? Roczne dziecko wymagające mojego czasu, praca wymagająca mojego czasu, lecz również: coraz dłuższe dni, perspektywa dwutygodniowego urlopu i plany, by startować w górach. Dodam do tego dużą progresję wyników w tym roku (1:19 w półmaratonie), euforię po zdobyciu Mistrzostwa Polski w Długodystansowych Biegach Górskich i wielki głód BIEGANIA 🙂
Trening konsultowałam z Michałem Jaroszem, głównie mailowo, bo Michał jest misjonarzem w Peru i tylko raz było nam dane się spotkać. Mamy bardzo podobne podejście do treningu, co tylko potwierdziło, że przyjęta przeze mnie droga rozwoju jest właściwa. ŻADNYCH SZTYWNYCH PLANÓW TRENINGOWYCH. Przy moim trybie życia to bez sensu. ŻADNYCH BIEGÓW POWYŻEJ 2 GODZIN. Bo człapanie kilometrów nie jest jedyną metodą na trening. A jakie są te metody, jakie bodźce? Głównie interwały, co najmniej dwa tygodniowo i moje ulubione BIEGI Z NARASTAJĄCĄ PRĘDKOŚCIĄ. Środek często pomijany i lekceważony, ale jakże skuteczny. I sprawdza się nawet na krótszych i spokojniejszych wybieganiach. Ważne, żeby skończyć szybciej niż się zaczęło – sukcesywnie i rozsądnie przyspieszać w trakcie biegu. Mój kilometraż tygodniowy oscyluje między 70, a 99km. Ani razu nie udaje się przekroczyć „setki”…
Moją psychikę (i siłę! Nigdy nie byłam tak umięśniona) wzmocniły starty w górach. Polecam każdemu, komu znudził się już asfalt, kto tęskni za przyrodą, za innymi doznaniami i…. NIEWIADOMĄ. Bo w górach nic nie jest pewne. Przy każdej pogodzie biegnie się inaczej, rywale też są nieprzewidywalni, bo w górach wszystko jest możliwe. Tam trzeba walczyć do końca, pilnować by nie zakwasić się już na początku biegu. Ja wciąż jeszcze mam problem z taktyką, ale powoli zdobywam doświadczenie. I uczę się pokory… tego uczą GÓRY!
…maraton zbliżał się wielkimi krokami… a mnie wciąż było pod górkę. Na urlopie chorowałam, potem byłam strasznie zaganiana w pracy, na Mistrzostwa Polski do Piły nie pojechałam, bo nie miałam z kim zostawić Bartusia i skończyło się na upalnym biegu w Sochaczewie (gdzie o 50 sekund spóźniłam się na start). Mimo to czułam, że forma rośnie. JA to wiedziałam (bo 1:24 w Sochaczewie nabiegałam dzień po dyszce na 36 minut – także nie zważałam na komentarze osób, które lubią wszystko wyciągać z liczb. A to ludzie biegają, nie cyfry…).
Na forach starałam się znaleźć grupę, która będzie ze mną biegła po 3:55 min/km. Nie było to proste i w końcu musiałam zadowolić się ekipą na „złamanie 2:50”. Trochę z przekorą to piszę, bo prawdopodobnie dobrze, że panowie (cóż, żadnej kobiety o podobnych aspiracjach nie znalazłam) ostudzili mój zapał. Jeszcze na linii startu się wahałam… ale w końcu zdrowy rozsądek wziął górę. Postanowiłam biec asekuracyjnie po 4:0 min/km. Jeszcze będą inne maratony, na których pobiegnę szybciej!
Pierwsze dziesięć kilometrów przebiegliśmy w bardzo dużej grupie (ok. 30 osób) w tempie 40:02, a zatem idealnie. Na każdym punkcie z wodą piłam po dwa-trzy łyki wody (nauczona doświadczeniem, by z izotoników nie korzystać, bo w połączeniu z żelami tworzą mieszankę wybuchową…). Na śniadanie wypiłam kawę z mlekiem o 5:30 i o 7:00 zjadłam batona energetycznego, a przed samym startem żel. Potrzebne kalorie wchłonęłam dzień wcześniej;) Ten dzień poprzedzający był dal mnie niezwykle optymistyczny, bo z rąk Ministra Sportu Adama Giersza odebrałam nagrodę dla najlepszej studentki marketingu sportu na SHG, były też życzenia udanego biegu… Trzeba było dobrze pobiec…
Półmaraton w 1:24:22 – zatem grupa idzie pod linijkę. Spokojnie, równiutko – jeszcze dopisują dobre nastroje, trochę rozmawiamy. Robi się jednak coraz cieplej. Ja na 17-tym kilometrze mam też bardzo niemiłą przygodę, która prawie zakończyła moje marzenia. Otóż zbyt łapczywie „wciągnęłam” żel i prawie się udusiłam, na kilka sekund nie byłam w stanie oddychać, a do punktu z wodą było daleko. Przez chwilę miałam gwiazdki przed oczami… Oj, źle było. Na szczęście woda pomogła…
Pomiędzy dwudziestym, a trzydziestym kilometrem pamiętam przede wszystkim… NUDĘ. Wielką NUDĘ. Biegnę za placami innego zawodnika i nic się nie dzieje. Po prostu mijają minuty i kilometry. Imperare sibi maximum est imperium – staram się panować nad sobą, nie walczyć z tą nudą, nie przyspieszać. Nie zauważam co się dzieje wokół mnie, bo na to jestem zbyt zmęczona, ale też zbyt zależy mi na biegu. Usłyszałam od jednego z kibiców komentarz, że „biegłam dostojnie, z niezwykłą pewnością siebie”. Z mojej grupy została jeszcze tylko jedna osoba, pozostali zniknęli gdzieś z tyłu. Ale ja się nie oglądam za siebie…
W pewnym momencie słyszę, że „maraton zaczyna się po trzydziestce.” Uffff…. to mam jeszcze pół roku :ble:
Po 35km upał daje się we znaki. Kilometry dają się we znaki. Coraz trudniej utrzymać tempo. Na szczęście to WARSZAWA – wszędzie są znajomi, dopingują, pomagają jak mogą. Podjeżdżają rowerzyści, zagadują, dodają otuchy. A ja już jestem w zawieszeniu:
Kiedyś zatrzymam czas
I na skrzydłach jak ptak
Będę leciał co sił
Tam, gdzie moje sny…
Tam gdzie moje kroki, moje maratońskie kroki. Kocham i nienawidzę tego zmęczenia. Tak jak kocham i czasami nienawidzę tego miasta. WARSZAWSKI DZIEŃ, WARSZAWSKI DZIEŃ…
Mój dzień! Dobiegam do mety w czasie 2:48:47!!!
Jestem taka szczęśliwa.
Może mogłam szybciej. Może mogłam lepiej. Może… wiem, że wykonałam kawał dobrej roboty. Że po raz pierwszy przebiegłam MARATON WARSZAWSKI – i wiecie co? Naprawdę warto docenić to co się ma u siebie! Bo MARATON WARSZAWSKI, pomimo kilku minusów oceniam, na 93%, tak jak i mój start. A doping na Ursynowie – nie do przecenienia… Jestem ZA tą trasą :)PS. Tego dnia oficjalnie maratończykiem został mój mąż. A jeszcze pół roku temu zarzekał się, że nigdy… że to nie dla niego:D
PS’. Dziękuję jeszcze raz Wojtkowi (zrobił mi dużą niespodziankę), Beacie i Sylwkowi, a także mojemu mężowi i wszystkim, którzy we mnie wierzyli 😀

MARATON MAZURY – JAK MIŁO WYGRAĆ MARATON :)

MARATON MAZURY, czyli uroki polskich pól i lasów … i o tym, jak miło wygrać maraton 🙂

23 czerwca 2012 roku w Gałkowie odbyła się pierwsza edycja Maratonu Mazury. Bieg zaczął być promowany dość późno, a ja w ogóle nie zakładałam letniego startu na tak długim dystansie. Kiedy jednak przedłużająca się choroba i kuracja antybiotykowa, spowodowały kompletną utratę szybkości, pomyślałam, że przecież nic nie ryzykuję. Długie wybieganie bardzo mi się przyda. A długie wybieganie w pięknych okolicznościach przyrody… to strzał w dziesiątkę. Na listę startową zapisałam się 4 dni przed biegiem. Wtedy też zapadła decyzja, że tygodniowy urlop spędzimy właśnie na Mazurach.

Nie za bardzo wiedziałam czego spodziewać się po tym biegu – profil trasy nie był znany, podano jedynie informację, że większa część dystansu prowadzić będzie po drogach leśnych i szutrowych. Szkoda, że nie 100%, ale dobre i tyle – myślałam. Nie wiedziałam też, jak wypadnie ten debiut organizacyjny, bądź co bądź, debiut osoby niebiegającej. Karolina Ferenstein-Kraśko – organizatorka i pomysłodawczyni biegu, to „tylko” żona biegacza (i to ostatnio takiego od święta), a jej pasją są konie.

Start biegu zaplanowany został na 8.30, czyli baaardzo wcześnie. Razem z Edytą, moją biegową podopieczną, wyruszałyśmy z Giżycka, także pobudka była koło piątej. Jakże jednak różni się zimowa piąta rano, od tej letniejLaughing Pogoda przywitała nas przepiękna – słoneczne niebo, cieplutko (w głowie kołatały się pytania, jak cieplutko będzie po trzydziestym kilometrze…). Do Gałkowa dotarłyśmy godzinę przed startem, szybko i sprawnie załatwiłyśmy formalności. Pozostało trochę czasu na krótkie zwiedzanie okolicy, przebiórkę i nawodnienie się. Właściwie nie byłam w żadne specjalny sposób przygotowana do tego biegu – ani psychicznie, ani treningowo, a i kwestia diety pozostawiała wiele do życzenia (3 wieczorne piwa nad jeziorem niekoniecznie świadczą o profesjonalnym podejściu). Oczywiście śniadania nie jadłam, bo wzorem Kenijczyków przed biegiem wolę nie ryzykować. Płynna porcja Vitargo to jednak wystarczająca dawka węglowodanów. Żeli nie zdążyłam kupić. Ale przecież to tylko trening…

Na bieg zjechało się wielu znajomych, przez chwilę miałam wrażenie, że impreza odbywa się w Warszawie… Jeżeli chodzi o konkurencję w kategorii kobiet to założyłam, że wygra Renata Kalińska, a ja spokojnie pobiegnę po srebro. I rzeczywiście zaczęłam wolno – pierwszy kilometr 4,20. Trochę zdziwiłam się, że Renia zaczęła równie wolno, ale wtedy też pomyślałam, że bardzo chciałabym wygrać maraton. Wygrałam już wiele biegów, ale tego maratońskiego brakowało… Miło byłoby wygrać maraton po raz pierwszy… Nawet taki nieduży… przecież od czegoś trzeba zacząć;)

Foto: Wasyl  (Grzegorz Grabowski)

Uczciwie muszę przyznać, że żadnego biegu w życiu nie biegło mi się tak FAJNIE. I to słowo „fajnie” – doskonale odnosi się do tego biegu, gdzie nie silono się na atest, na stworzenie mega-super-szybkiej trasy. Trasa była wymagająca – przepięknie i urokliwe ścieżki prowadziły po mazurskich lasach i polach,  zbiegi i podbiegi wymagały przygotowania siłowego, a nieustanna zmiana podłoża nie ułatwiała sprawy. Od połowy dystansu (dzięki dla Bartka prowadzącego BBL w Wydminach za towarzystwo) zaczęłam konsekwentne wyprzedzanie kolejnych zawodników. Udało mi się pokonać znanego z Gazety Wyborczej oraz warszawskiego podwórka biegowego Szkieleta, zostawiłam w tyle Bogdana Barewskiego (którego kariera maratońska jest niezwykle barwna i zahacza o wiele biegów „marzeń”).Wyprzedziłam jeszcze kilka osób… A właściwie „wyprzedziliśmy”, bo z Bartkiem dotrwaliśmy do końca.

Czy można przegadać maraton? TAK. Gdy biegnie się w miłym towarzystwie, biegnie się dobrze, a pogoda jest idealna (było gorąco, ale las dawał wytchnienie, a bieg rozpoczął się wcześnie). Sądzę, że Maraton Mazury to jeden z tych biegów, na które popyt będzie rósł. Ileż bowiem można biegać po asfalcie? Tymczasem crossowe trasy są przede wszystkim zdrowsze, ciekawsze, no i dostarczają innych wyzwań niż biegi uliczne. Tu liczy się również przygotowanie siłowe, umiejętność zmiany tempa. Liczy się otaczająca przyroda. Energii dodają wszystkie te bodźce, z którymi w betonowych miastach nie mamy szansy obcować. Chciałoby się napisać – cud natury…

Ten maraton dał mi niesamowitego kopa energetycznego, pozwolił znowu myśleć pozytywnie (nie tylko o bieganiu). Te wszystkie uśmiechnięte twarze, nawet u tych, którym nie do końca udało się pobiec tak, jak chcieli. Niezwykle przyjacielska, piknikowa atmosfera. A że były niedociągnięcia… Prawie zawsze są, a malkontenci znajdą się na pewno, przy okazji każdej imprezy. Ja w każdym bądź razie trzymam kciuki za kolejną edycję. I polecam Laughing Mam też nadzieję, że ten bieg nie stanie się nigdy wielkim komercyjnym przedsięwzięciem. Że pozostanie jedną z imprez, które pozwalają na kameralność, integrację, na przyjacielskość. Niestety era takich imprez powoli odchodzi. Niestety… choć oczywiście jestem za tym, by jak najwięcej osób biegało. Ale coś za coś…

Dodam jeszcze, że przy okazji maratonu rozegrany został bieg na 10 km. Wzięło w nim udział wiele gwiazd znanych z telewizyjnych ekranów. Kinga Rusin pokazała, że nie boi się biegać i obiecała, że następnym razem spróbuje swoich sił w maratonie

 

Dominika Stelmach, Maraton Mazury 2;55:59, 1 miejsce wśród kobiet, 8-me open.

Tekst ukazał się na bardzo sympatycznym portalu emocjonalia.pl

DEBIUT W TRIATHLONIE… i reminescencje;)

NIEBEZPIECZNY TRAITHLON

Nie jestem triathlonistką (ani tym bardziej triathlonistą). Jeszcze nie, choć debiut w tej dyscyplinie mam za sobą. Emocjonujący debiut…

W 2012 roku nie miałam w planach startu w tri. Chciałam skupić się na bieganiu, ale w lipcu mój małżonek przeczytał, że za dwa tygodnie ma się odbyć triathlon w Rawie Mazowieckiej i stwierdził, że chciałby spróbować swoich sił. Nie mogłam puścić biedaka samego.  Poza tym w bieganiu był to martwy sezon, a moje najbliższe cele dotyczyły jesieni. No i dystans olimpijski to tylko 1,5km pływania, 40 km roweru i 10 km biegu. Nie przewidywałam większych problemów.  Na rowerze w czerwcu jeździłam do pracy (sposób radzenia sobie z piłkarskim EURO), a kiedyś (10 lat temu?) zrobiłam kurs ratownika WOPR. Bieganie miało być największym atutem.

Z mężem ustaliliśmy nieformalny zakład dotyczący tego, które z nas osiągnie na mecie lepszy czas. Było pewne, że dołożę mu w bieganiu, ale już kwestia roweru zdawała się świadczyć na korzyść Maćka. Nigdy nie byłam mu w stanie dorównać na naszych wycieczkach, nie potrafiłam obsługiwać przerzutek, a SPDy kupiłam na dwa dni przed triathlonem. W ramach testów zaliczyłam spektakularny upadek na skrzyżowaniu przy Puławskiej i na tym postanowiłam zakończyć eksperymenty. „Będzie, co ma być”. I tak najbardziej bałam się, że utonę… W myślach (jak się później okazało słusznie) zakładałam, że jak przetrwam pływanie, to już dalej sprawy potoczą się z górki.

Jako zupełny świeżak i laik triathlonowy, z internetu i od znajomych zaczerpnęłam nieco informacji na temat niezbędnego sprzętu. Obowiązkowa wydawała się pianka (którą, kierując się głosem rozsądku pożyczyłam). Niestety (albo na szczęście, bo gumowej skóry nie próbowałam wcześniej, nie była ona dopasowana tak, jak powinna do mojeje osoby) temperatura wody w akwenie (jak to dumnie w brzmi!) przekroczyła 24 stopnie i i pianki były zabronione. Oznaczało to tyle, że zawodowcy poradzą sobie doskonale, a przepaść pomiędzy nimi, a amatorami będzie większa niż zazwyczaj. Jednak pianka pomaga (podobno, nie miałam okazji sprawdzić). W każdym razie mówią, że trudniej się w niej utopić…

 

gumowo

PŁYWANIE

Zgodnie z przewidywaniami pływanie okazało się dramatem…

Zapomniałam okularków, nie włączyłam zegarka. Kilka razy myślałam, że umrę. A ja naprawdę nie pływam źle… tylko pięćdziesiątka na basenie różni się od pokonywania wód otwartych. Każda, nawet najmniejsza falka, wlewa ci się do uszu i nosa, co chwilę ktoś częstuje cię uderzeniem z łokcia lub kolana. Dopiero w połowie dystansu sytuacja stabilizuje się i jest mniej kontaktowo…

Pływanie ukończyłam dokładnie w środku stawki, co uważam za duży sukces! Niestety w triathlonie olimpijskim jest go zdecydowanie za dużo, a to najbardziej premiuje dobrych pływaków.

ROWER

Rower okazał się dla mnie największą niespodzianką. Okazało się, że potrafię jeździć całkiem szybko (nawet na kilkunastoletnim rowerze, o którego dopuszczenie do startu musieliśmy wybłagać sędziów… miał rogi i ogólnie chyba cały był nieregulaminowy… Ale przecież sprzęt to tylko dodatek… przynajmniej na pewnym poziomie). Średnią miałam powyżej 30 km/h, a trasa miała 11 lub 13 agrafek. Od początku do końca prowadziłam sporą grupkę. I nikt nie chciał dać mi zmiany, albo wyprzedzali mnie i zwalniali, bez sensu – faceci(!). Od jednego dowiedziałam się, że strach mnie było wyprzedzać, a szczególnie niebezpiecznie wyglądałam na strefie zmian, gdzie wydawało się, że wykoszę wszystkie drzewa dookoła. Cóż… wypinanie się z pedałów nie jest takie łatwe…

Dołożyłam mojemu mężowi (w co ledwie uwierzył;)

BIEG

Łatwy nie był, ale pierwsze koty za płoty. Moim największym błędem było to, że nie piłam podczas jazdy na rowerze (bo subiektywnie było mi chłodno) i potem cierpiałam odwodnienie do pierwszego punktu z wodą na biegu. Poza tym wyprzedzałam. Jakie to przyjemne:):)

Bieg i po raz pierwszy wyprzedzam tyle osób

Ostatecznie zajęłam 8 miejsce wśród kobiet, pierwsze z tych nieco starszych (nie wiedziałam, że w tej dyscyplinie tak bardzo liczy się młodość, skrajna młodość).

Co ciekawe, na przydługiej ceremonii prowadzonej przez Cezarego Pazurę (nie wiem jak was, ale mnie ten pan dawno przestał śmieszyć), otrzymałam bon na 200 zł, do wymiany na pieniążki w biurze zawodów. W biurze poinformowali mnie, że jednak pieniądze prześlą na konto, a po miesiącu okazało się, że zmienili zdanie i postanowili nagrodzić tylko 5 zawodniczek. Cóż… pozostawię to bez komentarza, bo raczej takie postępowanie z prawem niewiele ma wspólnego. Szczególnie, że w regulaminie do końca stało, że nagrody są dla 8 kobiet. Ale może tylko do zdjęcia…;)

Sam start przeżyliśmy w niezłej formie. Niebezpieczeństwo wyjazdu triathlonowego zaczęło się później, w Spale (gdzie nocowaliśmy razem z kilkoma osobami z klubu Entre.pl Team. Dziecko pozostało pod opieką dziadków). Najpierw złamałam sobie palca stopy… Szit! Historia, jak z nagród Darwina. Po trudnym dniu niosłam piwo do stolika. W klapkach. I zawadziłam o wystającą metalową część… Żeby tego było mało, już po czasie, okazało się, że wyjazd okazał się bardzo twórczy:):) Jego pokłosie noszę teraz w sobie, hodując wytrwale. W kwietniu ma nam się pokazać, co takiego wytriathlonowaliśmy…

UWAŻAJCIE NA TRIATHLONY 😉

 

Po starcie, czyli niebezpieczeństwo nadchodzi;)

Śr, 14 września 2011, 11:45 – Mistrzostwa Świata w Albanii

Cofnę się powoli do momentu, kiedy… skończyłam;)
W piątek miałam bardzo dużo pracy, aż w pewnym momencie myślałam, że się spóźnię na samolot. Na szczęście nie było korków i sprawnie udało się dotrzeć na Okęcie (tzn. Lotnisko Chopina;)
Na lotnisku spotkałam już większą część naszej, polskiej ekpiy. Podróż przebiegła sprawnie, ale była bardzo męcząca, bo jednak nie było kiedy się zdrzemnąć. W Tiranie wylądowaliśmy po północy, tam jednak okazało się, że musimy czekać na Danusię, która leciała innym połączeniem. Samolot się spóźnił i była dopiero po drugiej. Po trzeciej w nocy dowieziono nas do hotelu.
Nie mogłam spać. Było tak duszno, a z klimatyzacją za zimno i za głośno, poza tym bałyśmy się przeziębić przed startem.
Jakoś ze 3 godziny przedrzemałam, ale czułam się „wypluta”. Rano nie dało się spać, bo hałas dobiegający z ulicy był duży, no i akurat naprzeciw naszego okna trwały jakieś prace remontowe.
Cóż, pomyślałam, że może później uda się położyć…

Po śniadaniu PLAŻA.
W końcu hotel 100 metrów do morza, ciepłego morza…

Alternatywą było zwiedzanie trasy biegu, ale… po co? Po co 2 godziny spędzić w ukropie w autokarze, skoro można się popluskać, pobiegać po plaży i troszkę poopalać… Po co?
35 minut biegania brzegiem morza, boso 😀

Po południu czekała nas i tak wyprawa do Tirany na ceremonię rozpoczęcia.

Było bardzo patetycznie, długo i nudno. Nie lubię tego wymieniania działaczy, dziękowania sobie i dwugodzinnych przemówień premierów, czy ministrów sportu. Możnaby to zrobić krótko i treściwie.
Występu lokalnych zespołów załamały mnie (po nieprzespanej nocy siedzenie w jakieś obskurnej haki do dwudziestej pierwszej było masakryczne).

W nocy słabo spałam. Chyba przez duchotę, bo przecież się nie denerwowałam;)
Rano wstałam ok siódmej, śniadanie, no i wyjazd autokarem (bez klimy) na trasę.

O 9.15 startowały juniorki i trzeba powiedzieć, że miały dużo szczęścia, potem temperatura gwałtownie wzrastała.
O 10 świetną dyspozycję pokazali nasi juniorzy zdobywając srebro w drużynie.
Jak oni lekko biegli!!
Obrazek

Najbardziej bałam się odwodnienia lub udaru. Przy temperaturze dobijającej czterdziestki wszystko mogło się zdarzyć… Nawadniałam się, pociłam, ale i tak czułam słabo… W tym roku w Polsce takich upałów nie było.
Przed startem polewałam się wodą i wygladałam, jakbym już była PO BIEGU…
Obrazek
Nie miałam taktyki, ani konkretnych założeń. Bardzo chciałam być w pierwszej połowie stawki.
Ale zawodniczki, seniorki wygladały na mocne. Były ekipy z najodleglejszych zakątków świata, nie zabrakło bardzo mocnych Amerykanek, Australijek, Kanadyjek, z Europy do zwycięstwa typowano Włoszki.

Na trasie najgorszy był pył. Unosił się wszędzie i nie pozwalał oddychać. Sama trasa nie była trudna, ale przy takiej spiekocie nie miało to znaczenia.
Obrazek
Zaczęłam spokojnie, ale przez to utknęłam za zawodniczkami, które bardzo zwolniły, a Turczynka przede mną zaczęła iść pod górę. Niestety nie potrafię jeszcze za dobrze radzić sobie z zmianą tempa. Straciłam dużo energii na próbie wyprzedzania (a ścieżka bardzo wąska). Cóż… to nie była trasa na Mistrzostwa Świata! Stanowczo za wąsko.
Zbieg też nie był fajny, bo ciągle dziury, rowy, uskoki i piach. Uważam, że był technicznie znacznie łatwiejszy niż w Ustrzykach, ale przez ten pył i tłok słabo było widać, co się dzieje kilka metrów przed biegnącym.
Druga pętla spokojnie pokonana. Znowu źle trafiłam i cały podbieg byłam blokowana. Przed samym szczytem wyprzedziła mnie Danusia. Była z nas zdecydowanie najmocniejsza tego dnia. No i miała „twardość” ze stadionu. Poza tym to zdecydowanie najszybsza biegaczka górska (choć na razie taka sama z Danusi góralka, jak i ze mnie – „pierwszoroczna”;). Zbieg już sobie podarowałam i „dotoczyłam” sie do mety. Sądziłam, że jestem na szarym końcu.
Obrazek
Dobiegłam na 27 pozycji.
Zgłoszono do startu 63 seniorki, 52 ukończyły bieg.
Na 24 pozycji Danuta Woszczek.
31 Anna Celińska
35 Dominika Wiśniewska.
Równa ekipa, na średnim światowym poziomie. Jak dla mnie „super”;)

Po biegu plaża :) Piękna i piaszczysta.
I kilkadziesiąt minut biegu po plaży, bo strasznie chciało mi się biegać.
Czułam niedosyt. Za krótki dystans – 8,777 km.
Polecam wakacje w Albanii – jest tanio, gorąco i gdybym nie wiedziała, to pomyślałabym, że jestem we Włoszech, albo w Grecji. Oczywiście gorzej z „zapleczem”.

Wieczorem impreza:)
Po tańczeniu wreszcie zaczęły mnie boleć nogi;)

Następnego dnia rano 35 minut po plaży ( w butach)

 

N, 4 września 2011, 17:40 – Półmaraton w Sochaczewie

aj, no działo się…
od rana z przygodami…
Miał być spokojny półmaraton w tempie planowanego maratonu///
Maciek o 7 rano wyglądał bardzo słabo… stwierdziliśmy, że nie ma sensu jechać razem. Oczywiście czułam się źle, że zostawiam Bartka… Poza tym nie spałam w nocy.
Tymczasem przed samym wyjazdem Bartuś miał mały wypadek… przewrócił się i okropnie rozciął wargę- było dużo krwi, na szczęście to nic groźnego. Ale nie mogłam zostawić maluszka samego…
To spowodowało, że Maciek stwierdził, że w takim razie jedziemy wszyscy.
I pojechaliśmy.
(ile to już razy powtarzałam, że to już ostatni raz jadę do Sochaczewa??)
Pierwszy absurd to zamknięcie biura zawodów o 11-tej, podczas, gdy start jest o 13-tej…
No dobra.
Przejazd 21 km autokarem baaardzo starej generacji… bez klimy, z postojem na patetyczne wieńce, etc.
Dojechaliśmy (średnie tempo 25km/h) na 5 minut przed startem – kiedy zrobić rozgrzewkę? Skorzystać z toalety?, a w moim przypadku jeszcze przewinąć małego??? Nikt nic nie mówi, nie potwierdza za ile będzie start.
Gdy spokojnie korzystałam z „krzaczków” usłyszałam wystrzał z pistoletu. Obok mnie było kilkanaście osób.
Jak zwykle w Sochaczewie – biegaczy ma się „gdzieś”. Bardzo ciężko poinformować, że zaraz start…
Bez komentarza…

Linię startu przekroczyłam prawie minutę za późno.
Zaczęło się zatem od „klnięć” i gonitwy…
Było 30 stopni ciepła.
Upał.
Wiatr, chyba najsilniejszy z jakim się mierzyłam. Całe 21 km „w mordęwind”.
Bez komentarza po raz kolejny.

Wyprzedzałam.
Cały półmaraton wyprzedzałam i mierzyłam się z wiatrem i upałem. Starałam się utrzymać tempo w miarę równe, poniżej 4 min/km.
Miało być na 1;22:30, a wyszło 1:23:25 (od startu do mety), wg. oficjalnych wyników 1:24:20 – niestety pomimo chipów nie było maty na starcie, także podano tylko czas brutto.
Spokojnie. Bez szarpania, w sumie…nudno.
Ale na wkurzeniu przez cały dystans.
Na jeszcze większym, gdy zobaczyłam, że „p**” Białorusini (dwóch panów) gdy zobaczyli, że sami nic nie zdziałają, zawrócili się po Białorusinkę. I prowadzili ją we dwójkę do mety (jakieś 13 km).
Ja zmagałam się z wiatrem sama.
Tymczasem, gdy dobiegałam do mety usłyszałam, że oczywiście zwycięża Białorusinka!!! (a wygrywam tam trzeci raz i za każdym razem jest taka sama sytuacja. Czy oni maja jakiś kompleks, że Polka wygrywa, a nie zaproszone Panie z zza wschodniej granicy???). W końcu maraton musi mieć w nazwie „międzynarodowy”!!!
Jak ktoś chce sobie sprawdzić, kto z mężczyzn wygrał, i kiedy był zawieszony za doping to można poszperać.
Bez komentarza. Po raz kolejny. Ale włodarze się cieszą, gratulują i mają „półmaraton międzynarodowy”…
Na szczęście Pani nie miała ze mną szans.

Ogólnie ten start mnie przekonał, że 2:45 jest w zasięgu. Takie tempo jak dziś to pikuś…
Moje szczęście nie miało też granic, bo Maciuś zrobił życiówkę. Pchając wózek z Bartusiem. Chory.
No, teraz jestem spokojna o jego maraton;)

I tu kolejny komentarz… Dla co najmniej połowy zawodników brakowało wody na trasie! To żenujące.
Maciek miał w wózku kilka butelek i po prostu dzielił się z umierającymi na trasie – a interwencji medycznych było kilka. To skandal! Po raz kolejny na tym półmaratonie brakuje wody! A wiadomo, że statystycznie zawsze jest upał…
A punkty nawadniania tylko 3 – na 4, 10 i 14-tym km (choć miało być na 5,10 i 15)
Mało.
Naprawdę mało, szczególnie, że limit czasu to 3h.
Mnie wystarczyło, ale… widziałam, jak niektórzy wyglądali.

Miłe rzeczy:
Nagrodzono nas w kategorii biegająca rodzina;)
Fajne wieńce na głowę.
Szkoda, że zero kibiców na trasie, ruch w pełni (a nie jest miło być wyprzedzanym prze tira).
No, tym razem chyba naprawdę po raz ostatni…

PS.
Aj, w Pile miałam szanse na medal…
Z drugiej strony – pobyłam z rodziną i miałam dwa porządne starty: sobota – 10km (spokojnie, bez żadnego parcia na rekord) 36,20 i dziś półmaraton w 1:23:25 (oficjalnie 1:24;20).
Może jeszcze będzie szansa w tym roku na życiówkę w połówce. Stać mnie.

Pn, 20 czerwca 2011, 07:37 Mistrzostwa Świata w Słowenii

Obrazek

Po biegu. Maciuś ukończył: 7 godzin i 21 minut! To mój największy sukces…:)

Mistrzostwa Świata w maratonie górskim, Potrbdo 2011

Wyjazd do Słowenii i start w jednym z trudniejszych maratonów na świecie wydawał mi się szaleństwem. W końcu jednak dałam się namówić na występ – najbardziej kusiła perspektywa wystąpienia oficjalnie jako reprezentantki Polski. Nigdy nie miałam takiej szansy…(i zobaczymy, czy jeszcze się taka możliwość powtórzy…).
Szaleństwo! Szaleństwo… choć przecież udało mi się wywalczyć Mistyrzostwo Polski w biegach górskich na długim dystansie – ale na dwugodzinny wysiłek byłam przygotowana, na ponad dwa razy więcej…NIE…Aby przygotować się dobrze do półmaratonu nie trzeba dłuuugich godzin spędzać na bieganiu, aby jednak dobrze przebiec maraton…trzeba poświęcić znacznie więcej czasu. Aby przebiec górski maraton…

Wiedziałam, że w tym sezonie osiągnęłam już bardzo wiele – poprawa życiówki w półmaratonie o 4 minuty, poprawa na 5 i 10km. W planach miałam zakończenie sezonu pod koniec maja – start w MP miał być tym ostatnim przed roztrenowaniem. Tymczasem zakwalifikowałam się na MŚ…
Byłam zmęczona. Naprawdę wymęczona startami, pracą, szkołą (11 czerwca obroniłam się – podyplomowe studia marketingu sportu, SGH), Bartusiem (toć berbeć ma dopiero 14 miesięcy, wstaje przed szóstą rano, z oka go nie można spuścić…). Moje ostatnie starty nie były do końca udane (poza dyszką w GP, ale co tu porównywać…).
Zmęczenie, zmęczenie. Kilka razy miałam ochotę wycofać się, powiedzień „nie jadę, i tak wiele tam nie zawojuję”.
Ale przecież liczy się też doświadczenie, w życiu trzeba mierzyć się z coraz wyższymi przeszkodami.
Czasami trzeba zaryzykować…nawet, gdy rozsądek próbuje wziąć górę…

Chciałam poczuć atmosferę mistrzostw…

Z Warszawy wyjechaliśmy już w środę po pracy – remontowane bezmyślnie drogi nie pozwalały na komfortową jazdę. 7 godzin do granicy (350 km). Masakra… Tam nocleg w miłym hoteliku Zamek (przy samej granicy) i rano 800 km… też w 7 godzin. Cóż – Europa (mam nadzieję, że doczekamy się kiedyś takich tras…). Dojechaliśmy na miejsce przed czwartą – przywitał nas upał i rewelacyjne widoki. Hotel milutki – 5 gwiazdek, spa. WAKACJE.
Alpy Julijskie, a w tle te wyższe…
Bajka.
Słowenia jest przepiękna. Wokół góry, jeziora z krystalicznie czystą wodą (w takim kolorze, który sądziłam zarezerwowany jest tylko dla oceanu – przynajmniej ja, poza Meksykiem, nigdzie takiej barwy nie odnotowałam), ludzie uśmiechnięci (poza zawodnikami: od tych wieje grozą, patrzą spode łba, oceniają, szykują się do starcia – mogłabym opisać swoje atawistyczne skojarzenia, ale trochę nie mam czasu…).
My wakacjowaliśmy. Czułam się trochę nie na miejscu pośród tych profesjonalistów, ale…raz się żyje:)
Trzeba posmakować to życie- tak jak lokalne specjały (żal sobie odmawiać…i wcinać makaron…). Mnie do gustu szczególnie przypadł nielokalny, ale rewelacyjny rekin z grilla w bakłażanach z serem pleśniowym…MNIAM. A że ostatnio mam niesamowitą jazdę na ryby i krewetki to byłam przeszczęśliwa :)

Niestety już kolejnego dnia pogoda zaczęła się psuć. Było jeszcze ciepło, ale słońce zniknęło za chmurami. Przelotnie kropił deszcz. Postanowiliśmy poświęcić piątek na zwiedzanie.

Prognozy na sobotę nie były ciekawe…deszcz, do plus czterech na szczytach…ŹLE
Dodatkowo góry (piękne) nie nastrajały pozytywnie (WYSOKO! I śnieg na szczytach).

O 17-tej odbyła się ceremonia rozpoczęcia mistrzostw. Sztandary, przemówienia, zespoły ludowe. Takie patetyczne klimaty (nie moje). Poza tym ciężko czuć się komfortowo, gdy nie ma się stroju reprezentacji, a inne ekipy wyglądają PROFESJONALNIE i NARODOWO. My – ubrani…od czapy…
Niestety PZLA na dwa dni przed wyjazdem poinformowała, że trojów reprezentacyjnych nie dostaniemy… Problem PZLA? Sponsora? Czy może biegi górskie zaczęto traktować jako coś gorszego?
Gdybym miała więcej czasu przygotowałbym dla wszystkich stroje na własną rękę, przynajmniej koszulki wypadałoby mieć…
Obrazek

Zaczęło padać (dlatego o 21 byliśmy już w łóżkach – po tradycyjnym piwie: mają bardzo smaczne:).
O 5 rano śniadanie…
Jak się czułam?
Nie rewelacyjnie, ale również nie szczególnie źle. Trochę bolał mnie brzuch i kostka (natarłam ją żelem przeciwbólowym).
Śniadanie pożywne (za duże!). Niestety mój żołądek jeszcze się nie zaaklimatyzował (co ciekawe – po tym wyjeździe jestem o ponad kilogram cięższa…).

Na start wyjechaliśmy punktualnie o szóstej – godzina drogi autokarem (duszno, słabo mi było – na szczęście choroba lokomocyjna nie ujawniła się do końca).
Zaczęło mocno padać (a ja przyjechałam się opalać!!!).
Nie zrobiłam rozgrzewki (kryjąc się przed deszczem i kalkulując, że i tak się rozgrzeję…).

Start…
Nikt nie ruszył super szybko, raczej spokojnie. Nie wiem ile kobiet jest przede mną, ale nie ma to znaczenia. Wiem, że muszę złapać własne tempo.
Pierwsze zdziwienie po 0,5 km (organizator podawał na stronie 37,5km) – informacja, że do mety jeszcze 38 km… Hm…
Buty dobrze trzymają się ślizgiej nawierzchni. Z podziwem patrzę na Rosjanki w startówkach :orany: Zapłacą za to na zbiegach.
Moje buty – PUMA NIGHTFOX spisały się idealnie:) Są stworzone do biegów anglosaskich!

Pierwsze kilometry biegło się dobrze, ale nagle moje nogi zrobiły się niesamowicie ciężkie. Lewe udo odmówiło posłuszeństwa. Stawałam się z każdym metrem coraz cięższa i cięższa. Rywalki przeszły do marszu – ja też musiałam, ale to moja pięta achillesowa. Nie zdążyłam jeszcze nauczyć się podchodzenia. Szło mi to bardzo „pod górkę”. W Polsce góry pozwalały na to, by biec do końca…
…tu potrzebna była umiejętność podchodzenia.
TO DO NEXT YEAR

Minęła mnie Ania Celińska i Antonina Rychter – pozostałe Polski biorące udział w wyścigu. A ja byłam bezradna. Chciałam się wycofać…by nie przybiec na końcu, by nie złapać kontuzji, by nie umierać dłużej… Na szczęście kilka słów wsparcia, by powalczyć też dla drużyny…POMOGŁO.
Dotrwałam do pierwszego zbiegu.
I w tym miejscu mogłam rozwinąć skrzydła.
Zbieganie to mój największy atut. Wyprzedziłam kilka dziewczyn (nawet Rosjanki w startówkach, które wydawało się, że odbiegły na tysiące kilometrów).
Niestety po zbiegu trochę płaskiego i masakryczny podbieg.
W tym miejscu mogę przyznać się, że skończył się dla mnie bieg, a zaczęło „doczłapywanie”.
Postanowiłam potraktować drugą (morderczą) część trasy jako spacer po górach. Przy okazji zgubiłam buta po którego musiałam się wracać, wzywałam pomoc dla faceta, który na moich oczach skręcił sobie nogę (dokładnie nie wiem co mu się stało, ale wyglądało dramatycznie). I człapałam. Z bólem, ale… na szczycie ukazał mi się taki widok… że WARTO:) Gdybym biegła i walczyła, nigdy nie zwróciłabym uwagi na to, co mijam po drodze. A tak? Miałam czas i okazję popodziwiać. Oczywiście wolałabym biec… Ale nie było sensu ryzykować kontuzji (a zmęczone mięśnie łatwo ulegają), bo 15 czy 25 pozycja – to już bez znaczenia.

Wnioski: bardzo dużo pracy przede mną, ALE czołówka światowa jest w zasięgu – przez pierwszą część dotrzymywałam im kroku, a nie było to super zabijające tempo (spodziewałam się, że najlepsze dziweczyny leciutko i szybciutko przegonią całą resztę już na początku).
Wnioski dodatkowe – jestem dobra w zbieganiu i nie męczy to mojego organizmu. Właściwie na pierwszym zbiegu wyprzedziłam 6 czy 7 kobiet pomimo, że czułam się okropnie. Mnie zbieganie po prostu nie boli. Natomiast podchodzenie…NIE UMIEM:(
Jeszcze…

Mistrzostwa Świata w Maratonie Górskim…
Cóż…ukończyłam i nie zrobiłam sobie krzywdy…21 z kobiet 1:20:13 (na pierwszym szczycie, po ok.10km) 2:29:25 (na dole po 23 km) 4:04:29 (na drugim szczycie na 30 km) 4:47:21 (na mecie – 38,5 km)
Zajęłyśmy 4-te miejsce drużynowo i niewiele zabrakło nam do medalu brązowego.
Najlepiej spisała się Ania Celińska – 6-ta na mecie!
Antonina był 18-ta z czasem o kilka minut lepszym ode mnie.

Czy traktować ten start jako porażkę ,czy jednak pewien sukces?
Na pewno była to mocna lekcja – charakteru, gór, możliwości.
Jestem teraz bardziej zmotywowana do treningu i wiem, że przy każdej okazji będę uciekać w góry. Bo „w górach jest wszystko, co kocham. I wszystkie wiersze są w bukach…” jak śpiewał poeta;)