MARATON MAZURY – JAK MIŁO WYGRAĆ MARATON :)

MARATON MAZURY, czyli uroki polskich pól i lasów … i o tym, jak miło wygrać maraton 🙂

23 czerwca 2012 roku w Gałkowie odbyła się pierwsza edycja Maratonu Mazury. Bieg zaczął być promowany dość późno, a ja w ogóle nie zakładałam letniego startu na tak długim dystansie. Kiedy jednak przedłużająca się choroba i kuracja antybiotykowa, spowodowały kompletną utratę szybkości, pomyślałam, że przecież nic nie ryzykuję. Długie wybieganie bardzo mi się przyda. A długie wybieganie w pięknych okolicznościach przyrody… to strzał w dziesiątkę. Na listę startową zapisałam się 4 dni przed biegiem. Wtedy też zapadła decyzja, że tygodniowy urlop spędzimy właśnie na Mazurach.

Nie za bardzo wiedziałam czego spodziewać się po tym biegu – profil trasy nie był znany, podano jedynie informację, że większa część dystansu prowadzić będzie po drogach leśnych i szutrowych. Szkoda, że nie 100%, ale dobre i tyle – myślałam. Nie wiedziałam też, jak wypadnie ten debiut organizacyjny, bądź co bądź, debiut osoby niebiegającej. Karolina Ferenstein-Kraśko – organizatorka i pomysłodawczyni biegu, to „tylko” żona biegacza (i to ostatnio takiego od święta), a jej pasją są konie.

Start biegu zaplanowany został na 8.30, czyli baaardzo wcześnie. Razem z Edytą, moją biegową podopieczną, wyruszałyśmy z Giżycka, także pobudka była koło piątej. Jakże jednak różni się zimowa piąta rano, od tej letniejLaughing Pogoda przywitała nas przepiękna – słoneczne niebo, cieplutko (w głowie kołatały się pytania, jak cieplutko będzie po trzydziestym kilometrze…). Do Gałkowa dotarłyśmy godzinę przed startem, szybko i sprawnie załatwiłyśmy formalności. Pozostało trochę czasu na krótkie zwiedzanie okolicy, przebiórkę i nawodnienie się. Właściwie nie byłam w żadne specjalny sposób przygotowana do tego biegu – ani psychicznie, ani treningowo, a i kwestia diety pozostawiała wiele do życzenia (3 wieczorne piwa nad jeziorem niekoniecznie świadczą o profesjonalnym podejściu). Oczywiście śniadania nie jadłam, bo wzorem Kenijczyków przed biegiem wolę nie ryzykować. Płynna porcja Vitargo to jednak wystarczająca dawka węglowodanów. Żeli nie zdążyłam kupić. Ale przecież to tylko trening…

Na bieg zjechało się wielu znajomych, przez chwilę miałam wrażenie, że impreza odbywa się w Warszawie… Jeżeli chodzi o konkurencję w kategorii kobiet to założyłam, że wygra Renata Kalińska, a ja spokojnie pobiegnę po srebro. I rzeczywiście zaczęłam wolno – pierwszy kilometr 4,20. Trochę zdziwiłam się, że Renia zaczęła równie wolno, ale wtedy też pomyślałam, że bardzo chciałabym wygrać maraton. Wygrałam już wiele biegów, ale tego maratońskiego brakowało… Miło byłoby wygrać maraton po raz pierwszy… Nawet taki nieduży… przecież od czegoś trzeba zacząć;)

Foto: Wasyl  (Grzegorz Grabowski)

Uczciwie muszę przyznać, że żadnego biegu w życiu nie biegło mi się tak FAJNIE. I to słowo „fajnie” – doskonale odnosi się do tego biegu, gdzie nie silono się na atest, na stworzenie mega-super-szybkiej trasy. Trasa była wymagająca – przepięknie i urokliwe ścieżki prowadziły po mazurskich lasach i polach,  zbiegi i podbiegi wymagały przygotowania siłowego, a nieustanna zmiana podłoża nie ułatwiała sprawy. Od połowy dystansu (dzięki dla Bartka prowadzącego BBL w Wydminach za towarzystwo) zaczęłam konsekwentne wyprzedzanie kolejnych zawodników. Udało mi się pokonać znanego z Gazety Wyborczej oraz warszawskiego podwórka biegowego Szkieleta, zostawiłam w tyle Bogdana Barewskiego (którego kariera maratońska jest niezwykle barwna i zahacza o wiele biegów „marzeń”).Wyprzedziłam jeszcze kilka osób… A właściwie „wyprzedziliśmy”, bo z Bartkiem dotrwaliśmy do końca.

Czy można przegadać maraton? TAK. Gdy biegnie się w miłym towarzystwie, biegnie się dobrze, a pogoda jest idealna (było gorąco, ale las dawał wytchnienie, a bieg rozpoczął się wcześnie). Sądzę, że Maraton Mazury to jeden z tych biegów, na które popyt będzie rósł. Ileż bowiem można biegać po asfalcie? Tymczasem crossowe trasy są przede wszystkim zdrowsze, ciekawsze, no i dostarczają innych wyzwań niż biegi uliczne. Tu liczy się również przygotowanie siłowe, umiejętność zmiany tempa. Liczy się otaczająca przyroda. Energii dodają wszystkie te bodźce, z którymi w betonowych miastach nie mamy szansy obcować. Chciałoby się napisać – cud natury…

Ten maraton dał mi niesamowitego kopa energetycznego, pozwolił znowu myśleć pozytywnie (nie tylko o bieganiu). Te wszystkie uśmiechnięte twarze, nawet u tych, którym nie do końca udało się pobiec tak, jak chcieli. Niezwykle przyjacielska, piknikowa atmosfera. A że były niedociągnięcia… Prawie zawsze są, a malkontenci znajdą się na pewno, przy okazji każdej imprezy. Ja w każdym bądź razie trzymam kciuki za kolejną edycję. I polecam Laughing Mam też nadzieję, że ten bieg nie stanie się nigdy wielkim komercyjnym przedsięwzięciem. Że pozostanie jedną z imprez, które pozwalają na kameralność, integrację, na przyjacielskość. Niestety era takich imprez powoli odchodzi. Niestety… choć oczywiście jestem za tym, by jak najwięcej osób biegało. Ale coś za coś…

Dodam jeszcze, że przy okazji maratonu rozegrany został bieg na 10 km. Wzięło w nim udział wiele gwiazd znanych z telewizyjnych ekranów. Kinga Rusin pokazała, że nie boi się biegać i obiecała, że następnym razem spróbuje swoich sił w maratonie

 

Dominika Stelmach, Maraton Mazury 2;55:59, 1 miejsce wśród kobiet, 8-me open.

Tekst ukazał się na bardzo sympatycznym portalu emocjonalia.pl

Dodaj komentarz