Archiwa kategorii: BLOGOWANIE

TUT – ultra w wersji light? POLECAM

Trójmiesjki Ultra Track – edycja zimowa 13.02.2016 – bieg, który chciałabym polecić wszystkim, którzy pragną rozpocząć swoją przygodę z biegami ultra oraz tym, którzy lubią SZYBKO i DŁUGO biegać! Nie ma tam bardzo stromych podbiegów (poza ostatnimi 5km!!!), choć płaskiego też nie uświadczysz. Łagodne góra-dół na przestrzeni 65 km.

Bieg kameralny (jak ja kocham takie biegi!!!), stworzony przez ludzi z pasją. Nie ma komercji, brak „wypasu” – nawet kubeczek trzeba nieść ze sobą w plecaku, śmieci zbierać do kieszeni, a punkty odżywcze są tylko 3. CUDNIE. W końcu mówimy o ultra.

Miałam napisać więcej o moich perypetiach na TUT, ale zmieszczę się w kilku zdaniach. Wystarczy 🙂

Po biegu zadzwoniłam do męża z pretensjami „miałeś czekać na mecie! czemu Cię nie ma???”

Mąż: „Miałaś dobiec godzinę później. Która byłaś? Wygrałaś?”

Ja: „Druga…”

Mąż: „Jak to?”

Ja: „Druga OPEN… super szybki Litwin Gediminas dobiegł pierwszy;)”

IMG_0792

12743594_1749642165270934_6914879631399350963_n FullSizeRender (4)FullSizeRender (2)

 

Podsumowanie dobrego 2015 – nowe wyzwania na 2016!

Udany rok. Tak w skrócie mogę podsumować ostatnie 12 miesięcy.

Po bardzo ciężkim dla mnie 2014, kiedy to przez 8 miesięcy zmagałam się z kontuzją, przechodziłam ciężki okres w pracy, a dzieci dodawały swoje pięć groszy, nie miałam wielkich planów na 2015.

Bałam się zaplanować sobie trening, wiedząc, że kontuzje mogą się odnowić. Postanowiłam zatem skupić się na rozbieganiach i gimnastyce siłowej. Potem dodałam jeszcze spinning (intensywna jazda z „biegami” na rowerze stacjonarnym). Forma rosła bardzo powoli. Ale nie czułam presji, szybko zrezygnowałam z planów maratońskich, wiedząc, że muszę odbudować bazę, by potem na tym, co wytrenuję poprzez spokojne treningi, budować formę na poważne starty w 2016.

Jako docelową imprezę wybrałam Wings For Life. Dlaczego? Wiedziałam, że nie będzie tam presji wyniku, na pewno czeka mnie fajna zabawa, a cel jest poważny. http://www.wingsforlifeworldrun.com/pl/pl/o-biegu/o-biegu/11182023_891430357585668_2692852315661139676_n

Udało się zwyciężyć! Pomimo perturbacji żołądkowych, ciągłego schodzenia z trasy… Ta wygrana dodała mi skrzydeł. Wtedy postanowiłam (sobie, nie chwaląc się tym za bardzo), że zostanę ultraską. Przebiegnę 100 km po górach i po płaskim.

Wzięłąm się do pracy. Niestety wychowując dwójkę przedszkolaków i pracując na pełen etat, nie da się biegać tak, jak by się chciało. Muszę układać trening dostosowując go do możliwości czasowych. Wynika z tego, że większość tygodniowej aktywności przypada na weekend. W każdą sobotę i niedzielę starałam się biegać 90-100 minut i tyle samo czasu spędzić na rowerku spinningowym. Dodając do tego ćwiczenia ogólnorozwojowe miałam po 4 godziny zajęć sportowych w sobotę, a w niedzielę była powtórka;) Pozostałe dni przeznaczałam na regeneracyjne biegi od 5 do 14km. Najczęściej rano, przed pracą (zanim dzieci wstały, choć to nie łatwe, bo moje milusińskie lubią być wcześnie na nogach). Do tego doszły starty kontrolne (TUT w lipcu – 64 km cross w Trójmieście, Spartan Race i Bieg na Wielką Sowę) oraz 2 tygodnie wakacji w górach. Stacjonowaliśmy w Lądku Zdroju – a ja biegałam na nakładającym się zmęczeniu od 16 do nawet 52 km.

11 września wystarowałam w Mistrzostwach Polskiw Ultramaratonie (100km po b7d11górach w ramach Festiwalu Biegowego). Na start dotarłam bezpośrednio po wyjeździe integracyjnym, co nie ułatwiało sprawy. Mimo to udało się zdobyć srebro (gubiąc się po drodze i biegnąc bez czołówki). Ale tylu endorfin nie b7d9doświadczyłam już dawno! To były fantastyczne zawody oraz kolejne doświadczenie. Cenne doświadczenie.

 

Następnie bez problemów już wygrałam Ultramaraton Karkonoski. Zdecydowałam się też zaatakować uliczną setkę. 100 kilometrów po asfalcie to zupełnie inne bieganie niż to, czego do tej pory zaznałam. Należałoby utrzymywać w miarę stałe tempo przez cały dystans. Mnie udało się to tylko do 7o km. Potem „doczłapałam” do mety, bijąc rekord Polski i osiągając czas 8:01. Wspomnę tylko, że biegłam ze złamanym żebrem – po niefortunnym upadku na 5km (nadziałam się na metalowy pachołek).

W listopadzie leczyłam żebro, a wgrudniu przystąpiłam do mocnego treningu. 470km w miesiącu to mój rekord;) Do tego kilka godzin gimnastyki i spinning).fotAdrianKrawczyk_039_IMG_6532

W 2016 chciałabym….

 

 

Zwycięstwo w Wings For Live… nie takie oczywiste

Wygrałam.

Tak wygrałam. Biegłam prawie 3h i 8 minut, prawie maraton. Prawie… a tak naprawdę ponad 43 km… do tego ładnych kilka minut spędzonych w toytoy’kach i przydrożnych lasach. Krępujące, ale prawdziwe. Poniżej historia mojej walki ze sobą, z upałem, a przede wszystkim z żołądkiem. Nie będzie to opis piękngo sukcesu… jakby to wynikało ze zdjęcia…

csm_GF2R9798_kopiuj_11ffd6fa9a

Do Poznania przyjechaliśmy już w czwartek. Tylko ja z mężem, bo nasz starszy syn, którego chcieliśmy zabrać, w ostatnim momencie stwierdził, że zostaje z babcią. Babcia nie do końca się ucieszyła, ale wnukowi odmówić nie mogła…

Spaliśmy nad jeziorem Strzeszyn, w najładniejszej (moim zdaniem) części Poznania. Biegaliśmy , spacerowaliśmy, graliśmy w golfa, piliśmy piwo i jedliśmy. Niestety… Nie to, żebym jedzenie uważała za coś niefajnego, ale niestety zbytnie pofolgowanie sobie przed biegiem przypłaciłam podczas wyścigu. Krewetki i ryba z grilla z tajemniczym sosem nie należą do bezpiecznego menu.

W dzień biegu przywitał nas śpiew ptaków i piękne słońce, chyba za piękne bo temperatura rosła z każdą godziną. Mimo to, byłam dobrej myśli, sądziłam, że 45km na pewno pokonam, a i 50 jest na pewno w zasięgu.

Start był z Malty, na którą przybyliśmy niewiele przed wystrzałem. Byłam dobrej myśli. Zaczęłam spokojnie, rozsądnie – 4,20, 4,15 min/km. To dla mnie komfortowe tempo, tak biegałam na treningach 25-30km. Biegło się rewelacyjnie.worldrun1

Dość szybko dogoniłam moich warszawskich kolegów (i nie tylko) i doś liczną grupą w wesołych nastrojach pokonywaliśmy kolejne kilometry. Nie skłamię pisząc, że biegło mi się rewelacyjnie. Niestety od 10-tego kilometra czułam, że coś nie tak dzieje się w moim żołądku. Coś bardzo nie tak. Mimo to kontynuowałam komfortowy bieg. Na 21 km mieliśmy czas 1,30 – czyli wszystko przebiegało perfekcyjnie… aż do 26 kilometra. Wtedy nagle pognałam do pobliskiego lasu. Bez szczegółów.

11092097_862861707116921_7889654818479213930_n

To był pierwszy z niezaplanowanych przystanków. Potem było jeszcze 6 kolejnych, a mimo to nie poddawałam się. Za każdym razem udawało mi się powrócić na trasę i utrzymywać założoną prędkość. Byłam strasznie zawstydzona zaistniałą sytuacją, ale co mogłam zrobić? Zejście z trasy nie wchodziło w grę! To był przecież mój dzień, byłam na czele!

Wings_for_Life_World_Run_Dominika_Stelmach_fot___ukasz_Nazdraczew__7_

Ostatecznie meta minęła mnie na 41km 850m, zajęło mi to prawie 3h i 8 minut. Dałam radę. Dałam radę! Niedosyt pozostał, ale… dałam z siebie naprawdę wszystko. W autobusie zasłabłam, także podłączono mnie pod kroplówkę i przetransportowano karetką na start. Tam doratowano mnie do końca i mogłam celebrować zwycięstwo. To była walka do końca.

Dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie na trasie, ratownikom i mojemu mężowi.

11182023_891430357585668_2692852315661139676_n

 

http://tvnmeteo.tvn24.pl/wideo/zwyciezcy-polskiej-edycji-biegu-wings-for-life-w-studio-active,1,1,1419491.html

w bieganiu liczy się satysfakcja – z dedykacją dla kobiet

 

Nie znoszę pytań „czemu biegam?”, „co mnie motywuje?”. Biegam, bo nie potrafię inaczej żyć. Jestem uzależniona od wysiłku fizycznego, od endorfin, które po biegu sprawiają, że banan przez dłuższy czas nie schodzi mi z twarzy. A gdy nie mogę biegać, czegoś brakuje, czegoś bardzo istotnego – i zaburzona zostaje równowaga.

Bieganie daje niesamowitą satysfakcję na wielu poziomach. Każdy może czerpać z tej aktywności inne korzyści.  Niezwykłe jet to, że tak wiele osób, które przez lata wzbraniały się przed wysiłkiem fizycznym, a już przed joggingiem w szczególności, nagle odkrywa, że bieganie jest przyjemne. To nie pot i łzy (oczywiście w tym wydaniu też może występować). To PRZYJEMNOŚĆ.

Jak cudownie jest wyglądać fit, czuć się dobrze we własnej skórze, wiedzieć że jest się sprawnym 🙂

Jak wspaniale być kobietą-biegaczką! I nie chodzi tylko o kolejny powód, by w szafie mieć kilka ciuchów więcej;) Gdy biegnę, wiem że jestem silna, poradzę sobie z tym wszystkim, co przed bieganiem wydawało się trudne.

_Q6C9390-Edit

Bieganie jest piękne ! Z okazji DNIA KOBIET życzę wszystkim paniom, by miały okazję to piękno odkryć 🙂

_Q6C9394-Edit

2015 rok – od początku…

 

Rok 2014 był dla mnie bardzo ciężki. Od maja walczyłam z kontuzją achillesa (o czym już wkrótce napiszę, obiecuję! – I mam nadzieję pomogę innym zmagającym się z tym problemem). W połowie listopada zaczęłam truchtać, ale w grudniu niefortunnie skręciłam kostkę oraz naderwałam więzadła. Na szczęście szybka rehabilitacja i fachowa pomoc (fizjoperfekt.pl) umożliwiła mi powrót do biegania juz po 2! tygodniach (choć lekarz znanego centrum medycznego chciał mi wkładać nogę na 3 tygodnie w gips… nie słuchajcie ortopedów!, którzy o sporcie nie mają pojęcia. Medycyna sportowa jest w tej chwili tak zaawansowana, że pozwala niezwykle zminimalizować czas wychodzenia z kontuzji. Trzeba tylko wiedzieć do jakiego lekarza, czy fizjoterapeuty się udać. Osobiście polecam w Warszawie Szczapana Figata, Michała Dachowskiego, a w Poznaniu Marszałka. W Łodzi oczywiście dr Domżalski – the best!)

fotAdrianKrawczyk_025_IMG_6475

Okres, gdy nie mogłam biegać dłużył się, ale musiałam „polubić się” z innymi formami aktywności. Przeznaczyłam ten czas na ćwiczenia wzmacniające, core stability, rozciąganie. Nie czułam endorfin towarzyszących bieganiu, ale udało się przetrwać… wytrwać w „niebieganiu” – bo to najważniejsze w leczeniu kontuzji. Teraz, aż mnie serce boli, jak widzę jak inni lekceważą zalecenia rehabilitacyjne, a potem męczą się kolejne tygodnie. Nie tędy droga. Trzeba się wyleczyć do końca.

Biegać zaczęłam 28 grudnia. Pierwszego dnia były to 3 km – ledwo dałam radę…! Z dnia na dzień udawało się jednak dokładać dystans i w Biegu Sylwestrowym zaskoczyłam samą siebie! Biegłam bez zegarka…

sylwester

Od stycznia trenuję, to znaczy buduję bazę. Po 7 tygodniach mogę uznać, że zakończyłam ten etap.

  1. tydzień – 90,0 km
  2. tydzień – 79,9 km
  3. tydzień – 75,4 km (start na 5km – 18,39)
  4. tydzień – 75,1 km
  5. tydzień – 91,4 km
  6. tydzień – 67,7 km
  7. tydzień – 90,9 km (start na 10km w lesie – 38,08 z upadkiem)

Dodatkowo 1-2 razy w tygodniu chodzę na spinning (stacjonarne przygotowania do tri…). Po każdym treningu krótkie core stability, rolowanie. 2 razy w tygodniu sauna. Raz yoga.

Połowę kilometrów przebiegam w weekend, w ciągu tygodnia nie mam za wiele czasu. Standardowy schemat:

  • – sobota/ niedziela 24 + 16 km
  • – poniedziałek-piątek – 4  treningi 8-12 km

Trzymajcie kciuki!

Zaczynamy trening 2014… i wierzę, że jesień będzie moja

Niestety początek roku nie ułożył się dla mnie pomyślnie. Najpierw kontuzja, potem choroba. Zatem zaczynam od zera, a nawet od poziomu minusowego – po 10 dniach antybiotykoterapi.

Teraz muszę być szczególnie ostrożna. Mój organizm jest osłabiony, do pełni zdrowia wiele brakuje (uroki posiadania małych dzieci – one chorują dwa-trzy dni, a my-mamy nie możemy dać wirusom rady:( ) Niestety zaatakowało mnie kilka paskudztw, do tego doszło zapalenie zatok i problemy żołądkowe. Masakra… delikatnie mówiąc (bo kilka dni temu chciałam umierać…).

Dzisiaj 7 km, tempo 5,07 min/km. Ciężko. Ale biegłam! I to wcale nie tak wolno, jak mi się wydawało.

 

Matka Polka biegająca

Matka Polka biegająca

Matka Polka biegająca

Matka Polka biegająca

Są Matki Polki feministki, są i te biegające. I jedne i drugie potrafią wzbudzać kontrowersje. W naszym oceniającym (czytaj: komentującym i zawsze lepiej wiedzącym) społeczeństwie nikt nie ma łatwo;) Ale w moim przekonaniu  młode mamy mają szczególnie przechlapane. Po pierwsze dlatego, że urodziły dziecko i nie zachowują się tak jak powinny. Zapytacie jak? No właśnie… Jak za bardzo przejmują się dzieckiem, dezynfekują każdy przedmiot, starannie ważą i mierzą każdą porcję jedzenia przygotowywaną dla dziecka – to są nadgorliwe. Gdy pozwalają maleństwu samemu decydować, zgodnie z hasłem, że brudne dzieci to szczęśliwe dzieci, – to pewnie nic je maluch nie obchodzi. Gdy wracają szybko do pracy – to są wyrodne. Gdy siedzą na macierzyńskim – to wykorzystują innych podatników, a najbardziej pracodawcę. Gdy kupują wszystko nowiusieńkie, ubierają dzieciaka zgodnie z najnowszymi trendami – to są snobkami i pozerkami. Gdy zbierają rzeczy od rodziny i znajomych – to może są za mało zaradne na to, żeby mieć dzieci. Etc…

Gdy biegają…

To może nikt im tego wprost nie powie, ale za plecami słychać, że bieganie/sport jest dla nich ważniejszy od dziecka. No pewnie, w końcu 23 h vs 1h to… ale zostawmy cyferki. W normalnej rodzinie dziecko ma mamę i tatę. Tatusia nie zabije kilkadziesiąt minut spędzone z maluchem, nawet gdy mowa o noworodku. Gdy dziecko ma więcej niż 6 miesięcy tatuś może z korzyścią dla całej rodziny zabierać na bieganie latorośl w babyjoggerze. Oczywiście mama też może, ale jakoś tatusiom z wózkiem bardziej do twarzy;)

Sytuacja komplikuje się przy dwójce, czy większej liczbie dzieci. Ale i to logistycznie jest do przeskoczenia, tylko cała rodzina musi zrozumieć, że bieganie jest ważne. Ba, jest bardzo ważne. W żadnym wypadku nie ważniejsze od dziecka, ale działa jak dobra psychoterapia. Wzmacnia psychicznie. Pozwala naładować akumulatory na bezsenne noce (wiem, co piszę – od 9 miesięcy nie przespałam całej nocy!). Pozwala na chwilę samotności, na chwilę dla siebie. Nie zastąpi tego kosmetyczka czy fryzjer.

Szczęśliwa mama to biegająca mama – taka teza byłaby zbyt brawurowa. Ale zaryzykuje stwierdzenie, że biegająca mama to szczęśliwa mama. To uśmiechnięta, cierpliwa mama. To silna kobieta.

Biegajcie zatem drogie mamy, w żadnym przypadku nie czując z tego powodu wyrzutów sumienia. Macie być wzorem dla dzieci, macie dla nich być zadowolone i pełne energii. Jak do tego dodamy poprawę sylwetki, wolniejsze starzenie się… to i oszczędności znajdą się w koszyczku korzyści.

 

A gdy dzieci są już trochę starsze to biegajcie razem z nimi. Może wychowacie przyszłego Mistrza Olimpijskiego, albo przynajmniej zdrowego, normalnego człowieka. A o to w dzisiejszym świecie technologii cyfrowych ciężko… zatem zmykam od komputera boksować ze starszym, siłować się z młodszym 😀

mk11

Mama 3 miesięcznego Malca sprawdza się w Maratonie Karkonoskim

Wyzwanie było niemałe. Maraton Karkonoski, czyli 44 km (ostatecznie skrócone do 42 wg. Garmina) w 3 miesiące po urodzeniu drugiego dziecka. Wyzwanie dla ciała, ducha i sprawdzian umiejętności logistycznych (całej rodziny)… ale po kolei.

Jakoś tak w siódmym miesiącu ciąży, gdy najdłuższa zima mojego życia zdawała się nie mieć końca, przeczytałam „niusa” o kończących się zapisach na sierpniowy Maraton Karkonoski. Jak mi się marzył ten bieg! Nie biegałam już od stycznia, brzuch był coraz większy, ale gdzieś z tyłu głowy czaiło się pragnienie i myśl, że może uda się przygotować, choć tyle, by ukończyć. Przecież to jedyna szansa, by w Polsce wystartować w Mistrzostwach Świata (bo taką rangę miał tegoroczny Maraton Karkonoski). Zapisałam się. Ze świadomością, że prawdopodobnie jednak nie uda się pojawić w Szklarskiej.

Liczyłam na to, że urodzę „planowo” – w połowie kwietnia, ale Kacper kazał na siebie czekać do końca miesiąca. Poród był ciężki i długi, lecz mimo to szybko zaczęłam wracać do siebie. Już tydzień po porodzie wybrałam się na pierwszą przebieżkę. Nie wyobrażałam sobie, że za niecałe 3 miesiące będę w stanie pokonać maraton. Maraton górski??? To przecież jeszcze większe wyzwanie.

Dopiero, gdy w lipcu wybraliśmy się na 3 tygodniowy urlop do Wysowej (nasza ukochana miejscowość w Beskidzie Niskim) i udało mi sie pokonać ponad 400 km zaczęłam układać plan wyprawy w Karkonosze. Wiedziałam, że do pełnego przygotowania dużo jeszcze brakuje, że ciążą dwa nadprogramowe kilogramy (doskwiera przede wszystkim brzuch), że nie mam szybkości, że ciężko marzyć o jakimkolwiek dobrym wyniku. Ale ukończyć? Jestem w stanie.

Tydzień przed maratonem wystartowałam w Biegu Powstania Warszawskiego – czas 40,58 na dychę nie nastrajał mnie optymistycznie, ale warunki były trudne, za szybko zaczęłam. „Może zatem jakoś to będzie?”. Jeszcze tylko trzeba było przekonać rodzinę i wszystko dobrze zaplanować… W pewnym momencie śmieliśmy się z mężem, że na Śnieżce zrobię sobie przerwę na karmienie Kacperka;)

Ostatecznie starszy syn został odtransportowany do dziadków do Łodzi, a ja z Kacprem i mężem udaliśmy się w czwartek do Szklarskiej. Tam kochana Edzia (uczestnicząca w obozie bieganie.pl) obiecała pomóc Maćkowi w piastowaniu Malucha. Dzięki wielkie!! Bez Ciebie nie zdecydowałabym się pobiec (i nie chodzi o to, że nie ufam mężowi, ale jednak 5-6 godzin z 3 miesięcznym Szkrabem przerosłoby go;). Nocowaliśmy w hotelu Kryształ, ale pierwszy wieczór spędziliśmy w Bornicie (spotykając wielu znajomych:)))- jeszcze raz pozdrawiam). Przypomniał się zeszłoroczny obóz (spędzony bez dzieci – ach, kiedy będzie kolejna taka możliwość? raczej nieprędko;).

Dzień przed biegiem niestety zdecydowałam się na konsumpcję Vitargo i dopadły mnie problemy żołądkowe. Dość poważne, aż zaczęłam obawiać się o start. Ledwo dotarłam na ceremonię rozpoczęcia Mistrzostw Świata. Tak się złożyło, że dostałam się do Reprezentacji Polski (co w sumie było dość stresujące, bo „musiałam” dobiec jako 4 Polka do mety, inaczej moja obecnośc w kadrze okazałaby się nietrafiona).

maraton karkonoski

Rano w dzień startu nastawiłam budzik na piątą – musiałam coś zjeść. Niestety z „rozwalonym” żołądkiem wybór był ograniczony. Żadne syntetyczne specyfiki nie wchodziły w grę. Skończyło się na bułce z miodem i suszonych bananach. Plus woda, dużo wody (temperatura już o świcie przekraczała 20 stopni, na południe prognozowano 37; w pełnym słońcu!). Bałam się cholernie odwodnienia (mój organizm jeszcze nie był w stanie dobrze radzić sobie z termoregulacją, gospodarka wodna przez karmienie była zaburzona). Po raz pierwszy w życiu zdecydowałm się biec z pasem na wodę. To oczywiście dodatkowy balast, ale „wycieczka w góry” coraz bardziej jawiła mi się jako sztuka przetrwania.

maraton karkonoski

Przed startem spotkałam wielu znajomych, choć nie wszystkich udało się odszukać. Zrezygnowałam z rozgrzewki, wychodząc z założenia, że wbieg na Szrenicę (6,5 km) będzie wystarczająco „rozgrzewający”. Wiedziałam, że muszę zacząć bardzo spokojnie, bo tak naprawdę walka zacznie się na górze. Postanowiłam trzymać się Magdy Łączak. Tak też zrobiłam i przyznam, że podbieg okazał się całkiem przyjemny. Potem jednak, jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy Magda dołożyła mi chyba ze dwie minuty na zbiegu. Mnie! która przed ciążą uważała się za mistrzynie zbiegania. Ale nie tym razem… nie dawałam sobie rady z drgającymi kamieniami. O dziwo, doskonale radziłam sobie z podbiegami. Mniej więcej na 14-15 km wyprzedziłam Magdę i na połówce miałam nad nią całkiem sporą przewagę. A biegłam spokojnie, korzystając z każdej możliwości napicia się wody. Zaryzykowałam też żel energetyczny (niestety! bo brzuch szybko dał się we znaki i nie było już tak fajnie). Brzuch, odwodnienie, pełne słońce i zmęczenie powoli dawały się we znaki. Przewróciłam się raz i drugi. Ale dobiero trzeci upadek na zbiegu okazał się groźny. Upadłam dość spektakularnie, koziołkując po kamieniach. I leżałam… nie wiedziałam, czy coś mi jest, ale cholernie nie chciało mi się wstawać. Ale ktoś mi pomógł. I pobiegłam dalej. Krwawiłam, bolało kolano. Na szczęście punkt odświeżania był blisko. Pozdzierałam sobie skórę z łokci, kolan, ud i… piersi. No, cóż.

maraton karkonoski

(zdjęcie wykonane dziś, 2 dni po biegu – goi się :):)

Wyglądam jak dziewczynka po nauce jazdy na wrotkach. Na szczęście obrażenia okazały się tylko powierzchowne (choć sińce, które wyszły na jaw następnego dnia mogłyby wskazywać na poważną rodzinną utarczkę;)

Upadek zaliczyłam ok. 12 km przed metą. Od tamtej pory zablokowałam się psychicznie i zbiegi nie szły mi już w ogóle. To znaczy SZŁY… z bieganiem było gorzej. Na koniec nie miałam już ochoty ani zbiegać, ani wbiegać. Słońce paliło rany, miałam dość. Około 2 kilometrów przed finiszem wyprzedziła mnie Magda. Nie podjęłam walki. Brzuch bolał, ciało bolało – chciałam już skończyć. Po prostu skończyć. Ostatecznie dobiegłam na 101 miejscu, 25 z kobiet, 4 z Polek. Startowało ponad 600 osób.

maraton karkonoski

Nie był to szczyt moich aktualnych możliwości, straciłam ok. 10 minut. Z drugiej strony, nie upadłabym, gdybym była w formie. Zabrakło dobrego balansu ciała, pewności siebie. Jednym słowem – czas na trening. A wyzwanie? Ogólnie zakończyło się sukcesem. Dobiegłam, jestem cała. Czas 4,30 nie powala, ale niejedna osoba w płaskim maratnie chciałaby taki wynik osiągnąć. Do czołówki zabrakło baaardzo dużo, ale wiedziałam, że tak będzie. A walczyłam sama ze sobą. Bo młoda mama też może przebiec maraton 🙂 jeżeli tylko ma takie marzenie. Chcieć to móc.

maraton karkonoski

maraton karkonoski

Aktywność fizyczna w połogu

***wskazówki w poniższym tekście skierowane są dla kobiet, które przed ciążą biegały, nie miały problemu z przebyciem dystansu półmaratońskiego.

Aktywność fizyczna w połogu

Ktoś mądry zapewne określił, że połóg (okres po ciąży i porodzie, w którym anatomiczne, morfologiczne i czynnościowe zmiany ciążowe stopniowo ustępują, a ustrój wraca do stanu sprzed ciąży) trwa 6 tygodni. Najpewniej u jednej kobiety 6, u innej 4 albo 8. Będę się jednak trzymać tych książkowych 6 tygodni.

Przez pierwsze dwie doby kobieta pozostaje w szpitalu i doświadcza różnych nieprzyjemnych wrażeń ze strony organizmu (co ciekawe, w każdej kolejnej ciąży są one bardziej nieprzyjemne – np. obkurczająca się macica przy pierwszym dziecku nie boli, przy drugim boli jak cholera, nie chcę wiedzieć jak jest przy piątym;). To czas na odespanie (moim zdaniem niemożliwe w szpitalu), odzyskanie sił, przyzwyczajenie się do dziecka. U mnie był to okres myślenia o własnym łóżku. Nie miałam żadnych problemów z poruszaniem się, wizytami w toalecie. W porównaniu do ciąży, czułam się wręcz komfortowo. Tylko szpital mnie frustrował.

Po powrocie z dzieckiem do domu (2 dni przy braku komplikacji, ok. 5-6 przy żółtaczce), gdy pora roku sprzyja i temperatura oscyluje wokół 20 stopni, praktycznie od razu można wyjść na spacer. W różnych krajach odmienne są te rekomendacje, ja jednak uważam, że jeżeli tylko mama ma siłę, to nic nie powinno przeszkodzić w 20-40 minutowym spacerze. Gdy dziecko czuje się dobrze, w kolejnych dniach nie musimy już się ograniczać. Moje spacery od 5 doby wynosiły 10-20 kilometrów. Mały przesypiał wtedy 2-3 godziny, także zazwyczaj kończyło się na jednym karmieniu w trakcie wycieczki. Takie wyjścia to pierwsza rekomendowana forma aktywności fizycznej (uzależniona w dużej mierze od rodzaju porodu, długości drugiej fazy w porodzie naturalnym, ilości szwów, ilości „przytytch” kilogramów). Druga rekomendacja dotyczy mięśni Kegla – można nad nimi pracować już od 3 doby. Niestety nie zawsze ćwiczenia uchronią nas przed nietrzymaniem moczu, jednak do 6 miesiąca po porodzie ta nieprzyjemna przypadłość powinna zniknąć (nasila się przy ćwiczeniach, niestety).

Co z bardziej wymagającymi formami ruchu?

Po porodzie znacznie spada kondycja, osłabiają się mięśnie, a więzadła stają się bardziej narażone na kontuzje. Zalecenia, które znajdziemy w literaturze mówią zazwyczaj, żeby nie rozpoczynać ćwiczeń aerobowych przed końcem szóstego tygodnia. Ale prawda jest taka, że wszystko zależy od samopoczucia kobiety (a to wiąże się z trudami/rodzajem porodu, z przebytymi komplikacjami).

Tym razem jedyna osoba, której możesz zaszkodzić to Ty sama. Możesz stopniowo próbować biegać – gdy tylko chodzenie nie sprawia żadnych kłopotów, a Ty czujesz, że to już pora (poniższe wskazówki dotyczą kobiet po porodzie siłami natury). Kiedy to będzie? Po 2 tygodniach, po 3-4, czy tak jak u mnie po 7 dniach? Musisz sama siebie obserwować i na pierwszą przebieżkę zarezerwować 10-15 minut. Potem uważnie obserwuj swoje ciało. Jeżeli nasili się krwawienie, poczujesz zawroty w głowie albo dotkliwy ból w okolicy pęcherza czy kości ogonowej – to znak, że jeszcze musisz poczekać. Być może rzeczywiście będziesz potrzebowała 6 tygodni.

Gdy zaczynasz biegać w połogu nie możesz lekceważyć sygnałów wysyłanych przez Twoje ciało. Każdy ból oznacza, że należy zwolnić, albo przerwać na dzień, czy dwa. Szczególnie wrażliwe mogą być stawy, czy kręgosłup. Pozwól im dostosować się do nowej sytuacji. Szczególnie jeżeli nie ćwiczyłaś w ostatnich tygodniach ciąży.

Biegaj na wyczucie, kierując się samopoczuciem. Najlepiej tylko z zegarkiem (bez GPS, żeby nie sugerować się tempem) stopniowo wydłużając czas biegu. Gdy będziesz w stanie pokonać godzinę bez zadyszki to znak, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Kiedy jednak tak się stanie? Po tygodniu, czy po miesiącu lub dwóch? A może później? Nie ma na to pytanie odpowiedzi. Musisz sama sprawdzić. Nie zaczynaj jednak wprowadzać innych elementów treningu biegowego (przebieżki, skipy) zanim nie osiągniesz komfortu wybiegań. Na początku po prostu BIEGNIJ.

Biegając w pierwszym zakresie (najprościej mówiąc w tempie konwersacyjnym, do ok. 140 bpm) można karmić bez obawy, że kwas mlekowy przedostanie się do mleka. Trzeba jednak zadbać o dobry stanik (ja przez pierwszy okres używam dwóch – jeden normalny, a drugi sportowy), biegać po kamieniu albo po odciągnięciu pokarmu. Nie powinno się też w tym okresie stosować diety – organizm będzie podwójnie obciążony – przez karmienie i przez bieganie. Na odchudzanie przyjdzie czas, a najprawdopodobniej organizm sam nam w tym pomoże.

Jeżeli chodzi o bieganie po cesarskim cięciu, to nie mam osobistych doświadczeń, ale kilka zapytanych biegaczek stwierdziło, że aktywność zaczęło również przed zakończeniem 6 tygodni (po 4-5 tygodniach od urodzenia). W tym przypadku trzeba być jednak zachować jeszcze większą ostrożność, na początek zadowolić się marszami, czy ćwiczeniami na stepperze. W grę wchodzi też rower (raczej nie możliwy u rodzących naturalnie;).

DSC_1373

Rodzić po polsku

29 kwietnia na świat przyszedł mój drugi syn – Kacper. Pojawił się w dniu urodzin mojego męża, także teraz będziemy świętować podwójnie:)

Drugi poród miał być łatwiejszy i szybszy niż pierwszy… Cóż, takie informacje trzeba raczej między bajki włożyć. Było dłużej, boleśniej i mniej sympatycznie. Choć tym razem nie musieliśmy czekać 3 godzin na zwolnienie się łóżka na porodówce… Do szpitala pojechaliśmy o północy (wcześniej odwożąc Bartka do teściów; od momentu rozpoczęcia się regularnych i bolesnych skurczów minęły 4 godziny w trakcie których umyłam głowę i odkurzyłam mieszkanie). Tym razem wybór padł na Szpital Madalińskiego (bo taką ładną mają stronę internetową, tak się chwalą wyremontowanymi pojedynczymi salami porodowymi, tyle osób rekomendowało…).

Na porodówkę przyjęli mnie, pomimo że poza skurczami nic się nie działo, bo byłam już długo po terminie (niestety lekarze uparli się, żeby za wiarygodny termin uznawać ten z pierwszego USG… tym czasem, jak się potem okazało, prawdopodobnie termin z OM był najbardziej wiarygodny – a minęło już 16 dni). Miałam szczęście, bo nie było tłoku, dostałam wolne łóżko. Oczywiście w sali dwuosobowej!

Zainteresowanie moją osobą nie było wielkie. Nie wiem czemu od razu nie podano mi oksytocyny, zwlekając z tym 12 godzin. A wtedy już naprawdę z bólu nie byłam w stanie wytrzymać. No ale do znieczulenia potrzebne jest rozwarcie oraz współpraca położnej (która powinna „załatwić” anestezjologa” – lecz ci zajęci byli trzema cesarskimi cięciami odbywającymi się równocześnie; poza tym szpital każde takie znieczulenie kosztuje…).

Potem było przebijanie wód i… nic. Nic się nie posuwało, ale chyba tak się darłam o znieczulenie, że w końcu po 15 godzinach dostałam PP (obiecałam, że jak dostanę znieczulenie to w godzinę urodzę. Położna nie wierzyła, ale PP jest tańsze od wewnątrzoponowego, więc nie protestowała za bardzo). Od razu zrobiło się rozwarcie 10cm i poczułam parcie. Ale… to nie takie proste… wszak jedna położna jest na 2 -3 porody (a może więcej? Nie wiem, trzy na pewno odbywały się w tym samym czasie – mówię o końcowej fazie). Słyszałam tylko, że muszę poczekać, aż skończy z moją sąsiadką zza parawanu… Nie jest to łatwe. Gdy znowu zaczęłam krzyczeć pani się pojawiła. I urodziłam w 10 minut. To była najprzyjemniejsza część tego przedsięwzięcia. Ale nie koniec…

Malutki już mi leżał na piersi, ale zaczęło się szycie. Nie krocza, z tym nie było problemu, ale szyjki macicy, która nie chciała się do końca skrócić. Nie jestem lekarzem, ale ponoć wystarczył specjalny zastrzyk. I wszystko byłoby prostsze. A tak, szyła mnie młodziutka pani doktor, której ręce się trzęsły. Bolało, w głowie miałam już wizję leżenia plackiem przez najbliższe dwa tygodnie… Szycie trwało godzinę (oszczędzę szczegółów, bo zaczyna mnie mdlić).

W końcu zostaliśmy porzuceni. Dosłownie. Jeszcze 4 godziny leżeliśmy na sali porodowej. Bo tłok się skończył, bo zmiana lekarzy i położnych, bo ciężko z miejscami. W końcu przewieźli nas do sali 4 osobowej. Z dostawką, bo takie obłożenie. Już na wstępie pani poinformowały, że podkłady na łóżko powinniśmy kupić sami (oni mają przydziały i na dziś już się skończyły), najlepiej kupić też sól fizjologiczną, gaziki, generalnie wszystko… bo w szpitalu jest reglamentacja…

Reglamentacja dotyczy także personelu… zainteresowanie kobietami minimalne (śmiałyśmy się, że chyba 90% personelu pracuje za karę), mnie położna powiedziała, że skoro to moje drugie dziecko to powinnam wiedzieć, co robić… jakie to polskie, jakie miłe.

Gdy pani neonatolog oceniła Kacpra na ok. 2 tygodnie po terminie i zaleciła kąpiel w emolientach, położne kąpiące maluchy tylko się uśmiechnęły. Jak sobie kupię to będę miała…

Noce w szpitalu, w którym jest tłok, w przepełnionych salach z wiecznie krzyczącymi maluchami chyba nie wymagają opisywania. Mogłam oczywiście zapłacić 600zł za noc w jedynce, ale to jak w najlepszym hotelu, a standard… jakby  nie hotelowy… 1500 za „własną” położną (co chyba powinno być standardem, szczególnie, gdy się płaci abstrakcyjne sumy na NFZ… nie należy się dziwić, że Polski uciekają rodzić za granicę). Tymczasem rząd nawołuje do walki o dzietność… Gdzie? Jeżeli jeden z lepszych szpitali nie jest sobie w stanie poradzić z 20 porodami dziennie… Nie chcę wiedzieć, jak jest w tych gorszych placówkach…

Na koniec optymistycznie. Mały i ja jesteśmy zdrowi. Szybko przyszliśmy do siebie (chyba natychmiast po przekroczeniu progu domu). Moje obrażenia okazały się nie wpływać na powrót do normalności, już tydzień po porodzie poszłam delikatnie pobiegać. Taka mała 20 minutowa przebieżka:) Od trzeciego dnia chodzimy na 10-15 kilometrowe spacery. Jest fajnie 😀