Archiwa kategorii: Bez kategorii

Mistrzostwa Świata Ultra Trail 2017

Mistrzostwa Świata Ultra Trail na dystansie 50 km rozgrywane we Włoszech nie należały do moich udanych startów. Powinno być znacznie lepiej. Byłoby znacznie lepiej, ale nie czas płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba wyciągnąć wznioski i działać dalej. Trenować!!!

IMG_9592

Co mi sprzyjało? (wyjątkowo dużo jak na trasę górską):

  • Szybka, biegowa trasa (szczególnie pierwsze 25 kilometrów i ostatnie 10)
  • Tylko jeden techniczny fragment (wisząc na linach nad urwiskiem musiałam wzbudzać śmiech…)
  • Brak ekspozycji
  • Podłoże (ścieżki leśne, szutr – biegłam w Adizero Boston, czyli szosówce i to był świetny wybór)
  • dystans (choć lubię zarówno 50-tki jak i 80-tki)

trasa

Co było przeciwko mnie:

  • Pogoda (32 stopnie w cieniu to o jakieś 25 za dużo;)
  • Brak doświadczenia (to dopiero drugi start na międzynarodowej imprezie ultra górskiej). Wciąż nie łapię logistyki, tych wszystkich przepaków, punktów z suportem…
  • Brak biegania w górach – to był mój pierwszy start w tym roku i pierwsze bieganie po górach (bo w Chile biegałam na dużej wysokości, ale po płaskim).
  • Ja i mój durny pomysł, żeby od 25 kilometra biec z kijami… Jak coś się robi po raz pierwszy w życiu to nie na zawodach. Nie wiem, co mi odbiło. Chyba kąśliwe komentarze męża, że w marcu kupiłam za nieprzyzwoite pieniądze kije, a one tylko się kurzą…

Co mnie pokonało:

  • Żołądek. Jakkolwiek prozaicznie to nie zabrzmi… Pierwsze problemy pojawiły się około 7 kilometra (wtedy byłam jeszcze trzecia). Potem udało mi się jakoś dociągnąć do 25-tego, ale gdy wymiotujesz i masz biegunkę jest ciężko. Prawie dałam się złamać. Oczywiście, chciałam schodzić z trasy! Tak, poważnie to rozważałam.  Bałam się odwodnienia i tego, że powoli tracę koncentrację. Ale przeszłam do marszu. Uspokoiłam organizm. Odgoniłam złe myśli. W tym czasie wyprzedziło mnie kilkanaście zawodniczek. Nie było to przyjemne, bo nie byłam w stanie nic zrobić. Zbieg to była katorga. Ale na ostatnim podejściu zaczęłam odzyskiwać siły. Wyprzedziłam 3 dziewczyny. I czułam tylko wielki żal… bo przecież mogło być znacznie lepiej. No, ale nie ma co gdybać. Niestety (lub na szczęście!) muszę przyznać, że zrobiłam tyle, ile tego dnia mogłam. Nie zaczęłam za szybko, miałam nawet duży niedosyt, ale to był odcinek BIEGOWY. A ja biegać potrafię. Gorzej z chodzeniem… i zbieganiem…

Żałuję, bo to mógł być dużo fajniejszy wyścig. Na szczęście widzę, że potencjał jest… Ale nie da się biegać (i wygrywać) biegów górskich, gdy trenuje się tylko na płaskim.  Mogę sobie wskakiwać na skrzynię, mogę ćwiczyć podbiegi na Agrykoli, ale to zupełnie inny rodzaj pracy. Muszę też uporządkować sprawy żołądkowe. Dwa tygodnie bez probiotyków i wróciły problemy.

A teraz więcej detali…

Nasza reprezentacja miała składać się z 4 kobiet i 4 mężczyzn, ale kilka dni przed wylotem Marcin Świerc zrezygnował. Nie wiem dokładnie, co było przyczyną, ponoć nie zdążył się zregenerować po Maratonie na Murze Chińskim. Szkoda. Ale jego decyzja, zakładam, że przemyślana. Niemniej, w drużynie pozostało tylko 3 panów, zatem każdy musiał ukończyć, by drużyna zapunktowała po raz piewszy w historii. Na bieg nie zdecydował się Bartosz Gorczyca (być może po dość dotkliwej porażce w tamtym roku), odmówił Wojtek Probst. Ostatecznie w biegu wystartowali Kamil Leśniak, Artur Jabłoński i Piotr Bętkowski. U kobiet sytuacja była nieco inna, prostsza. Ze startu zrezygnowała Ewa Majer (ale ta trasa kompletnie nie była dla niej), inne plany miała Magda Łączak. Wiadomo też, że Ania Celińska nie biega tak długich dystansów. W składzie znalazły się Edyta Lewandowska, Anna Kącka, Natalia Tomasiak i ja.

Dotarliśmy do Poppi, miejscowości oddalonej od Badia Prataglia (miejsce startu) o 14 kilometrów, w czwartek późnym wieczorem. Podróż trwała stanowczo za długo, ale jakby… zdążyłam przywyknąć… 😉 Leciało nas 8 osób, tylko Edyta Lewandowska miała komfort trenowania na trasie już tydzień wcześniej. Nie doceniałam tego, ale góry to nie asfalt! Zawsze głupio się dziwiłam, po co zawodnicy jadą tydzień, czy dwa wcześniej na trasę biegu. Teraz zrozumiałam. Detale związane ze znajomością trasy mogą mieć kluczowe znaczenie. Ach, uczę się tych gór!!!

Pokoiki czekały na nas w urokliwie położonej części miasteczka, na samym szczycie. Nie było klimatyzacji. Mnie to dość mocno przeszkadzało, bo jestem wyjątkowo zimnolubna… Na szczęście spałam dobrze. Chyba kumulacja nieprzespanych nocy zrobiła swoje.IMG_9439

W piątek rano nie dane nam było się wyspać. Już o ósmej musieliśmy być na kontroli antydopingowej. Pojechaliśmy całą drużyną, ale okazało się, że badają tylko najlepszego mężczyznę i najlepszą kobietę z danego zespołu. Badano krew, by założyć paszport biologiczny, a przy okazji sprawdzić stan zdrowia zawdoników. Gdyby komukolwiek wyszła anemia, nie mógłby stanąć na starcie. ITRA zaczęła wprowadzać rygorystyczne zasady związane z ochroną zdrowia zawodników ultra. Najlepsi będą musieli co miesiąc dosyłać aktualne badania (i to jest świetne rozwiązanie!). Zdrowie najważniejsze. W Polsce też powinny być obowiązkowe badania. Wiem, że próby wprowadzenia takich rozwiązań spotykają z niechęcią (szczególnie amatorów), ale to działanie przeciw sobie….

Po kontroli połaziliśmy po miasteczku, ponarzekaliśmy na upał i jakoś doczekaliśmy do ceremonii otwarcia Mistrzostw. Ta miała miejsce w naszej mieścinie (Poppi) na zamku.

IMG_9443 IMG_9457

Dla mnie to zawsze wielki honor i wyróżnienie, gdy mogą reprezentować Polskę. Chciałabym dać z siebie wszystko…

Na ceremonii przedstawiono wszystkie 37 państw, zaprezentowało się 121 zawodniczek i 170 zawodników. Nowy rekord tych mistrzostw. To pokazuje, że zaczynają być prestiżową imprezą, gdzie pojawia się praktycznie cała czołówka górali. Ma to miejsce dopiero od kiedy ITRA przejęła pieczę nad Trailem i udało się nawiązać współpracę z IAAF.

Nie odbyło się jednak bez wpadek…

IMG_9442

Strasznie chciało mi się spać…

Chyba o 10 już drzemałam. Zdążyłam tylko przygotować najważniejsze rzeczy i sen mnie zmógł. Budzik nastawiłam na 5 raną (start przewidziano na 8:00). Nie odczuwałam napięcia. Byłam bardzo spokojna i skoncentrowana. Zjadłam niewielkie śniadanie, cały czas nawadniałam się izotonikami. Dopiero przed samym startem, żołądek zaczął się lekko buntować. Ale sądziłam, że szybko przejdzie. Zakładałam, że pewnie będę musiała zatrzymywać się na trasie, ale miałam to wkalkulowane…

Start…

Jak zwykle na takich imprezach bardzo szybki. Stałam w środku stawki, licząc że nikt mnie nie poturbuje. Zaczęłam spokojnie. Po kilometrze wyprzedziłam Edytę, po dwóch wyprzedzili mnie Kamil i Artur (startowali z ostatniej linii – na końcu weszli do strefy, gdzie sprawdzano sprzęt).

Biegłam żwawo, ale na niskim tętnie. Po kolei wyprzedzałam dziewczyny. Bardzo sapały, dyszały. To było pocieszające. Na pierwszym szczycie byłam trzecia, zaraz za dwoma Francuzkami. Ale wiedziałam, że muszę nadrabiać pod góre to co na pewno starcę w dół. Nie pomyliłam się, bo na pierwszym pomiarze czasu byłam 7-ma. To był 9-ty kilometr. Biegło mi się… przeciętnie. Musiałam zrobić skok w bok, żeby uspokoić brzuch;) i na pewien czas się poprawiło.

19030347_1292936234165891_7880789936320560307_n

Wtedy dogonił mnie Piotrek i prawie do 25-go kilometra biegliśmy razem. Naprawdę liczyłam na wspólny bieg. Niestety… zaraz przed drugim pomiarem czasu byłam zmuszona „uciec do lasu”. Benek wpadł na punkt pomiarowy kilkadziesiąt sekund przede mną. Wyprzedziły mnie też dwie zawodniczki. Na puncie spędziłam dość dużo czasu, próbując zastopować żołądek. Niestety skończyło się wymiotami zaraz za strefą. Niestety (!) wzięłam z punktu kilje (świeżutkie, nowiutkie, nigdy nie używane). Nie potrafiłam ich rozłożyć. Gdy to się udało okazało się, że tulko mi przeszkadzają. Ale złożyć ich nie potrafiłam. Jest mi wstyd. Biegłam z kijami w rękach, nie korzystając z nich we właściwy sposób… Włąściwie walcząc z nimi (miałam ochotę wyrzucić je w las!). Ale się nie śmieci…!

IMG_9614

Nagle musiałam zatrzymać się na dobre. Zwymiotowałam chyba wszystko co zjadłam od dwóch dni… w pomieszaniu z izotonikiem i żelami nie było to przyjemne. Ledwo zmusiłam się, żeby sunąć dalej. Przestałam liczyć dziewczyny, które mnie wyprzedzały. Marzyłam, żeby dotoczyć się do punktu i zejść. Czułam się odwodniona, a robiło się coraz bardziej gorąco…

Ale na punkcie (36 kilometr) wylałam na siebie wiadro wody, wiadro wypiłam. Usłyszałam wiele motywujących słów, przemyślałam sprawę i zdecydowałam się kontynuować wyścig. Noga za nogą, byle do przodu. Prawie spadłam z urwiska, które było zabezpieczone jedynie przez linę… ale poradziłam sobie. I dotrwałam do 41-szego. A zejść w tym momencie byłoby wstyd. To był drugi (po 25km) punkt, gdzie można było mieć support. Znajome twarze i dobre słowo zrobiły swoje. Zaczynałam odzyskiwać siły.

IMG_9610

Na ostatnich 5 kilometrach wyprzedziłam 3 dziewczyny. W głowie szalała mi myśl: „dlaczego? dlaczego? dlaczego? czemu ten wyścig już się kończy?”. Dobiegłam na 20-tym miejscu.

IMG_9466

Jestem realistką. Po przeanalizowaniu wszystkiego wiem, że mogło być znacznie lepiej, lecz problemy na trasie nie biorą się z nikąd. Może odpoczynek był za krótki, na pewno muszę profesjonalnie zabrać się za dietę (to naprawdę moja pięta achillesowa), na pewno muszę więcej biegać w górach, muszę trenować w cieplejszej aurze. Na pewno nie poddam się. Kocham góry. Uwielbiam wyzwania. Chcę być biegaczką wszechstronną, choć skoncentruję się na maratonie;) ale gór nie odpuszczę. Nie tak zupełnie…, uważam że bardzo pomagają mi potem w bieganiu po płaskim.

IMG_9608

Po biegu, razem z całą drużyną, skonsumowaliśmy należne nam piwa;) Czekaliśmy na klasyfikację drużynową. Liczyliśmy na pierwszą ósemkę i rzeczywiście kobietom udało się to zrealizować (7-me miejsce), a panowie byli bardzo blisko (10-ta lokata).

19113345_10154832871963165_2134585920_n

druzyna

Dziękuję całej drużynie! Wielkie podziękowania dla Przemka i Kamila za support. Bez was…

Gratulację za walkę. I szczególny podziw dla debiutującego Artura Jabłońskiego. Ukłony dla Kamila, który w tamtym roku był 72-gi… Dziewczyny! Zrobiłyście tyle, ile mogłyście! Będzie tylko lepiej! A Piotr – jesteś super, co oczywiście wiesz;)

Rekord Świata w Wings For Life…

7 maja w 24 lokalizacjach na świecie, dokładnie o tej samej porze, wystartował niezwykły wyścig Wings For Life World Run!

WFL to jedyny bieg, w którym meta, czyli samochód pościgowy, goni zawodników. Bieg odbywa się w 24 miejscach na świecie i rozpoczyna dokładnie o tej samej godzinie. W Polsce była to 13:00, w Chile 8:00, a w Australii 21:00. Spośród wszystkich biegaczy wyłaniani są krajowi i światowi zwycięzcy – kobieta i mężczyzna, którym udało się najdłużej uciekać przed goniącą ich metą. Nikt nie ma szans, by nie dobiec do mety, bo to ona dogania zawodników, także nieukończenie jest niemożliwe (chyba że ktoś ucieknie w bok…). Zawody sponsoruje i organizuje Redbull wraz z innymi partnerami. Bieg skierowany jest do wszystkich, którzy chcą wspomóc badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym (przeznaczone jest na to 100% opłaty startowej). Czyli:

  • wspaniały cel  –Ty możesz biec! Ciesz się z tego, bo przecież uwielbiasz biegać! Ale są tacy, którzy nie mogą, lecz jest nadzieja! Pomóżmy!
  • bardzo emocjonująca formuła – W czasach, gdy popularność lekkiej atletyki spada, gdy bieganie długodystansowe wydaje się nudnym sportem „do oglądania”, nagle okazuje się, że jest sposób na to, by zatrzymać widzów przed odbiornikami. I to przez prawie 6 godzin!

wingsCH4

Tyle tytułem wstępu.

Przechodzę do subiektywnej relacji. Ja i Wings For Life.

Po raz pierwszy w WFL wystartowałam dwa lata temu w Poznaniu (była to druga edycja tego biegu). Zgłosiłam się dosłownie na ostatnią chwilę, 40 minut przed zamknięciem zapisów! Nie znaczy to, że nie planowałam udziału, ale po kontuzji ścięgna Achillesa nie do końca byłam pewna, czy to już czas na długie dystanse. Mimo to (i mimo innych przeciwności – żołądek mnie nie oszczędzał) udało mi się ukończyć bieg na pierwszym miejscu w Polsce, 32. na świecie. Wiedziałam, że za rok będę chciała pobiec dalej i szybciej. Na miejsce startu wybrałam Australię, gdzie meta dogoniła mnie po 55 km (zatem przebiegłam 13 km więcej niż rok wcześniej!), byłam 8. na świecie.

AppleMark

Planując 2017 rok i starty docelowe chciałam wszystko postawić na WFL. Wreszcie wygrać tą imprezę, udowodnić, że ultramaratony to moja specjalność. Że mogę biegać długo i całkiem szybko! Bardzo tego chciałam! Założyłam, że 70km jest do osiągnięcia (oczywiście nikt nie brał mnie na poważnie, poza moim trenerem, który jednak zaznaczał, że tempo 4,0 i 65km na pewno wystarczą do zwycięstwa).

W styczniu nie wiedziałam, czy zdążę przygotować formę na kwietniowy maraton, ale byłam pewna, że na 7 maja się wyrobię. Po 2 miesiącach bez biegania (listopad-grudzień) nie czułam się komfortowo. Ale forma rosła bardzo szybko. Dlatego zapadła decyzja o starcie w Mistrzostwach Polski w Maratonie, a potem w Orlen Warsaw Marthon. Mało kto wierzył, że mi się uda, ale jak człowiek jest w formie to czuje moc. Gdy znasz już swoje ciało, zaczynasz lepiej oceniać jego reakcje. Mistrzostwa Polski wygrałam, a na Orlenie nabiegałam 2:38:51, co jest moją aktualną życiówką maratońską.

Na WFL wybrałam Chile. Dlaczego? Bo nie było Peru wśród miast do wyboru. A że Chile graniczy z Peru… Sprawdziłam, że temperatura powinna być w miarę przyzwoita (średnio o 8 rano, czyli podczas startu 14 stopni, w miarę upływu dnia do 20).  Nieźle. Wiadomo, że na Antarktydzie byłoby lepiej,

ale… 😉

IMG_8786

Polecieliśmy z mężem tydzień wcześniej. Dzieci zostały pod opieką babci, a my po 30 godzinach lotu dotarliśmy do Antofagasty. To było miejsce nad oceanem najbliżej pustyni Atacama. Chciałam dwa dni odpocząć i ruszać na podbój Chile!

O Chile będzie w kolejnym odcinku… Mam tyle do opowiedzenia… Teraz ma być o biegu 🙂IMG_8694

Santiago De Chile – to w stolicy startuje WFL. Do końca nie moglam znaleźć informacji o trasie, dowiedziałam się jednynie, że została zmieniona w stosunku do zeszłego roku (po biegu, zupełnie przypadkiem, ujawniono mi, że trasę zmieniono tak, by po 80km było z górki, żeby mógł paść światowy rekord…). Rekord padł 😉 ale nie u mężczyzn, ale w przyszłym roku, kto wie? Może po moim tekście ktoś się skusi;)

W Santiago chcieliśmy spędzić jak najmniej czasu, co okazało się świetną decyzją. Nie jest to piękne miasto! Jest tłoczne, bardzo gwarne, dość brudne. Są oczywiście perełki, ale ogólnie klimatem przypomina europejskie miasta sprzed 30–40 lat. Raczej smutno, dość niebezpiecznie (poza centrum), ulice pełne handlarzy, muzyków, bezdomnych… Hotel dostaliśmy w samym sercu miasta. Niestety nie działała klimatyzacja, a przy otwartym oknie nie dało się spać. Chyba takie sytuacje mam już wpisane w DNA, także nie przejęłam się zbytnio. Po prostu się nie wyspałam, nic nowego.

IMG_8836

Mam też szczęście 😉 Na dzień przed biegiem przepięknie zepsuła się pogoda! Z 26 stopni i słońca temperatura spadła do 10–14 stopni i spadł deszcz! MNIAM!!! Wraz z obniżeniem temperatury zaczęłam coraz mocniej wierzyć w to, że mam duże szanse, że to tutaj, w Chile, rozegra się walka o zwycięstwo światowe. Do Santiago przyleciało aż siedem zeszłorocznych zwyciężczyń, w tym bardzo mocna Portugalka (3. na świecie w tamtym roku, w kwietniu nabiegała 2:34 w maratonie). Czułam, że to jest moja szansa, że muszę się trzymać Very, a wszystko będzie dobrze.

Poza tym, nie denerwowałam się. Wydaje mi się, że wszytskie nerwy zdążyłam stracić przed Dębnem. Teraz byłam pewna siebie. Miałam poczucie, że nic nie muszę udowadniać, ale chcę!

IMG_8844

Start był o 8 rano, także pobudkę zaplanowałam na piątą. Spokojne śniadanie (izotonik z kawałkiem macy). O 6:30 podjechał pod nasz hotel bus. Chilijczycy byli bardzo dumni, że mają tak mocną grupę kobiet, także opiekowali się nami (dla porównania w Australii nikt się nami nie zainteresował), mieliśmy podwózkę, specjalny namiot VIP i możliwość ustawienia się w pierwszej linii (nie tylko do zdjęcia ;). Żeby jeszcze mówili po angielsku 😉 No, ekipa Redbulla mówiła, ale poza tym musiałam ratować się moim nędznym hiszpańskim, który obiecuję dopracować!

WFLChile2

Start. Spokojnie. Tajwanka wychodzi na prowadzenie. Biegnie prawie sprintem. Zastanawiam się jak długo da radę. Po 2 kilometrach zwalnia. Ja trzymam się Portugalki. Pierwsze 5 kilometrów to kluczenie po parku, bieg po ciemku, ale szybko nastaje świt. Jest tak cudownie rześko. Chwilowo zaczynam nawet lubić to miasto. Szybko jednak wybiegamy na peryferie. Trasa jest dobrze oznakowana (nie gubię się!). Nie jest jakoś bardzo komfortowo, bo poruszamy się po poboczu, często dołączają psy, które nie są groźne, ale porafią wejść pod nogi. Na niewiele zdaje się przepędzanie ich.wingsCH

Po kilkunastu minutach zdaję sobie sprawę, że pan, który biegnie z nami (ze mną i Portugalką), to tak naprawdę jej zając. Wygrał w tamtym roku rywalizację mężczyzn w Portugalii, lecz celem tegorocznym było poprowadzenie Very na mistrzostwo świata Wings For Life. Nie było to dla mnie jakoś wielce zaskakujące, nawet pomyślałam, że dzięki temu ja też skorzystam (jego życiówka w maratonie 2:13!). Ale szybko okazało się, że Portugalczycy grają nie fair. Mieli swoich ludzi, którzy podawali im żele i wodę, on jej otwierał to wszystko, podawał. Gdy powiedziałam, że to nie uczciwe i zabronione w regulaminie, udawali, że nie rozumieją. Wkurzyłam się. To ja wszystkie żele targam ze sobą (mam ulubione spodenki z dużą kieszonką, które zmieszczą wszystko ;), ledwo udaje mi się czegokolwiek napić z nieco tylko wypełnionych kubeczków podawanych co 5 km na trasie, a oni dostają pomoc z zewnątrz! Do tego, gdy pojawiły się kamery, on jednak zrozumiał, że gra nieczysto i zaczął zostawać z tyłu, żeby wziąć „prowiant”, po czym ją gonił i „dzielił się z nią”. Wkurzyłam się mocno! Tak… ja się potrafię wkurzyć!

wflCHILE5

Gdzieś tak na 35-tym kilometrze, bliska wybuchu, rzuciłam im „i tak tego nie wygracie!” i rozpoczęłam ucieczkę. Czułam się bardzo dobrze, pogoda dopisywała, deszczyk miło chłodził ciało, trasa była prosta i płaska. Szybko zaczęłam zyskiwać przewagę. Kontrolowałam czas, biegłam równo. Dystans maratoński przekroczyłam po 2 godzinach i 45 minutach z hakiem. Było dobrze, a nawet bardzo dobrze. Od 35km aplikowałam sobie po jednym żelu energetycznym (jak już się zacznie z żelami, to niestety trzeba kontynuować), co 5 kilometrów. Piłam tylko wodę. Gdy dotarłam do 55km (taki był mój wynik rok temu) poczułam się jeszcze pewniej. W tym momencie wiedziałam, że w Chile na pewno nie oddam zwycięstwa. Nie miałam jednak pojęcia, że prowadzę na Świecie (ale może to i dobrze, niepewność powodowała, że chciałam przebiec jak najwięcej).

Manuelito Figueroa from Brazil and Dominika Stelmach from Poland perform during the Wings for Life World Run in Santiago de Chile, Chile on May 7, 2017. // Gustavo Cherro for Wings for Life World Run // P-20170507-02567 // Usage for editorial use only // Please go to www.redbullcontentpool.com for further information. //

Po 60 kilometrach dogoniłam panów. Dwóch – jeden prowadził bardzo długo, ale zastałam go na poboczu walczącego ze skurczami, drugi chciał wykorzystać niedyspozycję tego pierwszego. Ja nie liczyłam się w tej rozgrywce, ale z satysfakcją wyminęłam obu. Zbliżałam się do 65 kilometra, czyli dystansu, który rok wcześniej pokonała Japonka, dystansu który wielu osobom wydawał się „nie do pobicia”. Yoshida Kaori to biegaczka regularnie meldująca się na mecie maratonów poniżej 2,30. A jednak…

Dało się dalej!

I sądzę, że te 70km było w zasięgu. Ale trzeba coś zostawić „na potem”;)

epa05949348 A handout photo made available by by Global Newsroom showing Global female winner Dominika Stelmach of Poland during the Wings for Life World Run in Santiago de Chile, Chile, 07 May 2017. Worldwide over 155.000 participants took part in the charity run in 25 countries. EPA/Gustavo Cherro / GLOBAL NEWSROOM / HANDOUT HANDOUT EDITORIAL USE ONLY/NO SALES

Gdy doganiał mnie samochód nie byłam wykończona,czułam, że mogę jeszcze biec. Ale ogromnie ucieszyłam się, że już nie muszę 🙂 Że to już koniec, że wygrałam. Na pewno w Chile. A jak na Świecie? Pytam, ale nikt nie daje mi jednoznacznej odpowiedzi. Dopiero po kilku minutach przewieszają mi szarfę z napisem „GLOBAL WINNER”! Tak, tak, tak! Kolejna zawodniczka przebiegła 6 kilometrów mniej ode mnie (w Mediolanie). Trzecia była Portugalka.

wingsCH3 wingsCH2

Później okazało się, że tylko 15 panów było szybszych ode mnie, w tym niesamowity Aron, który na wózku inwalidzkim (takim normalnym, nie sportowym!) pokonał 92 kilometry. Gdy kilka dni później oglądałam relację nie mogłam uwierzyć, że on to zrobił. Że pokazał, że niemożliwe nie istnieje. Wśród biegaczy najszybszy był Bartek Olszewski, który wygrał bezpośrednią rywalizację z Włochem Calcaterrą. W Polsce zwyciężył Tomek Walerowicz.

wflCJILE

Po biegu polecieliśmy do Peru realizować kolejne marzenia…

 

PS. Mój mąż też zrobił życiówkę, przebiegł 17km!

PS’. Dzięki Hubert Duklanowski ;D

PS”, Dzięki Magda Sołtys

PS”. Ola, też dzięki 😀

Mistrzostwa Polski Kobiet w Maratonie 2017… okiem Mistrzyni Polski:) BIEG

Start…

DomiD4

Duża grupa dziewczyn. Nikt nie chce prowadzić. Patrzę na zegarek po pierwszym kilometrze – jest bardzo wolno! Tzn. znacznie wolniej niż zakładałam… Sądziłam, że przy tej pogodzie pobiegniemy po 3,40-3,45min/km, ale powyżej 3,50??? To tempo na 2:42. Przyspieszyłam. Nie jestem jednak nowicjuszką i wiedziałam, że najgorsze, co mogę zrobić w taktycznym biegu to wziąć na siebie ciężar prowadzenia. Wiało (czytam we wpisach, że ponoć mocno, ale bez przesady!), było ciepło – o wyniku na miarę możliwości można było tylko pomarzyć. Żałowałam, że nie mogła wystartować Agnieszka Gortel (kiedyś to ona zainspirowała mnie do tego, by się nie poddawać – Aga też bardzo późno zaczęła biegać na wysokim poziomie).

DomiD7

Czajenie się.

Próbowałam skłonić Andżelikę Mach do wymiany na prowadzeniu – co kilometr, czy 500 metrów, ale nie była zainteresowana (sądziłam, że jest dla mnie najgroźniejszą rywalką. To waleczna dziewczyna o dużych możliwościach). Żadna inna pani nie podjęła dyskusji na ten temat. Uznałam, że w tym wypadku ja też będę się czaić…

Zaczęło się bardzo szarpane tempo… wtedy pomyślałam „dziękuję Hubert, trenerze wspaniały, że tak nalegałeś, bym włączyła do treningu zmianę tempa!”. Dużo biegaliśmy treningów z nagłą zmianą prędkości (ja nie wiedziałam, kiedy nastąpi przyspieszenie I na jak długo). Była to próba oszukiwania organizmu, przyzwyczajania do sytuacji, jakie często mają miejsce na zawodach. Poza tym, biegi trailowe i górskie, nauczyły mnie wybijania z rytmu i powrotu do tempa.

Dziesięć kilometrów pokonałyśmy w dużej grupie w czasie 37,45. Na kilka kilometrów na prowadzenie wyszła Ukrainka UGRYNCHUK Oksana, potem Białorusinka KRAUTSOVA Volha (PB 2:34, finalistka Mistrzost Świata na 5000m). Troszkę szarpnęła, i we trzy, razem z Kenijką, oderwałyśmy się od pozostałych Polek przed półmetkiem (Paulina Golec, Andżelika Mach, Arleta Meloch 21km minęły 21 sekund za nami).

Czułam się doskonale. W głowie miałam tylko jedną myśl: BIEGNĘ PO ZŁOTO! Biegnę wolno, może trener pozwoli mi wystartować na Orlenie…? Rozmawialiśmy kilka dni temu o tym, że Małgosia Sobańska (rekordzistka Polski w Maratonie) często biegała drugi maraton 3 tygodnie po pierwszym, osiagając znacznie lepsze rezultaty. Oczywiście ten pierwszy był zazwyczaj zachowawczy, ale ja też biegnę zachowawczo!

Temperatura i nasłonecznienie rosły z każdą chwilą. Punkty odświeżania traktowałam przede wszystkim jako przystanki do oblania głowy wodą. Uważam, że to równie ważne jak picie. Pierwszy żel wzięłam na półmetku. Starałam się zrobić to jak najpóźniej, bo jak zaczyna się ładowanie węglami to nie można już przestać i trzeba regularnie, co około 5 kilometrów spożywać kolejną tubkę. DEBNO15_pzla

Po wybiegnięciu z Dębna po raz drugi (27 kilometr) rozpierała mnie energia szczęście:). Łukasz Panfil (spiker) dopingował, publiczność wiwatowała, było pięknie. Byłam zdziwiona, że gdzieś zagubiła nam się Białorusinka. Zostałyśmy z Kenijką we dwie… no jeszcze z reprezentantem Dębna, który jednak nie chciał biec przed kobietami;)

I wtedy się zdenerwowałam…

Menedżer Kenijki krzyknął, że ma się trzymać za moimi plecami i przyspieszyć dopiero po 35 kilometrze. No, naprawdę się wściekłam. Nie będę Kenijce rozprowadzać biegu, nie! Zwolniłyśmy, bo każda z nas próbowała schować się za drugą. Ale nic, z tego. Żadna nie chciała ustąpić. W efekcie biegłyśmy obok siebie…

DomiD11

Temperatura rosła… czas płynął…

Myślałam o tym, jaki to jednak krótki dystans ten maraton. Na biegu ultra dopiero bym się rozgrzewała. Zaczęłam też przeliczać czas na wynik i wyszło mi, że na złamanie 2:40 nie ma już raczej szansy. Zagapiłam się na chwilę…

Tyle wystarczyło, by Kenijka oderwała się ode mnie. Szarpnęła mocno. Próbowałam ją gonić. Ale nic z tego… Tempo wzrosło do 3,30min/km. I się poddałam. Żałuję, ale pomyślałam, że Mistrzostwo Polski mi wystarczy, że kontroluję sytuacje, a życiówka i tak będzie. W rezultacie na ostatnich 7 kilometrach straciłam ponad minutę… dużo! Nauka na przyszłość: trzeba cały czas być czujnym;)

DimiD17

Dobiegłam! Wygrałam Mistrzostwa Polski w maratonie z czasem 2:41:13.

Przez długi czas nie mogłam jeszcze w to uwierzyć. Nie wiedziałam dlaczego dziewczyny poschodziły z trasy. Co się stało, że tylko 9 zawodniczek ukończyło bieg w ramach MP?

Kolejne 2 i pół godziny spędziłam razem z pierwszymi 4 dziewczynami (z Polski, Kenijki nie badano) na kontroli antydopingowej. Bo to naprawdę nie jest łatwe po maratonie. Jesteś odwodniony, a musisz oddać próbkę moczu minimum 90ml. Siedzisz zatem i pijesz… wodę. Bo choc prosiłyśmy o piwo, nie pozwolono nam. A byłoby szybciej! Z drugiej strony, miałam przed sobą jeszcze ponad 500km w samochodzie… po piwie mogłoby się to źle skończyć;)

debno_2

Na zakończenie dodam, że relacja na temat przygotowań pojawi się wkrótce. Będzie o fizjoterapii, o biegach na czczo w bardzo wczesnych godzinach, o namiocie tlenowym, braku obozów i innych takich (np. moim trenerze).

W tym miejscu chcę jeszcze raz podziękować wszystkim zaangażowanym w mój sukces! Mam wspaniałych ludzi wokół siebie. Ogromniasty całus dla Magdy Sołtys:) – posada menedżera jest cały czas aktualna:D, Dla trenera Huberta muszę coś wymyślić, Szczepana Figata uściskać, z Benkiem wymienić się tradycyjnym niemiłym słowem;), kolegom i koleżankom z pracy podziękować za trzymanie kciuków, Przemkowi Cytrynowiczowi chylę czoła! Rodzicom, teściom i mężowi dziękuję za pomoc w awaryjnych i codziennych sytuacjach;) Dzieciom, za to że są 😀

Wzruszyła mnie też oddolna inicjatywa…

debno koniec

I na tym skończę:) No może wspomnę jeszcze tylko, że byłam najmłodszą zawodniczką na podium (jakby to były zawody MASTERS…). Szkoda, że tak mało jest młodych, dobrze biegających dziewczyn. Z drugiej strony, one wciąż mają szansę. Ja mogłam! Każdy może biegać szybciej!

Tu informacja o mojej drodze maratońskiej, która trwa już 13 lat! http://bieganie.pl/?show=1&cat=10&id=9267

Gratulacje dla wszystkich, którzy ukończyli. Dużo sił i zdrowia tym, którym to się nie udało. Starajcie się nie schodzić z trasy, kiedy to nie jest naprawdę konieczne. Nigdy jednak nie ryzykujcie. Życie i zdrowie mamy jedno.

debno_czasy

wynikikobietDEBNO

Mistrzostwa Polski Kobiet w Maratonie 2017… okiem Mistrzyni Polski;) PROLOG

W Dębnie, w niedzielę 2 kwietnia o godzinie 11-stej rozpoczęły się Mistrzostwa Polski Kobiet w Maratonie. Mistrzostwa organizowane są od 1981, większość edycji właśnie w Dębnie. Dlaczego tam? Czemu w małym miasteczku pod Niemiecką granicą? Czemu na maratonie, który jest w stanie przyjąć „zaledwie” 2500 osób?

DimiD17

Nie znałam odpowiedzi na te pytania. Wiedziałam tylko, że Maraton Warszawski wycofał się z Organizacji MP kobiet w maratonie już po jednej edycji (2012). Okazało się, że wielka impreza nie pomogła w osiągnieciu spektakularnych rezultatów i ściągnięciu całej polskiej czołówki kobiet. Agnieszka Mierzejewska pobiegła tam bardzo przyzwoity czas 2:34:15, ale już do srebra wystarczyło 2:41:52 (zatem gorzej niż w tym roku w Dębnie). Dwie kolejne edycje odbyły się na powrót w Dębnie (w 2013 Agnieszka Gortel-Maciuk wygrała z czasem 2:40:03, a rok później Arleta Meloch 2:43:02). Potem, dwa maratony zawodniczki biegały w Łodzi. W 2015 roku Monika Stefanowicz pobiegła tam najlepszy wynik MP, jedyny poniżej 2:30 (2:29:28). Druga była Agnieszka Mierzejewska 2:30:55. Ale na tym koniec. Na brąz wystarczył wynik 2:47:24. W 2016 Agnieszka Mierzejewska triumfowała z czasem 2:32:04. Niestety już srebro i brąz to wyniki 2:46:33 i 2:55:04. Nie udało się zatem znacząco podnieść poziomu, choć wyniki zwyciężczyń były bardzo dobre. W sytuacji, w której Mistrzostwo Polski realnie nie wiąże się z żadnymi benefitami (w maratonie liczy się minimum określone przez PZLA, które może być wypełnione na dowolnym biegu z atestem IAAF), zwyczajnie nie opłaca się zawodniczkom z najlepszymi rezultatami stawiać w komplecie. Znacznie łatwiej o świetny czas w dobrze obsadzonym maratonie, gdzie prowadzi pacemaker. W grę wchodzą też większe pieniądze. Nie rozumiem w tym miejscu nieco emocjonalnych wpisów na temat poziomu… tylko zmiana systemu na amerykański (na imprezy Mistrzowskie kwalifikują się 3 najlepsze zawodniczki – liczy się tylko jedna impreza, nie mają znaczenia czasy osiągane na maratonach komercyjnych) lub bardzo wysokie nagrody dla co najmniej 5 zawodniczek może coś zmienić.

Trzeba zrozumieć zawodowych biegaczy. Dla większości z nich nagrody są podstawowym źródłem utrzymania. Każdy kalkuluje. Dość słaba medialność biegaczek (i nie skupianie na tym większej wagi) sprawia, że sponsorzy pomagają niechętnie. Polecam artykuł Marcina Nagórka z magazynbieganie.pl – http://www.magazynbieganie.pl/biegacze-a-media-dlaczego-wartosc-marketingowa-polskich-wyczynowcow-jest-bliska-zeru/ Jest jeszcze kwestia przynależności do wojska (tam zatrudnieni są nasi zawodowi biegacze) i wynikających z tego zobowiązań do startów w Mistrzostwach Świata Wojskowych.

DomiD3

Pamiętajmy, że każda zawodniczka posiadająca licencje mogła zgłosić się do  MP i wystartować. Takie są zasady na całym świecie – licencja musi być, nie ma co się na to wściekać. Z najlepszej 10-tki maratonek z 2016 roku na liście startowej było 5. Agnieszka Gortel po półmaratonie w Trójmieście podjęła decyzje, że nie startuje. Andżelika Mach i Anna Łapińska zeszły po połowie dystansu. Andżelika zapowiadała, że będzie biegła na 2:32, Ania wspominała o 2:35. Ale pogoda zweryfikowała wszystkie plany. Tyle, że… prognoza pogody była powszechnie dostępna i znana każdemu. Ale to jest urok maratonu – to dystans, który bywa nieprzewidywalny, potrafi złamać nawet najtwardszych. Nie kupuję komentarzy, że „interesują mnie tylko dobre wyniki, na słabe szkoda nóg”. Gdy ktoś stawia się na starcie to po to, by podjąć walkę. Rozumiem, że czasami zmuszeni jesteśmy zejść, ale na Boga! nie dlatego, że szkoda nóg! Biegaczki kochane, więcej pokory!

Ale wracając do początku… Bo miało być o MP 2017 🙂 Subiektywnie.

Tutaj znajdziecie więcej informacji o historii Maratonu w Dębie http://www.maratondebno.pl/historia-maratonu-debno,91.html . Jadąc do Dębna nie spodziewałam się wiele. Sądziłam, że to dość zaściankowa impreza, która przez 44 lata nie ewoluowała. Ale zaskoczono mnie, bardzo pozytywnie. Po pierwsze ze względu na twardo określony limit zawodników, który dla komfortu biegających nie ma być zwiększany w przyszłości. Po drugie, z powodu kibiców! Nigdzie w Polsce nie spotkałam takich tłumów, nigdzie jeszcze nie czułam, że ludzie (ci niebiegający) czekają na maraton. Że to dla ich społeczności coś wielkiego. Pomimo, że odcina im się główną ulicę i drogę wyjazdową z miasta. Tak, Maraton w Dębnie to prawdziwe biegowe święto.

Minusem lokalizacji na pewno jest oddalenie od stolicy, a także mała liczba miejsc noclegowych. Mnie udało znaleźć się hotel dopiero w Gorzowie, 42 kilometry od startu. Trasa nie prowadzi przez metropolię tylko kręci po mieście i okolicznych lasach. Gdy pierwszy raz zobaczyłam mapkę… byłam przerażona. Nie wiedziałam kompletnie, o co chodzi: „pół małej pętli, potem cała mała, potem duża, znowu cała mała, duża i niecała mała…”. Pomyślałam, że jak nic się zgubię, nie ma bata (a tracka na GPS nie było). Tymczasem NIE MA możliwości, żeby się pomylić. Organizacja ruchu jest świetna. Ponad 200 wolontariuszy zaangażowanych w bieg, policja, straż – wszyscy czuwają, by zawodnicy nie stali się przypadkiem ultramaratończykami. 😉

mapa

Do Dębna z Warszawy jest prawie 500 kilometrów. Gdy trzeba pojechać przez Łódź (bo dzieciaki musiały zostać pod opieką babci) robi się jeszcze więcej. Podróż rozpoczęłam w piątek wieczorem drogą do domu rodzinnego w Łodzi. Tam, o 11 rano w sobotę 1 kwietnia zorganizowaliśmy urodziny mojego starszego syna. Kończył 7 lat. Miałam trochę wyrzutów sumienia, że zostawiam go w taki dzień. Ale nadrobimy w kolejną sobotę!

Po urodzinach synka pojechałam razem z mężem już do Dębna. Szybko poszło, bo drogi dobre.. Pakiety odebrałam koło 17-stej (przy okazji poznając niezastąpionego Przemysława Cytrynowicza, który stał się dobrym duchem mojego maratonu). Nie zostawaliśmy jednak w Dębnie na dłużej, tylko udaliśmy się do Gorzowa. Tam obowiązkowy spacer i zwiedzanie miasta. Mąż piwo. Ja nie…;)

Nie denerwowałam się. Chyba zdążyłam stracić nerwy w poprzedzającym tygodniu… Nawet nie bardzo wytrąciła mnie z równowagi informacja, że rano w niedzielę na drodze do Dębna odbywa się giełda i w związku z tym musimy wyjechać naprawdę wcześnie, bo na poprzednie edycje zawsze ktoś się spóźniał… Poszłam spać koło 9-tej… nie śniło mi się nic specjalnego;) , przez większość nocy tylko drzemałam. Co jadłam dzień wcześniej? Dużo białka i lekkostrawnych, wysokokalorycznych pokarmów. Nauczyłam już się, że krewetek i innych owoców morza należy unikać przed startami… Obowiązkowo na mojej liście jest też SanProbi (probiotyk, który ujarzmia mój słaby żołądek). Probiotyk zawsze zaczynam brać dwa tygodnie przed ważną imprezą. Dzięki temu jestem w stanie unikać problemów żołądkowych, które kiedyś paraliżowały moje starty. I nie, nikt mnie nie sponsorujeJ Sama go kupuję w aptece. A co do cudownej diety maratońskiej – nie stosuje. Od 22 lata zmagam się z zaburzeniami odżywiania i po prostu nie wierzę, że taka dieta białkowo-tłuszczowa może dużo wnieść do mojego wyniku. Lepiej nie ryzykować zmian przed ważnym biegiem.

Rano budzik zadzwonił o 6:45. To raczej późna pora, zwykle wstaję znacznie wcześniej;) Po szybkim prysznicu poszliśmy razem z mężem na śniadanie. Z wielką zazdrością patrzyłam jak pałaszuje jajecznicę i łososia… Ja poprzestałam na kajzerce z miodem. W dzień startu nie należy się opychać, poziom glikogenu nie wzrośnie, a żołądek może zacząć pracować za mocno, odbierając nam cenną energię… Ja wszystkie błędy żywieniowe już zdążyłam popełnić… 😉

Do Dębna dotarliśmy szybko (giełda dopiero się budziła). Przemek Cytrynowicz pomógł nam zaprowadzić samochód w miejsce, z którego moglibyśmy szybko wyjechać po biegu. Tam przez półtorej godziny odpoczywaliśmy. Tzn. poprosiłam męża, żeby mnie zagadywał… Bo już nie chcę myśleć o maratonie;)

Ale byłam trochę zaniepokojona brakiem emocji. Byłam spokojna. Spokojna jak na mnie… coś nie tak…

Tymczasem zrobiło się 40 minut do startu. Czas na rozgrzewkę. Trzy spokojne kilometry. Zaczął mnie boleć brzuch… poprosiłam (czy ponagliłam?) męża o bieg do apteki po NO-SPA (powtarzam: brak sponsora). Nie wiedziałam, czy jest mi to potrzebne, ale na pewno nie zaszkodzi.

DomiD5

I za chwilę był start…

Łukasz Panfil (wspaniały człowiek i lekkoatleta, który prowadził imprezę) wspomniał mnie w gronie faworytek. Poczułam się lepiej;) Poczułam się faworytką. Jedną z kilku, ale jednak! Wiedziałam, że jestem mocna, że z treningu wychodzi, że w idealnych warunkach mogę pobiec naprawdę dobrze!

Ale warunki nie były idealne. Pierwszy gorący weekend po zimie zawsze jest niebezpieczny. Gorąco i słońce, do którego nie jesteśmy przygotowani, nie raz już zweryfikowało marzenia. Na szczęście żyjemy w takich czasach, że mamy dostęp do prognoz pogody. W Dębnie miało być gorąco i wietrznie. Koszmar maratończyka;) ale na imprezie mistrzowskiej każdy ma takie same szanse, tą samą pogodę i trasę!

Start…

Duża grupa dziewczyn. Nikt nie chce prowadzić. Patrzę na zegarek po pierwszym kilometrze – jest bardzo wolno! Tzn. znacznie wolniej niż zakładałam…

Cdn.

ULTRA DLA POCZĄTKUJĄCYCH…

UNie zmieniałam zdania na temat tego, że do ultrabiegów należy się solidnie przygotować. To nie jest dyszka po mieście, gdzie w każdym momencie możesz zejść z trasy i bezpiecznie dotrzeć do domu. Biegi ultra to wyzwania wielogodzinne, często w bardzo trudnym terenie. Nie straszę!!! – zachęcam do stopniowego pokonywania coraz dłuższych dystansów.

Dlatego postanowiłam przedstawić Wam kilka propozycji łatwych biegów ultra. Oczywiście względnie łatwych, bo jednak wymagają odpowiedniego przygotowania (zarówno siłowego, jak i wytrzymałościowego). Warto też zaopatrzyć się w niezbędny sprzęt (na niektórych biegach wymagane jest tzw. wyposażenie obowiązkowe, za którego brak można zostać wykluczonym z wyścigu lub dostać karę czasową).

adidas-1-6

Kiedy wystartować w pierwszym biegu ultra? Gdy jesteśmy w stanie swobodnie przebiec dystans maratoński w czasie poniżej 5 godzin (nie potrzeba biegać po asfalcie, ale powinniśmy mieć maraton na swoim koncie, może być trailowy). Uważam, że warto mieć przynajmniej 3000 kilometrów w nogach. Zawsze jest to subiektywne, bo ktoś może poza bieganiem dużo jeździć na rowerze, pływać, ćwiczyć judo, etc. i w takiej sytuacji, oczywiście, będzie mu łatwiej.

Pamiętajcie jednak, że na ultra zawsze jest czas. To dyscyplina, gdzie najlepsze wyniki osiąga się w średnim wieku;) A brak przygotowania można przypłacić wykluczeniem ze sportu na długo.

Moje propozycje ultra-biegów dla początkująych (i nie tylko, rzecz jasna!):

BIEG SZLAK TRAFI – 5 sierpnia 2017/ Kazimierz Dolny/Parchatka, 57 kilometrów. Do wyboru mamy też półmaraton i bieg na 7km. Są też biegi pod górkę dla dzieci. bstr

Atuty: przedzieracie się przez chaszcze, docieracie do miejsc, w które turyści nie zaglądają. Trochę szkoły przetrwania, choc profil trasy łatwy. Ale start nad ranem z zamku na Kazimierzu – wspaniałe przeżycie.

TUT, BIEG NA 63 KILOMETRY (mój ulubiony)  w Trójmieście. W tym roku odbyła się już edycja zimowa. Nie wiem, czy będzie letnia, ale w lipcu CITYTRAIL zaprasza w tym terenie na 80 kilometrów – http://tricitytrail.pl/. Są też biegi towarzyszące na 47 i 21 kilometrów. Dużo małych górek. Nie ma nudy, ale technicznie jest łatwo, przez cała trasę można biec (nie trzeba;).

ULTRAMAZURY

W 2017 w nowej odsłonie. Bardzo szybka trailowa trasa, a dystanse do wyboru 100 km i 70-tka. Malowniczy bieg 12 sierpnia, zatem można zostać na przedłużony weekend. A Mazur chyba nikomu zachwalać nie muszę.

http://ultra.mazury.pl/index.php/pl/

domiultra4

 

KASZUBSKA PONIEWIERKA, 16 WRZEŚNIA 2017. Tu już jest nieco trudniej, ale to wciąż nie góry. http://www.kaszubskaponiewierka.pl/, do wyboru 100 i 30 kilometrów.

SUPERMARATON W OZORKOWIE, 13 maja, 50 kilometrów. Na pewno świetne miejsce i doskonały termin na przetarcie przed letnimi biegami.

ULTRA KAMIEŃSK, 6 sierpnia 2017. Namiastka biegów górskich. Nie jest technicznie, ale na pewno trzeba być przygotowanym. Na pewno zmęczenie będzie duże. 50 i 25km. http://www.ultrakamiensk.pl/

RYKOWISKO, 27 maja w okolicach płocka. 105, 70 i 35km biegania w terenie. Raczej płasko, ale pięknie. http://www.rykowisko.org/

ULTRAMARATON KASZUBSKI https://www.facebook.com/events/236559710123038/

ULTRAMARATON POWSTAŃCA W WIELISZEWIE (blisko stolicy) http://www.ultra.wieliszew.pl/

LETNI BIEG PIASTÓW – ULTRAMARATON. http://www.ultra.wieliszew.pl/ Polana Jakuszycka, czyli niby w wysokich górach, a prawie po płaskim;) Rózne dystanse towarzyszące do wyboru. 26-27.08.2017

MARATON PUSZCZY BYDGOSKIEJ z ultramaratonem 60 km, 1 października 2017 https://b4sportonline.pl/Maraton_Puszczy

 

 

 

Musztarda po obiedzie… czyli kilka słów o Mistrzostwach Świata w Ultra Trail

Teraz jestem mądrzejsza o ten jeden start.

Nie poprawia mi to jednak humoru, bo swój występ uważam za katastrofę. Dotarłam do mety (to cieszy), ale zawiodłam się na sobie. Popełniłam błędy, których nie powinnam była popełnić. Mogę próbować się usprawiedliwiać, ale to przecież bez sensu.

Po pierwsze bardzo lekceważąco podeszłam do profilu trasy. Jedynie zerknęłam na przewyższenia (tylko kilkaset metrów więcej niż na setce w Krynicy), uznając, że będzie to „biegowy bieg”. Jakże byłam w błędzie!

aa3

Wystartowałam (tu muszę siebie pochwalić) rozważnie, na niskim tętnie, nie szarżując. Pierwsze 35 kilometrów pasowało mi bardzo, sądziłam, że tak będzie też dalej. Do pierwszego punktu (30km) dotarłam świeżutka, pełna energii. Plasowałam się na 9-11 pozycji (było dość gęsto wpadałyśmy praktycznie razem na ten punkt). Mimo to, miałam już kilkanaście minut przewagi nad Ewą i Edytą. Myślałam tylko o tym, by trzymać się Francuzki, z którą dość długo rozmawiałyśmy podczas tego pierwszego etapu.

gere8

Niestety zgubiłam się. Głupota. Trasa była świetnie oznaczona, ale bardzo zdenerwowałam się na punkcie serwisowym (znowu moja wina! Źle spakowałam żele, okazało się, że zapakowałam tylko jeden na ten punkt, pewnie pomyliłam worki, bo czapki też nie było), wytrąciło mnie to z równowagi i przestałam się rozglądać. Pobiegłam za jakimś Włochem, który nagle stanął i stwierdził, że jesteśmy 500m od właściwej ścieżki. Łącznie to tylko kilometr straty, ale nerwów dużo! Po zawróceniu zaczęłam gonić dziewczyny, które mi uciekły. Nic, że wpadłam do strumienia;), że leżałam kilka razy jak długa. Próbowałam cisnąć.

A zaczęło się podejście. 7 kilometrów prawdy. Wspinanie po skałach. W słońcu, w temperaturze 29 stopni w cieniu. Bardzo chciałam utrzymać pozycję. Zagotowałam się. Zamiast trochę odpuścić, ja brnęłam do przodu. Aż organizm sam powiedział stop. Achilles bolał coraz bardziej (troche głupotą był sam start w górach, ale zgłoszenia poszły już w sierpniu, czy lipcu – chciałam walczyć), kręciło mi się w głowie, uda zrobiły się ciężkie. Wylałam na siebie ostatnią butelkę wody, jaką miałam i to pomogło. Zaczęłam znowu wyprzedzać ludzi.

aa2

Zdziwiłam się, gdy dogoniłam Kamila Leśniaka i Bartka Gorczycę. Chłopaki szli i nie wyglądało to dobrze. Ja biegałam… jeszcze. Było jednak coraz gorzej. Odwodnienie, zakwaszenie organizmu. Zagotowanie po prostu. „Ścięło mnie jak jajko” to najlepsze określenie mojego stanu. W głowie miałam tylko jedno „muszę ukończyć ten cholerny bieg, chcoćbym miała zrobić to pod koniec limitu – 16 godzin!”. I tu znowu wychodzi moja ignorancja (może arogancja…), bo podśmiewałam się z tego limitu…

Ostatnie 18 kilometrów szłam. Nie byłam już w stanie biec. Gdzieś tam po drodze wyprzedził mnie Kamil i Bartek (o moim stanie może świadczyć to, że na tak niewielkim dystansie Kamil dołożył mi godzinę!). Co chwilę wyprzedzały mnie dziewczyny. Ale nie walczyłam już z nimi, tylko ze sobą.

gere2

Dobrnęłam na 32 pozycji (wystartowało 120 dziewczyn, ukończyły 2/3). Do zwyciężczyni miałam ponad DWIE!!! godziny straty… Na mecie byłam ponad cztery godziny przed limitem.

Nie byłam w górach od Krynicy, trenuję w Warszawie. To nie miało prawa zakończyć się sukcesem. Inne teamy były w Portugalii od 2, czy nawet 4 tygodni. Tylko takie ekipy jak Polska, Ukraina, Łotwa dolatywały na ostatnią chwilę. W Hiszpanii, Francji dziewczyny trenują zawodowo. U nas wciąż jest to zabawa w sport.

ger1

Oszukano mnie z temperaturą;)

aa1

I tu ciekawa historia. W pewnym momencie wyprzedził mnie Islandczyk, klnąc, że u nich już śnieg i że nie takie warunki organizatorzy obiecywali. Po czym… wskoczył do jeziora!!!

Muszę jeszcze wspomnieć o kijach. 90% ludzi biegło z kijami. Na początku stukałam się w głowę, potem zrozumiałam…

ale… musztarda po obiedzie….

***Musztarda dotarła na ziemie polskie dopiero wraz z wojskami napoleońskimi. Nie wiedziano wtedy, jak należy ją spożywać, dlatego na wielu szlacheckich stołach musztarda pojawiała się na końcu, po daniu głównym, a biesiadnicy jedli ją łyżkami na deser. Według legendy, podczas jednego z takich przyjęć zauważył to Napoleon, który krzyknął z oburzeniem: ”Ależ to jest musztarda po obiedzie!”

***Musztardy nie jadłam w Portugalii – i może to jest przyczyna tak słabego występu;):)

O MARATONIE „PRZY OKAZJI”, O WSZECHSTRONNYM TRENINGU – CZYLI JAK ZDOBYWAĆ ŻYCIÓWKI.

Przyczynkiem do tego wpisu jest maraton w Eindhoven, w którym uzyskałam czas 2:42:47, zajmując 3 miejsce wśród kobiet. Maraton, w którym nie pobiegłabym, gdyby nie tygodniowy wyjazd służbowy do Amsterdamu…

eindh5

W grudniu rozpoczęłam współpracę z trenerem (Hubertem Duklanowskim), po to by dodać nowej jakości moim biegom. Sama (przy współpracy i pomocy, czasem dobrej radzie kilku wspaniałych osób) potrafiłam wytrenować się całkiem nieźle. W pewnym momencie zaczęłam jednak kompletnie mijać się z planem (tzn. plan sobie, a jak rano na treningu sobie…), nie potrafiłam wyegzekwować od siebie trudniejszych jednostek, biegałam tylko to co lubię, tak jak lubię. A to pułapka – do pewnego momentu  jest super, potem organizm zaczyna „cwaniakować” i w rezultacie nie ma progresji (choć są endorfiny).

Ten sezon z założenia miał być podporządkowany ultra-biegom, trochę miał przetestować moje możliwości. To było (już) 10 intensywnych miesięcy. Zaczęłam od startu w połowie stycznia w Biegu Chomiczówki (życiówka na 15km), by po kolei bić rekordy w półmaratonie, maratonie, wygrać w Wings For Life w Australii, zdobyć dwa złota, dwa srebra i braz Mistrzostw Polski w Biegach Górskich. Bardzo istotne, choć trudne, było dla mnie złoto w Mistrzostwach Polski w Ultramaratonie Górskim. Ten bieg, w okropnym upale, nadwyrężył dość mocno moje siły. Mimo to, już dwa tygodnie po nim wybiegałam życiówkę na 5km – 16:44. Wynik, o którym nie marzyłam na początku sezonu.

Na maraton nie było miejsca w intensywnym planie (27 października biegnę MŚ w Ultramaratonie Górskim, a 27 listopada Mistrzostwa Świata na 100km po asfalcie). Mimo to, kiedy okazało się, że muszę spędzić służbowo tydzień w Amsterdamie, a znajomi z pracy namawiają mnie na skorzystanie z okazji i start w Maratonie w Eindhoven, uległam;). Uznaliśmy z trenerem, że będzie to dobry bodziec przygotowujący do setki. Ale co z tego wyjdzie…?

Przyznam: nie zrobiłam treningu specyficznie przygotowującego do maratonu. Jedynym akcentem przedmaratońskim były 3 biegi ciągłe, jeden po drugim, w tempie maratonu (dystans 10, 8, 6km). A mimo to udało mi się o ponad minute poprawić rekord z wiosny. Co więcej, gdyby nie niesprzyjające okoliczności okołostartowe, byłoby jeszcze lepiej. Wierzę, że tak by było, choć nie ma co gdybać.

Wynik daleki od tego, o czym marzę, ale wynik dobry jak na amatorkę, z 2 dzieci, pracującą w korporacji. Wynik wybiegany z treningu do biegów górskich i ultramaratonu (a przecież ultra zabija szybkość, góry to również przekleństwo, nie mówiąc o rowerze… który też stanowi część treningu). Jak to zatem jest? Czy tylko u mnie inaczej? Czy może wielu trenerom najłatwiej jest brnąć w stereotypy, nie rozwijać się, nie myśleć jednostokowo?

Nie sądzę, żebym  była jakimś super wyjątkiem potwierdzającym regułę. Nie sądzę, bo znam wiele przykładów osób, na których góry, rower, ultra również działają stymulująco.

Z drugiej strony mało jest zawodników, którzy chcą zaryzykować wszechstronność. Celowo piszę „zaryzykować”, bo funkcjonuje przekonanie, że starty na różnych nawierzchniach, dystansach mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc. Na zdrowy rozum (i lata doświadczenia) uważam, że najbardziej szkodliwa jest powtarzalność tych samych czynności… W moich przygotowaniach bardzo dużo jest treningów dodatkowych. Biegam relatywnie mało, ćwiczę dużo. I staram się być jak najwięcej w ruchu, czy to z dzieciakami, czy w pracy. Często stosuje kąpiele solankowe, chodzę do sauny.

***

Przed Maratonem w Eindhoven los mnie nie oszczędzał. Od chorób dzieci, przez zatrucie, wyjazd służbowy, nieprzespane noce, kontuzję stopy ( i wiele innych, ale oszczędzę szczegółów). Mimo to wierzyłam, że mogę pobiec nieźle. Głowa jest najważniejsza (oczywiście bez treningu to i ona nie pomoże). W głowie miałam ułożony cały scenariusz. Nie przewidziałam tylko, że ME to malutki bieg, gdzie startuje nieco ponad 2 tysiące maratończyków, a trasa wiedzie krętymi uliczkami naokoło miasta. Dość prowincjonalny bieg, nawet jak na polskie standardy.

Bieg ze wspaniałą publicznością, z energią kibiców i pozytywnym nastawieniem do biegaczy ze strony mieszkańców, ale bieg mały. W sobotę przylecieliśmy grupą 6 osób do Amsterdamu, skąd pociągiem dojechaliśmy do Eindhoven. Biuro zawodów mieściło się zaraz naprzeciw dworca. Mała hala, kila stoisk. W pakiecie sam numer.

Stamtąd udałam się bezpośrednio do hotelu, gdzie przespałam bite 12 godzin!!! Chyba po raz pierwszy od 4 lat! Byłam tak wykończona, że nie miałam siły myśleć. Po prostu ległam na łóżko. Obudziłam się przed siódmą rano i rozpoczęłam przygotowania… rolowanie, nakłuwanie bolącej stopy wykałaczkami, kawa, mata do akupresury. Tradycyjnie bez śniadania. Tradycyjnie stosując probiotyk Sanprobi na tydzień przed biegiem. Musztardy nie zabrałam;) Ale dzień wcześniej była w jadłospisie.

Start o 10:00. 4 żele w kieszni. Ostatni łyk wody.eind1 Zaczęłam spokojnie, choć szybko musiałam przyspieszyć, żeby dogonić grupkę. Wiało (nie jakoś przesadnie mocno, ale znacząco, choć w prognozach było inaczej!). Po 5 kilometrach stwierdziłam jednak, że jest zdecydowanie za szybko. Kolejne 20km to bieg swoim tempem, samotnie, na złamanie 2:40. Niestety na 25 km musiałam się zatrzymać, cofnąć po butelkę z wodą, która wypadła z rąk… i zaczęło się walić. Nie potrafiłam wrócić do rytmu. Było pod wiatr. Tysiące myśli o zejściu z trasy. Kolejne tysiąc o tym, że nie wolno mi nawet myśleć o zejściu. I tak już sobie walczyłam do końca… Nie było świeżości, miałam zbite czwórki, lewa stopa nie ułatwiała zadania (choć o bólu szybko zapomniałam). To jednak „tylko maraton” – ta myśl dodawała mi sił.

Samotność długodystansowca w klasycznym wydaniu. Monologi wewnętrzne.

Na 39km ciśnienie mi podskoczyło… I miałam ochotę zamordować…

eindh2

Nad biegaczami w ramach atrakcji skakali rowerzyści. Ja dziękuję za takie atrakcje!!! Dostałam prawie zawału. Wkurzyłam się tak, jak się można wkurzyć po 39 kilometrach w nogach.

Dobiegłam jako 3-cia kobieta! Z nową życiówką.

eind3

Średnia prędkość  – 15,55 km/

eindhovenpace

 

Miałam cudowne wsparcie mentalne od moich znajomych z pracy, którzy również startowali. Benek poprowadził Alinkę na 57minut w debiucie na 10km, Emilii pomógł Kuba i wybiegała 1:48 2 swoim pierwszym półmaratonie, a Darek ma nową życiówkę maratońską 0 3:47. Benek (znany jako Piotr Bętkowski PB:2:34) bardzo pomógł mi przed startem ogarnąć logistykę…. jak to jednak kobieta jestem ;///eind4

Dziękuję!

Życzę wszystkim spełniania biegowych marzeń. Małych i wilekich. Kibicuję!

Moja statystyka maratońska pokazuje, że wszystko jest możliwe. A wierzę, że to nie koniec, że na wiosnę zaatakuję kolejną barierę.

3:27 – 2004, debiut w Poznaniu, mam 22 lata, biegam od 6 miesięcy
3:10 – 2005, znowu Maraton Poznański, srebro w Akademickich Mistrzostwach Polski                     3:03 – 2008, Toruń, pierwsza próba łamania 3 godzin                                                                             3:00:22 (albo 2:59:82 jak to tłumaczył mój mąż), 2009, feralna Łódź, maraton pomyłek                2:48 – Warszawa, 2011 (mam roczne dziecko, przestaję wierzyć w granice)                                           2:46 – Łódź, 2012                                                                                                                                                      2:43 – Rzym, 2016 (mam 2 dzieci, zaczynam redefiniować trening, mam trenera od 4 miesięcy)   2:42 – Eindhoven, 2016 (sezon ultramaratoński)

SUPPORT na biegach

Jestem przeciwniczką supportu (pomocy zawodnikowi przez osoby z zewnątrz) na biegach. Wychodzę z zasady, że w sporcie indywidualnym, a takim jest bieganie, uczestnik wyścigu powinien radzić sobie sam, korzystając tylko z punktów odżywiania/nawadniania zapewnionych przez organizatora, ewentualnie z pomocy innych uczestników biegu, gdy ci wyrażą taką wolę. Odnosi się to zarówno do biegów krótszych, jak i ultramaratonów. Tylko wtedy zawodnicy mają takie same szanse na zwycięstwo. W moim idealnym świecie – teamt serwisów nie istniałby – byłoby to traktowane jako niedozwolony doping i zabronione oraz surowo karane.

Żyjemy jednak w rzeczywistości, w której dość duża liczba biegów serwis dopuszcza, czy wręcz wymusza na zawodnikach. Nie chcę za bardzo podpaść naszym ultra-ultramaratończykom, ale osobiście nie kupuję koncepcji, w której to cały team pracuje na indywidualny sukces biegacza podczas wyścigu. Na różnych punktach trasy odpowiednie osoby dbają o dobór suplementów, napojów, pomagają schładzać się, zapewniają masaże, przebiórki rzeczy. Zawodnik ma tylko biec i ufać, że pomocnicy zrobią resztę roboty. Wolałabym, żeby na zawodach biegacz musiał sam troszczyć się o wszystkie aspekty wyścigu. No, ale tak nie jest – lubię czy nie – muszę to zaakceptować. Co oznacza, że będą sytuację, w których zostanę niejako postawiona pod ścianą – bez odpowiedniego serwisu znajdę się na straconej pozycji. Te biegi (jak np. 24h) – mają serwis wpisany w strategię – tak jest i już! (podoba mi się, czy nie) i szacunek należy się tym, którzy serwisują najlepiej, oczywiście wykonując to, co jest dozwolone.

mont1

Przedsmak strat związanych z brakiem własnego serwisu miałam na Mistrzostwach Polski w ultramaratonie – zawodniczki, z którymi walczyłam zapewniły sobie pomoc. Ewa Majer nie musiała tracić czasu na punktach, bo jej ludzie większość czynności wykonywali za nią. Było to dozwolone w regulaminie biegu. Ja też mogłam zabrać ze sobą ekipę. Nie zrobiłam tego, bo uważałam, że bez tego uda mi się zwyciężyć (choć na trasie okazało się, że nie było to takie proste w skrajnych warunkach). Poza tym nie mam ekipy ( na razie;). Ten fragment piszę tylko dlatego, żeby zaznzaczyć, że część imprez na pewno będzie rozwijać się w kierunku angażowania teamów, co naturalnie wymuszać będzie tworzenie całych zespołów pracujących na sukces. I znowu, może mi się to nie podobać, ale nie mogę pozwolić sobie na przegrywanie tylko dlatego, że nie zadbałam o wsparcie z zewnątrz, które regulamin dopuszcza. Byłoby to nierozsądne, i to mnie stawiające w złym świetle, a nie innych zawodników korzystających z możliwości serwisu.

No właśnie – regulamin! Organizatorzy niektórych imprez wyraźnie zaznaczają, że jakakolwiek pomoc zawodnikowi z zewnątrz będzie karana dyskwalifikacją (lub karą czasową). Wielokrotnie jednak nie jest to ujęte w regulaminie lub nie do końca doprecyzowane. Pojawiają się sytuacje, gdy któremuś z zawodników towarzyszy rowerowy przyjaciel lub dostarczane są żele, czy napoje na trasie, ale konkurencja nie śpi i pojawiają się protesty. Protesty całkowicie uzasadnione, choć czasami nieco wyolbrzymiające sytuacje pomocy. Bo bywa, że na trasie maratonu pojawi się znajomy na rowerze, z którym zawodnik nie uzgadniał pomocy, ale ten poczęstuje wodą, czy przejedzie jakiś odcinek motywując biegacza. Czy to jest zabronione? Czy to jest moralnie nieuczciwe? Trochę tak, ale nie dopatrywałabym się w tym oszustwa.aa

Niemniej, żyjemy w czasach, w których jesteśmy obserwowani przez social media, przez innych ludzi, którzy wielokrotnie czerpią satysfakcję z wyłapywania naszych potknięć. Nie zamieciemy nic pod dywan, udając, że się nie wydarzyło. Najlpeiej zatem, zawsze zapoznac się z regulaminem imprezy, w której bierzemy udział. Unikniemy pomówień o oszustwo. A oszukiwania NIE LUBIĘ. Niet lubię, gdy ktoś CELOWO łamie zasady. Jaki smak ma wtedy zwycięstwo, czy ukończenie zawodów?

Czytając swego czasu książkę o Pam Reed czułam niesmak. Nie wiem, czy ktoś jeszcze miał podobne myśli, ale cholernie nie podobało mi się, że zawodniczka chwali się, że wygrała morderczy ultramaraton, bo jej partner zaprojektował spiskiwacz, z którym jej ekipa cały czas biegła obok . Przecież inni zawodnicy nie mieli takiej pomocy! Gdzie tu moc superbierbiegaczki? (http://www.magazynbieganie.pl/pam-reed-krolowa-pustyni/). Potem Pam miała z tego tytułu kłopoty, bo organizatorzy szybko zabronili tego typu nowinek technologicznych ewidentnie ułatwiających zawodnikowi bieg.

Kontynuując temat supportu – w wyścigach traithlonowyh Iron Man drafting został zabroniony, a w biegach ulicznych IAFF postanowił uznawać tylko te rekordy kobiet, które uzyskane zostały bez męskiej pomocy. Zatem i tutaj ciekawy temat do dyskusji, choć na razie każdy może umówić się z „zającem’, który poprowadzi mu bieg (to naprawdę ułatwia osiągnięcie dobregu rezultatu, szczególnie, gdy wieje duży wiatr).

Konkluzja? Chciałabym, żeby na biegach zawodnicy byli zdani tylko na siebie. Nie byłoby wtedy tematu pomocy z zewnątrz, dyskusjii czy coś było zabronione, czy może nie do końca. Wiem jednak, że na to się nie zanosi, dlatego szanujmy obowiązujące zasady! Regulaminy są po to, by je przestrzegać, a Organizator może zdyskwalifikować każdego, kto się im nie podporządkowuje. Nie ważne, czy mówimy o czołowych zawodnikach, czy zamykających stawkę. Wspomnę, że swego czasu (jeszcze 4-5 lat temu) najwięcej protestów wnosili zawodnicy z kategorii 70+ doszukując się nieuczciwości u swoich konkurentów. Bo tam też jest walka I każdy chce, by była uczciwa.

 

Musztarda… dla ultrabiegaczy i dla… zdrowia

Słoiczek musztardy dziennie to dla mnie norma. Dotychczas nie zgłębiałam się w temat jej zdrowotnych właściwości. Po prostu mój organizm domagał się musztardy lub chrzanu… Myślałam, że głównie chodzi o ocet… tymczasem…

Musztarda znana była już w starożytności, kiedy to gościła na greckich i rzymskich stołach.

Gorczyca – mniam, idealnie. Do tego ocet!

Gorczyca stanowi naturalne lekarstwo dla układu pokarmowego przy zaburzeniach pracy żołądka oraz trawienia, ale także idealnie sprawdza się jako codzienny składnik diety. Często używana jest w wyrobach medycznych, takich jak plastry łagodzące przeziębienia i bóle reumatyczne. Skutecznie obniża ciśnienie krwi i wspomaga układ odpornościowy. Odtruwa organizm z metali ciężkich i innych trujących substancji. Gorczyca jest zaskakująco bogata w składniki odżywcze, nazywane izotiocyjanianami, które zostały szczegółowo i dogłębnie przebadane pod kątem właściwości przeciwnowotworowych. Na przykład, badania opublikowane w International Journal for Vitamin and Nutrition Research z 2002 r. pokazały że stymulują apoptozę (śmierć komórki) w ludzkich komórkach nowotworowych. Badania opublikowane w Carcinogenesis w 2010 roku ujawniły, że proszek z nasion gorczycy, jest bogaty w szczególnie korzystne grupy izotiocyjanianów (AITC) znacząco hamujące rozwój raka pęcherza moczowego. Gorczyca zawiera wapń, magnez, witaminę B oraz spore ilości żelaza. Ciekawego odkrycia dokonali naukowcy Instytutu Zdrowia w North Caroline State University w USA. Zdaniem specjalistów zawarte w gorczycy homobrassinolidy działają… anabolicznie − na podobieństwo sterydów! (fragmenty zaczerpnięte ze stron internetowych).

Jednym z dodatków, który jest obecny w prawie każdej musztardzie jest kurkumina.Kurkumina jest naturalnym składnikiem rośliny o nazwie ostryż długi, występującej w Azji. Kurkumina posiada silne właściwości przeciwutleniające i przeciwzapalne. Naukowcy z Uniwersytetu Stanu Teksas w Houston potwierdzili skuteczność kuruminy w terapii nowotworowej.
musztarda

Najwyraźniej moja chęć jedzenia musztardy wynika… z jej dobroczynnych właściwości.
Nie będę nikogo przekonywać, że to musztarda stoi za moim bieganiem, ale warto rozważyć włączenie jej do diety. Jest wegańska! Jest dla wszystkich 🙂

I jak narazie żadna marka musztardowa nie pochyliła się nad biegaczami:)

ULTRA +Trail, jak to się biega? O dwóch biegach wygranych OPEN w ciągu tygodnia. Przez kobietę;)

Budzik nastawiłam na 5,30.

Trochę za późno, biorąc pod uwagę, że start zaplanowano na 6,00… i musiałam jeszcze 800 metrów dobiec. No, ale nie zakładałam jakiś wielkich przygotowań: ząbki, ubieranie, pakowanie plecaka (tym razem postanowiłam zabrać ze sobą tylko zestaw do… higieny tatuażu… świeżutka sprawa, nie mogłam ryzykować zakażenia). Na jedzenie, czy picie czasu oczywiście zabrakło. Nie martwiło mnie to jednak w ogóle, bo zazwyczaj przez pierwsze 3 godziny biegu nic nie jem, a upał „zelżał”, było wręcz chłodno, także piciem/niedopiciem też nie musiałam się przejmować. Starałam się tylko jak myszka wymknąć z pokoju hotelowego, bo rodzinka chrapała w najlepsze. Zakładałam, że jeszcze przynajmniej przez godzinę pośpią, aż Kacperek (3-latek, „nie-śpioch” po mamusi) ogłosi alarm „głodowy”.

dd1

Skłamałabym pisząc, że miałam jakiś plan. Tylko tyle, że chciałam wygrać OPEN, nie zmęczyć się za bardzo, ale zrobić solidny trening wytrzymałościowy i w założeniach planowałam miło spędzić czas. Na szczęście było z kim biec (nie lubię takich dystansów pokonywać samotnie, jako urodzona gaduła, która trenuje samiuśka, przynajmniej na zawodach liczę, że znajdę inetrlokutora…). Niejaki;) @owocbiega towarzyszył mi niemal do końca. Na końcu, gdy został w tyle, nawet przez chwilę pomyślałam, że miał dość, że zagadałam go na śmierć…

domiultra4

Jak wyglądał bieg? W miarę równy bieg (większość kilometrów w okolicach 4,40min/km), długie przerwy na punktach. Musiałam jednak wykonywać toaletę tatuażu, a poza tym jakoś nie było sensu się spieszyć. Owoc chciał podjeść w spokoju, mi to pasowało. Tylko dwa razy się zgubiliśmy (co kosztowało nas nie więcej niż 10 minut i trochę stresu plus stratę dwóch pozycji, co jednak dość sprawnie odrobiliśmy). W jednym miejscu taśmy były pozrywane, przypuszczam, że przez gospodarzy, których dom został oznakowany. Ale do tego już przywykłam (jak znajdzie się sponsor na zegarek z możliwością wgrywania tracka nie będę się gubić;).

Temperatura niemal idealna (ja rzecz jasna lubię jeszcze zimniej), za dużo deszczu na początku (nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie mokre buty), zapach lata. Podłoże zróżnicowane – od piasku, przez poniemieckie bruki, łąki. Raczej równo, choć wyszło 800metrów przewyższenia.

Oswoiłam już dystanse powyżej 60 kilometrów. Co to oznacza? Przede wszystkim tyle, że ostatnią dyszkę jestem w stanie pokonać najszybciej w biegu, tym razem z dwoma kończącymi kilometrami poniżej 4,00min/km. Nie to, że chciałam aż tak szybko, ale drugim dystansem @ultramazury był bieg na 10km. Dyszka startowała o 11, także zbiegaliśmy się na końcówce. I odezwał się gen ścigactwa.domiULTRA

A tydzień wcześniej…

O 5 rano startował bieg w Kaziemierzu Dolnym @biegszlaktrafi na 57km. Budzik dzwonił o 4,15, teść z samochodem gotowy był na 4,30. Dzieci smacznie spały. Z zamku o poranku wybiegła całkiem spora grupa. Od początku biegłam w czołówce, ale na pierwszych kilometrach było nas 8, potem 7, 6, 5, 4 aż w końcu ostała się trójka biegnąca całkiem żwawo. Bieg był w typie konkretnego anglosasa, z zaskakująco szybo zmieniającym się ukształtowaniem terenu (od bagien, przez rwące potoki, po szutr, asfalt, piach). Tempo baaaardzo zmienne, dość powiedzieć, że najwolniejszy kilometr pokonałam w 17 minut! Ostatnie 12 km już samotnie pomknęłam do mety… Nic nie jadłam, jak na solidny trening przed docelowymi ultra przystało. Wszystko co „w razie czego” potrzebne miałam ze sobą w plecaku, ale na szczęście nie musiałam korzystać z zapasów. Podoba mi się w biegach trailowych to, że nie ma serwisu, nie ma pomocy z zewnątrz, trzeba sobie radzić samemu. Każdy ma takie same szanse, to w końcu biegi indywidualne.

…lubię wygrywać z facetami…

…ale przede wszystkim lubię biegać w terenie…

…trail to moja bajka… moje królestwo…

fot. Michal Rowinski

dziękuję za fotki Piotr Siliniewicz i Michał Rowiński 😀

a to moje kolejne zrealizowane marzenie;)

tati