O MARATONIE „PRZY OKAZJI”, O WSZECHSTRONNYM TRENINGU – CZYLI JAK ZDOBYWAĆ ŻYCIÓWKI.

Przyczynkiem do tego wpisu jest maraton w Eindhoven, w którym uzyskałam czas 2:42:47, zajmując 3 miejsce wśród kobiet. Maraton, w którym nie pobiegłabym, gdyby nie tygodniowy wyjazd służbowy do Amsterdamu…

eindh5

W grudniu rozpoczęłam współpracę z trenerem (Hubertem Duklanowskim), po to by dodać nowej jakości moim biegom. Sama (przy współpracy i pomocy, czasem dobrej radzie kilku wspaniałych osób) potrafiłam wytrenować się całkiem nieźle. W pewnym momencie zaczęłam jednak kompletnie mijać się z planem (tzn. plan sobie, a jak rano na treningu sobie…), nie potrafiłam wyegzekwować od siebie trudniejszych jednostek, biegałam tylko to co lubię, tak jak lubię. A to pułapka – do pewnego momentu  jest super, potem organizm zaczyna „cwaniakować” i w rezultacie nie ma progresji (choć są endorfiny).

Ten sezon z założenia miał być podporządkowany ultra-biegom, trochę miał przetestować moje możliwości. To było (już) 10 intensywnych miesięcy. Zaczęłam od startu w połowie stycznia w Biegu Chomiczówki (życiówka na 15km), by po kolei bić rekordy w półmaratonie, maratonie, wygrać w Wings For Life w Australii, zdobyć dwa złota, dwa srebra i braz Mistrzostw Polski w Biegach Górskich. Bardzo istotne, choć trudne, było dla mnie złoto w Mistrzostwach Polski w Ultramaratonie Górskim. Ten bieg, w okropnym upale, nadwyrężył dość mocno moje siły. Mimo to, już dwa tygodnie po nim wybiegałam życiówkę na 5km – 16:44. Wynik, o którym nie marzyłam na początku sezonu.

Na maraton nie było miejsca w intensywnym planie (27 października biegnę MŚ w Ultramaratonie Górskim, a 27 listopada Mistrzostwa Świata na 100km po asfalcie). Mimo to, kiedy okazało się, że muszę spędzić służbowo tydzień w Amsterdamie, a znajomi z pracy namawiają mnie na skorzystanie z okazji i start w Maratonie w Eindhoven, uległam;). Uznaliśmy z trenerem, że będzie to dobry bodziec przygotowujący do setki. Ale co z tego wyjdzie…?

Przyznam: nie zrobiłam treningu specyficznie przygotowującego do maratonu. Jedynym akcentem przedmaratońskim były 3 biegi ciągłe, jeden po drugim, w tempie maratonu (dystans 10, 8, 6km). A mimo to udało mi się o ponad minute poprawić rekord z wiosny. Co więcej, gdyby nie niesprzyjające okoliczności okołostartowe, byłoby jeszcze lepiej. Wierzę, że tak by było, choć nie ma co gdybać.

Wynik daleki od tego, o czym marzę, ale wynik dobry jak na amatorkę, z 2 dzieci, pracującą w korporacji. Wynik wybiegany z treningu do biegów górskich i ultramaratonu (a przecież ultra zabija szybkość, góry to również przekleństwo, nie mówiąc o rowerze… który też stanowi część treningu). Jak to zatem jest? Czy tylko u mnie inaczej? Czy może wielu trenerom najłatwiej jest brnąć w stereotypy, nie rozwijać się, nie myśleć jednostokowo?

Nie sądzę, żebym  była jakimś super wyjątkiem potwierdzającym regułę. Nie sądzę, bo znam wiele przykładów osób, na których góry, rower, ultra również działają stymulująco.

Z drugiej strony mało jest zawodników, którzy chcą zaryzykować wszechstronność. Celowo piszę „zaryzykować”, bo funkcjonuje przekonanie, że starty na różnych nawierzchniach, dystansach mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc. Na zdrowy rozum (i lata doświadczenia) uważam, że najbardziej szkodliwa jest powtarzalność tych samych czynności… W moich przygotowaniach bardzo dużo jest treningów dodatkowych. Biegam relatywnie mało, ćwiczę dużo. I staram się być jak najwięcej w ruchu, czy to z dzieciakami, czy w pracy. Często stosuje kąpiele solankowe, chodzę do sauny.

***

Przed Maratonem w Eindhoven los mnie nie oszczędzał. Od chorób dzieci, przez zatrucie, wyjazd służbowy, nieprzespane noce, kontuzję stopy ( i wiele innych, ale oszczędzę szczegółów). Mimo to wierzyłam, że mogę pobiec nieźle. Głowa jest najważniejsza (oczywiście bez treningu to i ona nie pomoże). W głowie miałam ułożony cały scenariusz. Nie przewidziałam tylko, że ME to malutki bieg, gdzie startuje nieco ponad 2 tysiące maratończyków, a trasa wiedzie krętymi uliczkami naokoło miasta. Dość prowincjonalny bieg, nawet jak na polskie standardy.

Bieg ze wspaniałą publicznością, z energią kibiców i pozytywnym nastawieniem do biegaczy ze strony mieszkańców, ale bieg mały. W sobotę przylecieliśmy grupą 6 osób do Amsterdamu, skąd pociągiem dojechaliśmy do Eindhoven. Biuro zawodów mieściło się zaraz naprzeciw dworca. Mała hala, kila stoisk. W pakiecie sam numer.

Stamtąd udałam się bezpośrednio do hotelu, gdzie przespałam bite 12 godzin!!! Chyba po raz pierwszy od 4 lat! Byłam tak wykończona, że nie miałam siły myśleć. Po prostu ległam na łóżko. Obudziłam się przed siódmą rano i rozpoczęłam przygotowania… rolowanie, nakłuwanie bolącej stopy wykałaczkami, kawa, mata do akupresury. Tradycyjnie bez śniadania. Tradycyjnie stosując probiotyk Sanprobi na tydzień przed biegiem. Musztardy nie zabrałam;) Ale dzień wcześniej była w jadłospisie.

Start o 10:00. 4 żele w kieszni. Ostatni łyk wody.eind1 Zaczęłam spokojnie, choć szybko musiałam przyspieszyć, żeby dogonić grupkę. Wiało (nie jakoś przesadnie mocno, ale znacząco, choć w prognozach było inaczej!). Po 5 kilometrach stwierdziłam jednak, że jest zdecydowanie za szybko. Kolejne 20km to bieg swoim tempem, samotnie, na złamanie 2:40. Niestety na 25 km musiałam się zatrzymać, cofnąć po butelkę z wodą, która wypadła z rąk… i zaczęło się walić. Nie potrafiłam wrócić do rytmu. Było pod wiatr. Tysiące myśli o zejściu z trasy. Kolejne tysiąc o tym, że nie wolno mi nawet myśleć o zejściu. I tak już sobie walczyłam do końca… Nie było świeżości, miałam zbite czwórki, lewa stopa nie ułatwiała zadania (choć o bólu szybko zapomniałam). To jednak „tylko maraton” – ta myśl dodawała mi sił.

Samotność długodystansowca w klasycznym wydaniu. Monologi wewnętrzne.

Na 39km ciśnienie mi podskoczyło… I miałam ochotę zamordować…

eindh2

Nad biegaczami w ramach atrakcji skakali rowerzyści. Ja dziękuję za takie atrakcje!!! Dostałam prawie zawału. Wkurzyłam się tak, jak się można wkurzyć po 39 kilometrach w nogach.

Dobiegłam jako 3-cia kobieta! Z nową życiówką.

eind3

Średnia prędkość  – 15,55 km/

eindhovenpace

 

Miałam cudowne wsparcie mentalne od moich znajomych z pracy, którzy również startowali. Benek poprowadził Alinkę na 57minut w debiucie na 10km, Emilii pomógł Kuba i wybiegała 1:48 2 swoim pierwszym półmaratonie, a Darek ma nową życiówkę maratońską 0 3:47. Benek (znany jako Piotr Bętkowski PB:2:34) bardzo pomógł mi przed startem ogarnąć logistykę…. jak to jednak kobieta jestem ;///eind4

Dziękuję!

Życzę wszystkim spełniania biegowych marzeń. Małych i wilekich. Kibicuję!

Moja statystyka maratońska pokazuje, że wszystko jest możliwe. A wierzę, że to nie koniec, że na wiosnę zaatakuję kolejną barierę.

3:27 – 2004, debiut w Poznaniu, mam 22 lata, biegam od 6 miesięcy
3:10 – 2005, znowu Maraton Poznański, srebro w Akademickich Mistrzostwach Polski                     3:03 – 2008, Toruń, pierwsza próba łamania 3 godzin                                                                             3:00:22 (albo 2:59:82 jak to tłumaczył mój mąż), 2009, feralna Łódź, maraton pomyłek                2:48 – Warszawa, 2011 (mam roczne dziecko, przestaję wierzyć w granice)                                           2:46 – Łódź, 2012                                                                                                                                                      2:43 – Rzym, 2016 (mam 2 dzieci, zaczynam redefiniować trening, mam trenera od 4 miesięcy)   2:42 – Eindhoven, 2016 (sezon ultramaratoński)

Jedna myśl nt. „O MARATONIE „PRZY OKAZJI”, O WSZECHSTRONNYM TRENINGU – CZYLI JAK ZDOBYWAĆ ŻYCIÓWKI.

Dodaj komentarz