MOJA BIEGOWA HISTORIA cz. 6

6.       GÓRSKI WKŁAD W PRZYGOTOWANIA MARATOŃSKIE

Maratonów nie biega się szybko. Relatywnie oczywiście. Bo wiadomo, że to co dla jednego jest wolnym tempem dla drugiego stanowi szczyt sprintu. Niemniej każdy, kto biega maratony robi to znacznie wolniej niż 5, czy 10 km. Wyszłam zatem z założenia, że nie będzie mi już potrzebna szczególna szybkość w tym sezonie i należałoby skupić się na wytrzymałości. Stwierdziłam, że długie biegi górskie mogą stanowić idealny sposób na przygotowania do maratonu płaskiego. Nie pomyliłam się.

Zaczęłam od startu w majowych Mistrzostwach Polski w Biegach Górskich na Długim Dystansie (2011 rok). W połowie maja udało mi się wywalczyć  tytuł Mistrzyni Polski. Choć w duchu liczyłam, że to jest możliwe, to jednak nie byłam w gronie faworytek. Nie miałam praktycznie żadnego doświadczenia górskiego, mieszkałam w „płaskim”  mieście. Na szczęście okazało się, że w górach liczy się też dyspozycja dnia (a ta przytrafiła mi się idealnie) i chęć walki do końca. Bieg wygrałam na ostatnich metrach. Sprawdziła się maksyma, że w sporcie nic nie jest pewne do końca.

Na szczęście dla mnie trasa pozwalała na bieg przez cały czas. Co to znaczy? Niestety zazwyczaj w górach są momenty, w których nie da się nie iść (i to „nie da się” dotyczy także ścisłej czołówki), a ja podchodzić nie umiałam i wciąż nie umiem. Na 28 km usytuowane były dwie pętle, których pokonanie polegało na wbiegnięciu na Wielką Sowę i zbiegu. Najtrudniejszym momentem był początek drugiego podbiegu, gdy nogi już mocno dawały się we znaki (obciążone bardzo szybkim zbiegiem po kamiennych płytach). Jakoś jednak udało się dojść do siebie i nie poddać.

Przy okazji tego biegu zaobserwowałam, że zbieganie stanowi moją bardzo mocną stronę (miałam już takie przypuszczenie po biegach falenickich, ale teraz ostatecznie potwierdziłam je). Pomimo, że nigdy nie ćwiczyłam tego elementu to potrafię naturalnie „puścić się” z góry, ufając, że nogi same mnie poniosą. Nie ma we mnie strachu przed szybkością, czy upadkiem. Po prostu biegnę w dół, na łeb, na szyję. Bez kalkulacji, bez włączania w ten proces wyobraźni.

Bez wyobraźni były niestety również moje kolejne starty. Chyba przez euforię po tak udanym dla mnie biegu zupełnie zapomniałam o regeneracji. Od razu zaczęłam trening na wysokich obrotach i zdecydowałam się na kilka mało ważnych (ale jednak obciążających) startów. Było to tym bardziej głupie, że zakwalifikowałam się na czerwcowe Mistrzostwa Świata w Maratonie Górskim na Słowenii. Sądziłam, że jestem niezniszczalna, a okazało się, że o kontuzję bardzo łatwo. Szczególnie, gdy ma się za dużo na głowie. Albo gdy człowiek decyduje się na start na drugim końcu Polski i spędza w samochodzie dwadzieścia godzin…

Nie będę ukrywać, że dla pracującej młodej mamy znalezienie czasu na trening nie jest łatwe. Wymaga to kompromisów z innymi członkami rodziny, podporządkowania się silnemu rygorowi. Oczywiście – chcieć to móc – ale zazwyczaj w takich przypadkach, gdy doba jest za krótka, brakuje czasu na odpowiednią regenerację. Człowiek za krótko śpi (roczne, ciekawe świata dziecko w tym nie pomaga), nawet nie pomyśli o masażu, a stretching ogranicza do minimum. Gdy do tego dojdzie zarwana całkowicie noc  (bo wesele znajomych, czy jakaś ważna impreza) to robi się mały dramat. A organizm w końcu upomni się o swoje.

Ja miałam to szczęście, że jednak zazwyczaj dogadywałam się z moim ciałem. Nawet, gdy na początku nie chciałam właściwie interpretować wysyłanych sygnałów, to w końcu ulegałam. Za bardzo kocham moje ciało…

Tymczasem kilka słów o Mistrzostwach  Świata w Maratonie Górskim:

Cóż, od czego by tu zacząć…ukończyłam i nie zrobiłam sobie krzywdy…poza tym, niewiele miało to wspólnego z bieganiem… Na mecie zameldowałam się 21 z kobiet  z czasem 4:47:21. Strasznie szybko się zakwasiłam i nie byłam w stanie podnosić nóg. Nie wiem, czy to tylko brak wytrenowania i przemęczenie organizmu, czy za szybkie tempo na początku (bo ambitnie nie chciałam odpuścić najlepszym), a może brak aklimatyzacji, czy burzowa pogoda i deszcz. Miałam zejść w połowie, ale skoro nigdy nie schodzę i przejechałam ponad dwa tysiące kilometrów, to byłoby to bez sensu. Postanowiłam potraktować drugą (morderczą) część trasy jako spacer po górach. Przy okazji zgubiłam buta po którego musiałam się wracać, wzywałam pomoc dla człowieka, który na moich oczach skręcił sobie nogę (dokładnie nie wiem co mu się stało, ale wyglądało dramatycznie). I człapałam. Z bólem, ale… na szczycie ukazał mi się taki widok, że przestałam mieć jakiekolwiek wyrzuty sumienia, że pojechałam na te zawody. Gdybym biegła i walczyła, nigdy nie zwróciłabym uwagi na to, co mijam po drodze. A tak? Miałam czas i okazję popodziwiać. Oczywiście wolałabym biec… Ale nie było sensu ryzykować kontuzji (a zmęczone mięśnie łatwo ulegają), bo 15 czy 25 pozycja – to już bez znaczenia.

Po Mistrzostwach odpoczęłam. A na urlop na dwa tygodnie udaliśmy się znowu do Wysowej. Pomimo kilku dni chorowania (przyplątał mi się jakiś dziwny wirus) zregenerowałam organizm. Mogłam wreszcie pobiegać dłużej lecz wolniej. Mogłam bezkarnie leniuchować (bo w opiece nad Bartusiem pomagali nam teściowie). Znów były bicze szkockie i uzdrowiskowe kąpiele. Były wakacje takie, jak lubię. Na zakończenie pobytu w dobrym stylu wygrałam Bieg pod Radziejową (25 km biegu górskiego, bez znacznych przewyższeń). Byłam gotowa na ostatni etap przygotowań przedmaratońskich.

Obraz 061

Dodaj komentarz