MOJA BIEGOWA HISTORIA cz. 5

5.  CEL PIERWSZY: POPRAWA SZYBKOŚCI I DOBRY WYNIK W PÓŁMARATONIE

Za cel na wiosnę 2011 roku postawiłam sobie przebiegnięcie półmaratonu w czasie poniżej 1:20. W założeniach zrezygnowałam z maratonu (studiowałam w weekendy na SGH na podyplomowych studiach marketingu sportu i niestety nie miałam czasu na długie wybiegania). W tym momencie już nie interesował mnie wynik powyżej 2:50. Przewartościowałam podejście do wyników – wiedziałam, że moja głowa jest już gotowa na szybkie bieganie. I że mam ten komfort, że nic nie ryzykuję. Nie jestem zawodowym sportowcem, spełniam się w życiu. W bieganiu mogę pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Najwyżej nie wyjdzie.

W przygotowaniach do półmaratonu regularnie startowałam w cyklu Warszawskich Biegów Górskich w Falenicy. Ten trudny przełaj (bo jednak z górami falenickie wydmy niewiele mają wspólnego nawet gdy zsumuje przewyższenia) był doskonałym sprawdzianem wzrostu formy i pokazywał, że przygotowania idą w dobrym kierunku. W okresie zimowym wystartowałam 3 razy w Falenicy oraz raz na 5 km (18,12 w trudnych zimowych warunkach). Na szczęście nie miałam czasu na więcej imprez biegowych i mogłam „na świeżości” zmierzyć się z półmaratonem.

Do treningu dodałam zajęcia na hali lekkoatletycznej (raz w tygodniu – prowadziłam je dla przemiłej grupy T-Mobile) oraz fitness (to bardziej z lenistwa, bo nie chciało mi się ćwiczyć na siłowni). Dodatkowo dużo nosiłam synka, podrzucałam go (chyba wszystkie dzieci to uwielbiają) i bawiłam się z nim, często dość intensywnie angażując się fizycznie. Zaczęliśmy też z mężem, co najmniej 3 razy w tygodniu, grać w XBOX Kinect. To było niejednokrotnie bardziej forsowne niż najmocniejszy trening biegowy…

Przykładowy tydzień (w dwóch wariantach):

Poniedziałek Rano: 9 km w lekko narastającym   tempieWieczorem: hala, czyli siła   biegowa, ćwiczenia wzmacniające, rozciąganie. Hala
Wtorek 11 km w tempie 4,50   min/km 12 km po 4,54 min/km
Środa 14 km: 30’ biegu   ciągłego na rozgrzewkę + 10×1’(p:1’). Tempo minutówek 3,40 min/km. 13,6 km: 30’ rozgrzewki   + 3’,3’,2’,2’,1’,1’ p: 1’
Czwartek 18 km w tempie 4,48   min/km 8 km po 4,48 min/km,   TBC (zajęcie z fitness z ciężarkami).
Piątek wolne wolne
Sobota Start 10 km, wydma   falenicka Start 10 km, wydma   falenicka
Niedziela 23 km po 5 min/km 21 km po 4,30 min/km

Suma   kilometrów:

85 km

65 km

 

Średnio biegałam 70 km tygodniowo, choć zdarzyło się kilka tygodni z przebiegiem po 90 km. Aplikowany trening nie był bardzo wyczerpujący. Dzięki bodźcom (też raczej łagodnym) udało się poprawić wytrzymałość szybkościową. Udało się pozostawić jeszcze wiele możliwości treningowych „na później”. W tym miejscu nadmienię, że za największy błąd wielu amatorów uważam sięganie po wszystko, co możliwe w treningu od razu. Bez dozowania sobie doznań. Tymczasem organizm, któremu już na początku biegowej drogi zaaplikuje się większość środków nie będzie później chciał na nie odpowiednio reagować. Trzeba spokojnie, po kolei…

Półmaraton, który wybrałam to oczywiście ( z racji zamieszkania i doskonałego terminu) Półmaraton Warszawski. Nie zamierzałam kalkulować, postanowiłam od początku „biec na żywioł”, kierując się samopoczuciem. Pogoda była wietrzna, ale ogólnie sprzyjająca dobrym wynikom. Niestety na starcie stawiłam się po nieprzespanej nocy, bo Bartuś zaczął chorować (także jak najszybszy powrót do domu był kolejną motywacją do przyspieszenia), bolał mnie też brzuch (ale może to nerwy, nie wiem – w każdym razie wyszukana naprędce No Spa zadziałała, albo był to efekt placebo; mniejsza z tym).

Wystartowałam.

Pierwsze 5 km (18,17 – życiówka), 10 km (36,37 – kolejny rekord), 15 km (55,18 – wow!). Niestety na końcu lekko zwolniłam przez znany większości warszawskim, ale i przyjezdnym biegaczom, podbieg na Sanguszki. Mimo to poprawiłam się o ponad 4 minuty – oficjalnie uzyskałam czas 1,19,15. To już było coś. Z takim wynikiem w portfolio mogłam myśleć o szybkim maratonie. Zamierzałam solidnie przygotować się do jesiennego startu. Nie sądziłam jednak, że w międzyczasie odkryję trochę inne bieganie J

Pod koniec kwietnia wybraliśmy się rodzinnie w góry do Wisły. Łaziliśmy z Małym (już nie takim małym, bo rocznym zaczynającym chodzić chłopczykiem) po okolicznych szczytach, biegaliśmy. Jakoś tak zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że ostatniego dnia naszego pobytu w Beskidach będzie miał miejsce Bieg na Grojec – pięciokilometrowy bieg górski w stylu alpejskim (czyli od początku biegnie się pod górkę, a meta usytuowana jest na szczycie). Pomimo solidnego zmęczenia i zakwaszenia (bo biegając po Wiśle i jej wzniesieniach nie oszczędzałam się) zdecydowałam się na start. Pomyślałam, że będzie to doskonały trening.

Popełniłam bardzo wiele błędów początkującego w górach biegacza – zaczynając od niedostatecznego nawodnienia przed biegiem, poprzez zbyt forsowne podejście do początkowej fazy biegu, zły dobór butów (w biegach pod górę najlepiej sprawdzają się leciutkie startówki), a kończąc na kompletnym braku doświadczenia w podchodzeniu (a niestety inaczej nie dało się na ostatnim fragmencie trasy). To właśnie na końcówce zostałam wyprzedzona przez dwie zawodniczki (jak one mogły tak szybko iść pod górę!). Ostatecznie zakończyłam na trzecim miejscu z solennym postanowieniem, że już wkrótce w góry powrócę.

4 dni po tym starcie udało mi się uzyskać, niezwykłą jak dla mnie, życiówkę na milę. Pobiegłam 4,59 i sądzę, że był to jeden z szybszych biegów w moim życiu na dystansie, na którym kompletnie się  nie odnajduję 😉 Jednak dzięki mocnemu bieganiu po górach czułam niezwykłą siłę i moc. I nie przeraziłam się, że większość rywalek była prawie połowę młodsza ode mnie.

Dodaj komentarz