MOJA BIEGOWA HISTORIA cz. 4

4. ZMIANY, ZMIANY I ŻYCIÓWKI

Latem 2009 roku zaszłam w ciążę. 27 lat to doskonały czas, by sprawdzić się w roli mamy. Mimo to bardzo się bałam, bo nie miałam pojęcia jakich zmian mogę się spodziewać. Zanim jednak Maleństwo przyszło na świat musiałam „przetrwać” trudne 9 miesięcy. Dla mnie był to czas, który wymusił radykalne zmiany w stylu życia i na początku nie było wcale łatwo. Trzeba  było zadbać o regularny rozkład dnia, ograniczyć stresy, zrezygnować z alkoholu i imprez, regularnie sypiać i nie forsować się.

Nie zrezygnowałam z treningu lecz znacznie zmniejszyłam jego objętość. Biegałam do końca drugiego trymestru. Przez ostatnie 3 miesiące chodziłam na gimnastykę dla kobiet w ciąży i jogę. Do końca byłam aktywna, ale dużo odpoczywałam, nie robiłam nic ponad siły. Przytyłam 11 kilogramów, co wydaje mi się idealnym przyrostem masy w ciąży.

I nareszcie (kilka dni po terminie) pojawił się mój synek Bartek. Zaczynała się wiosna.

Już tydzień po porodzie wyszłam na pierwszą przebieżkę – ot, takie wolniutkie 15 minut. Z dnia na dzień wydłużałam dystans, ale przez pierwsze cztery miesiące nie wprowadzałam żadnego planu. Biegałam systematycznie, coraz dłużej i szybciej, ale „na żywioł”. Pamiętam ten czas jako coś niesamowitego – czułam jak forma rośnie z dnia na dzień, jak staję się sprawniejsza i silniejsza. I przychodziło to tak łatwo! Bez zbędnego forsowania się, bez żadnego reżimu.

W dojściu do przyzwoitej formy (jak się wkrótce okazało – życiowej) pomogły mi 3 tygodnie spędzone w górach w Beskidzie Niskim. Polecam te tereny wszystkim biegaczom, którzy nie tęsknią za zgiełkiem większych miejscowości. Ukryte pomiędzy górami w lasach jodłowo-bukowych uzdrowisko – Wysowa ma wszystko, czego potrzebuje miłośnik aktywnego trybu życia. Jest basen, są korty tenisowe, ujeżdżalnie, a przede wszystkim szlaki idealne na piesze wędrówki i doskonałe do biegania. Można znaleźć trasy łagodne, niemalże płaskie oraz pofałdowane. Bardziej i mniej dzikie. To naprawdę doskonałe miejsce, by złapać formę.

Dodatkowo w sanatorium można zapisać się na zabiegi krioterapii, bicze szkockie, czy też kąpiele lecznicze. Korzystałam ze wszystkiego i szczególnie pozytywnie oceniam poranne przebudzanie biczami szkockimi. Ten 5 minutowy zabieg potrafi zdziałać cuda, aktywując mięśnie do całodziennego wysiłku. A nie oszczędzałam się – biegałam (raz dziennie), chodziłam na długie spacery z Bartkiem w wózku lub w nosidle, ćwiczyłam ogólnorozwojowo (uważam, że okres letni to doskonały czas, by wprowadzić dodatkowe dyscypliny sportowe, by wzmocnić zaniedbywane zazwyczaj partie ciała).

bieg

Pół roku po porodzie miałam już nowe życiówki na 5, 10 i 21 km. Nie poprawiłam się znacząco, ale czułam, że mam jeszcze bardzo duży potencjał. Wiedziałam też, że nadszedł czas, by poważniej zainteresować się treningiem długodystansowym (pomimo że na studiach wydawało mi się, że już jestem ekspertem;), by poukładać zdobytą dotąd wiedzę i doświadczenie. Zaczęłam regularnie biegać i ćwiczyć. Ponieważ musiałam swoją pasję dzielić z pracą zawodową (na szczęście na początku na pół etatu) i wychowywaniem małego dziecka to w zimie 2010/11 zdecydowałam się na trening późną wieczorową porą. Gdy tylko Bartuś zasypiał, a zatem po 20-tej (czasem i po 21-szej) ruszałam do boju 🙂

Dodaj komentarz