MOJA BIEGOWA HISTORIA cz. 3

3.       Regularne bieganie, ale nieregularne życie

Śmiało mogę napisać, że od 2008 roku biegałam regularnie, dość mądrze. Utrzymywałam w miarę stabilną formę, poprawiając się na krótszych dystansach. Nie potrafiłam jednak zrobić kolejnego kroku. Pomimo wyważonego treningu, za dużo chaosu było w moim życiu. Wieczorne imprezy, weekendowe wyjazdy w różne strony Polski, praca. To wszystko nie sprzyjało poprawie. Często w niedzielę nie byłam w stanie zwlec się przed południem z łóżka, bo po prostu potrzebowałam odespać „cały tydzień”. Brakowało sił na długie wybiegania.

Dodatkowo, w momencie, gdy wydawało mi się, że nareszcie poukładam sobie wszystko, łącznie z treningiem, złamałam rękę. Było to dla mnie mocno traumatyczne przeżycie, bo po pierwsze nigdy wcześniej nie miałam żadnych złamań, a po drugie nieszczęśliwa historia przytrafiła mi się kilka godzin przed Sylwestrem w Zakopanem. Po całym dniu jazdy na snowboardzie (nauki jazdy – dałam się namówić na porzucenie nart na rzecz deski) miałam zdjąć buty. I poślizgnęłam się, bardzo niefortunnie. Poszły 3 kości w nadgarstku. Ośmiu godzin na izbie w zakopiańskim szpitalu nawet nie chcę wspominać… Szampańska zabawa!

Nie był to jednak koniec nieprzyjemności. 2 tygodnie później okazało się, że ręka została źle złożona i potrzebne jest powtórne łamanie i operacja. To oczywiście wydłużyło okres „zagipsowania” do 6 tygodni. Z całej tej historii pozytywny okazał się jednak fakt, że „odkryłam” bieganie na bieżni mechanicznej. Nie, żebym wcześniej tego nie próbowała, ale dopiero biegając ze złamaną ręką (gdy bieżnia nie miała alternatywy, bo była zima i jakikolwiek upadek mógł się źle skończyć) polubiłam bieżnię. Okazało się, że nawet półtoragodzinne treningi da się wytrzymać, jeżeli odpowiednio zaplanuje się bodźce. I tak, dla urozmaicenia, układałam sobie różne warianty, np. zaczynałam od prędkości 11,5 km/h i co 3 minuty podkręcałam szybkość o 0,2. Albo bawiłam się nachyleniem, czy też próbowałam jednego z zaprogramowanych trybów.

Wiosną 2009 roku, miesiąc po zdjęciu gipsu przebiegłam maraton w 3:00:26. Na pocieszenie mój mąż próbował mnie przekonać, że miałam czas 2:59:86 😉 To była kolejna życiówka (każdy maraton w moim życiu to progres), ale znowu czegoś zabrakło. Wydaje mi się, że niestety tym razem za wcześnie się poddałam, bo na 40 km miałam jeszcze duże szanse zmieścić się w 3 godzinach. Niestety tabliczka na trasie stała w złym miejscu (a wtedy nie posiadałam jeszcze żadnego urządzenia mierzącego dystans). Załamana przeszłam na chwilę do marszu i dotruchtałam do końca. Na pewno straciłam więcej  niż feralne 26 sekund. To był kolejny maraton, który nie bolał w trakcie biegu, choć tym razem naprawdę nie byłam przygotowana do tak długiego biegu. Nie zrobiłam żadnego treningu dłuższego niż 90 minut. Byłam o 2 kilogramy cięższa niż zazwyczaj (a przy mojej masie to 4% ogólnej wagi).

Po tym biegu obiecałam sobie, że następnym razem ukończę maraton, gdy będę pewna, że jestem w stanie dobrze go pobiec. Stwierdziłam, że samo klepanie tylu kilometrów na asfalcie nie jest przyjemne, także jeżeli mam się na to zdobyć po raz kolejny, musi to mieć sens. Musi zakończyć się sukcesem. Nie sądziłam jednak, że poprawię się tak bardzo, że będzie to takie proste i że 3 godziny przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie.

Ale od początku…

… zapraszam do kolejnej części.

Dodaj komentarz