MOJA BIEGOWA HISTORIA cz. 2

2.       Pierwsze plany treningowe

Po okresie roztrenowania* po Sudeckiej Setce (o którego zbawiennym wpływie na regenerację organizmu dowiedziałam się w trakcie maratonu), zakupiłam książkę Jurka Skarżyńskiego i zapisałam się do sekcji biegów długich na Uniwersytecie Łódzkim. Treningi odbywały się 5 razy w tygodniu, ale ze względu na bardzo napięty grafik studiów nie mogłam na wszystkie uczęszczać, także trochę biegałam „korespondencyjnie”. Wtedy mogłam sobie pozwolić na „więcej”, na szybsze tempo. I chyba w tym momencie odkryłam, że samotność długodystansowca to nie jest samotność. To wspaniałe uczucie spełnienia, koegzystencji z przyrodą, czas poznawania siebie. Moment wyciszenia, którego bardzo potrzebowałam. Cały czas trwałam w stanie zauroczenia bieganiem.

Trening w sekcji AZS-u sprawiał mi dużo radości, ale niestety nie przynosił rezultatów. Konieczność reprezentowania uczelni w biegu na 800 metrów (2:25 po mocno zakrapianej imprezie) nie do końca współgrała z treningiem do maratonu. Poza tym studenckie, imprezowe życie mocno nadwątlało moje siły. Owszem, w 2005 udało mi się uzyskać na maratonie czas 3:10, ale znowu był to przegadany bieg, bez próby szukania swoich możliwości. Zupełnie nie potrafiłam wtedy zmobilizować się do większego wysiłku, do przełamywania granic.

Rok 2006/2007 spędziłam na stypendium w Portugalii. Teraz pewnie wykorzystałabym ten klimat i możliwość jaką miałam do biegania i treningu, ale wtedy bardziej ciągnęły mnie nocne eskapady (raz się ma 24 lata…). Mało biegałam, dużo imprezowałam i wspinałam się nad brzegami oceanu.

MOJA BIEGOWA HISTORIA

To był wspaniały czas, ale zupełnie stracony od strony sportowej. Owszem, wystartowałam w tym okresie w kilku biegach, ale wyniki dalekie były od pożądanych. Najmilej, pomimo słabego rezultatu, wspominam półmaraton w Lizbonie. Start odbywa się tam z mostu Ponte 25 de Abril na rzece Tag. Ten czerwony most ma ponad 2 kilometry, co uniemożliwia jakiekolwiek roszady na starcie. A ja się spóźniłam i musiałam biec z końca stawki. Pamiętam, że pokonanie pierwszego kilometra zajęło mi kilkanaście minut. Mimo to było fantastycznie, znowu przegadałam większość dystansu (tym razem po angielsku i trochę po portugalsku).

Latem 2007 zaczęłam pracę w Warszawie. Wtedy też, tak naprawdę, wkręciłam się w biegowy światek. Po stypendium byłam wykończona fizycznie i pierwszy start po powrocie do Polski jawi się w mojej pamięci jako traumatyczne przeżycie. Był sierpień, gorąco, ja bez formy. Przebiegłam półmaraton w 1:46 i był to najsłabszy rezultat jaki kiedykolwiek osiągnęłam na tym dystansie. Dało mi to dużo do myślenia. A ponieważ porażki bardzo mnie motywują to podjęłam decyzję, że znacznie poprawię swoje rezultaty. Nie sądziłam jednak, że będzie to aż takie proste. Wystarczyło pół roku regularnych treningów – wtedy było to bieganie 5 razy w tygodniu (średnio 50-60 km) – i Półmaraton Warszawski przebiegłam równiutko, po 4 minuty każdy kilometr (1:24)

Mój ówczesny schemat treningowy (bo ciężko to nazwać planem, wtedy powielałam z tygodnia na tydzień podobny schemat) był doskonały, by poprawić czas „połówki”, ale do maratonu brakowało dłuższych wybiegań, bo najwięcej udało mi się pokonać 20 km. Zazwyczaj w niedzielę starałam się biegać więcej, ale to „więcej” mieściło się w przedziale 16-18 km. Poza tym dwa razy w tygodniu interwały (dla uproszczenia sobie życia bazowałam na „czasówkach”, czyli biegałam 12 x 1’, przerwa: 1’ w truchcie, albo 5 x 4’ na przerwie 2’, czy wreszcie kombinowałam z zabawami biegowymi). Był to optymalny trening dostosowanych do moich możliwości czasowych i adekwatny do etapu rozwoju biegowego. Mimo to do złamania 3 h w maratonie zabrakło 3 minut. Mam wrażenie, że w dużej mierze znowu dlatego, że nie potrafiłam do końca się zmobilizować. Moja głowa nie była gotowa na pokonanie bariery trzech godzin. Za bardzo o tym myślałam, zbyt demonizowałam taki „wyczyn” i za bardzo chciałam tego dokonać.

* roztrenowanie – okres po najważniejszych startach w sezonie, gdy następuje zupełna przerwa w treningach (wakacje;) lub ich ograniczenie. To czas przed kolejnym sezonem, gdy najważniejszym celem jest regeneracja organizmu.

Dodaj komentarz