Pn, 20 czerwca 2011, 07:37 Mistrzostwa Świata w Słowenii

Obrazek

Po biegu. Maciuś ukończył: 7 godzin i 21 minut! To mój największy sukces…:)

Mistrzostwa Świata w maratonie górskim, Potrbdo 2011

Wyjazd do Słowenii i start w jednym z trudniejszych maratonów na świecie wydawał mi się szaleństwem. W końcu jednak dałam się namówić na występ – najbardziej kusiła perspektywa wystąpienia oficjalnie jako reprezentantki Polski. Nigdy nie miałam takiej szansy…(i zobaczymy, czy jeszcze się taka możliwość powtórzy…).
Szaleństwo! Szaleństwo… choć przecież udało mi się wywalczyć Mistyrzostwo Polski w biegach górskich na długim dystansie – ale na dwugodzinny wysiłek byłam przygotowana, na ponad dwa razy więcej…NIE…Aby przygotować się dobrze do półmaratonu nie trzeba dłuuugich godzin spędzać na bieganiu, aby jednak dobrze przebiec maraton…trzeba poświęcić znacznie więcej czasu. Aby przebiec górski maraton…

Wiedziałam, że w tym sezonie osiągnęłam już bardzo wiele – poprawa życiówki w półmaratonie o 4 minuty, poprawa na 5 i 10km. W planach miałam zakończenie sezonu pod koniec maja – start w MP miał być tym ostatnim przed roztrenowaniem. Tymczasem zakwalifikowałam się na MŚ…
Byłam zmęczona. Naprawdę wymęczona startami, pracą, szkołą (11 czerwca obroniłam się – podyplomowe studia marketingu sportu, SGH), Bartusiem (toć berbeć ma dopiero 14 miesięcy, wstaje przed szóstą rano, z oka go nie można spuścić…). Moje ostatnie starty nie były do końca udane (poza dyszką w GP, ale co tu porównywać…).
Zmęczenie, zmęczenie. Kilka razy miałam ochotę wycofać się, powiedzień „nie jadę, i tak wiele tam nie zawojuję”.
Ale przecież liczy się też doświadczenie, w życiu trzeba mierzyć się z coraz wyższymi przeszkodami.
Czasami trzeba zaryzykować…nawet, gdy rozsądek próbuje wziąć górę…

Chciałam poczuć atmosferę mistrzostw…

Z Warszawy wyjechaliśmy już w środę po pracy – remontowane bezmyślnie drogi nie pozwalały na komfortową jazdę. 7 godzin do granicy (350 km). Masakra… Tam nocleg w miłym hoteliku Zamek (przy samej granicy) i rano 800 km… też w 7 godzin. Cóż – Europa (mam nadzieję, że doczekamy się kiedyś takich tras…). Dojechaliśmy na miejsce przed czwartą – przywitał nas upał i rewelacyjne widoki. Hotel milutki – 5 gwiazdek, spa. WAKACJE.
Alpy Julijskie, a w tle te wyższe…
Bajka.
Słowenia jest przepiękna. Wokół góry, jeziora z krystalicznie czystą wodą (w takim kolorze, który sądziłam zarezerwowany jest tylko dla oceanu – przynajmniej ja, poza Meksykiem, nigdzie takiej barwy nie odnotowałam), ludzie uśmiechnięci (poza zawodnikami: od tych wieje grozą, patrzą spode łba, oceniają, szykują się do starcia – mogłabym opisać swoje atawistyczne skojarzenia, ale trochę nie mam czasu…).
My wakacjowaliśmy. Czułam się trochę nie na miejscu pośród tych profesjonalistów, ale…raz się żyje:)
Trzeba posmakować to życie- tak jak lokalne specjały (żal sobie odmawiać…i wcinać makaron…). Mnie do gustu szczególnie przypadł nielokalny, ale rewelacyjny rekin z grilla w bakłażanach z serem pleśniowym…MNIAM. A że ostatnio mam niesamowitą jazdę na ryby i krewetki to byłam przeszczęśliwa :)

Niestety już kolejnego dnia pogoda zaczęła się psuć. Było jeszcze ciepło, ale słońce zniknęło za chmurami. Przelotnie kropił deszcz. Postanowiliśmy poświęcić piątek na zwiedzanie.

Prognozy na sobotę nie były ciekawe…deszcz, do plus czterech na szczytach…ŹLE
Dodatkowo góry (piękne) nie nastrajały pozytywnie (WYSOKO! I śnieg na szczytach).

O 17-tej odbyła się ceremonia rozpoczęcia mistrzostw. Sztandary, przemówienia, zespoły ludowe. Takie patetyczne klimaty (nie moje). Poza tym ciężko czuć się komfortowo, gdy nie ma się stroju reprezentacji, a inne ekipy wyglądają PROFESJONALNIE i NARODOWO. My – ubrani…od czapy…
Niestety PZLA na dwa dni przed wyjazdem poinformowała, że trojów reprezentacyjnych nie dostaniemy… Problem PZLA? Sponsora? Czy może biegi górskie zaczęto traktować jako coś gorszego?
Gdybym miała więcej czasu przygotowałbym dla wszystkich stroje na własną rękę, przynajmniej koszulki wypadałoby mieć…
Obrazek

Zaczęło padać (dlatego o 21 byliśmy już w łóżkach – po tradycyjnym piwie: mają bardzo smaczne:).
O 5 rano śniadanie…
Jak się czułam?
Nie rewelacyjnie, ale również nie szczególnie źle. Trochę bolał mnie brzuch i kostka (natarłam ją żelem przeciwbólowym).
Śniadanie pożywne (za duże!). Niestety mój żołądek jeszcze się nie zaaklimatyzował (co ciekawe – po tym wyjeździe jestem o ponad kilogram cięższa…).

Na start wyjechaliśmy punktualnie o szóstej – godzina drogi autokarem (duszno, słabo mi było – na szczęście choroba lokomocyjna nie ujawniła się do końca).
Zaczęło mocno padać (a ja przyjechałam się opalać!!!).
Nie zrobiłam rozgrzewki (kryjąc się przed deszczem i kalkulując, że i tak się rozgrzeję…).

Start…
Nikt nie ruszył super szybko, raczej spokojnie. Nie wiem ile kobiet jest przede mną, ale nie ma to znaczenia. Wiem, że muszę złapać własne tempo.
Pierwsze zdziwienie po 0,5 km (organizator podawał na stronie 37,5km) – informacja, że do mety jeszcze 38 km… Hm…
Buty dobrze trzymają się ślizgiej nawierzchni. Z podziwem patrzę na Rosjanki w startówkach :orany: Zapłacą za to na zbiegach.
Moje buty – PUMA NIGHTFOX spisały się idealnie:) Są stworzone do biegów anglosaskich!

Pierwsze kilometry biegło się dobrze, ale nagle moje nogi zrobiły się niesamowicie ciężkie. Lewe udo odmówiło posłuszeństwa. Stawałam się z każdym metrem coraz cięższa i cięższa. Rywalki przeszły do marszu – ja też musiałam, ale to moja pięta achillesowa. Nie zdążyłam jeszcze nauczyć się podchodzenia. Szło mi to bardzo „pod górkę”. W Polsce góry pozwalały na to, by biec do końca…
…tu potrzebna była umiejętność podchodzenia.
TO DO NEXT YEAR

Minęła mnie Ania Celińska i Antonina Rychter – pozostałe Polski biorące udział w wyścigu. A ja byłam bezradna. Chciałam się wycofać…by nie przybiec na końcu, by nie złapać kontuzji, by nie umierać dłużej… Na szczęście kilka słów wsparcia, by powalczyć też dla drużyny…POMOGŁO.
Dotrwałam do pierwszego zbiegu.
I w tym miejscu mogłam rozwinąć skrzydła.
Zbieganie to mój największy atut. Wyprzedziłam kilka dziewczyn (nawet Rosjanki w startówkach, które wydawało się, że odbiegły na tysiące kilometrów).
Niestety po zbiegu trochę płaskiego i masakryczny podbieg.
W tym miejscu mogę przyznać się, że skończył się dla mnie bieg, a zaczęło „doczłapywanie”.
Postanowiłam potraktować drugą (morderczą) część trasy jako spacer po górach. Przy okazji zgubiłam buta po którego musiałam się wracać, wzywałam pomoc dla faceta, który na moich oczach skręcił sobie nogę (dokładnie nie wiem co mu się stało, ale wyglądało dramatycznie). I człapałam. Z bólem, ale… na szczycie ukazał mi się taki widok… że WARTO:) Gdybym biegła i walczyła, nigdy nie zwróciłabym uwagi na to, co mijam po drodze. A tak? Miałam czas i okazję popodziwiać. Oczywiście wolałabym biec… Ale nie było sensu ryzykować kontuzji (a zmęczone mięśnie łatwo ulegają), bo 15 czy 25 pozycja – to już bez znaczenia.

Wnioski: bardzo dużo pracy przede mną, ALE czołówka światowa jest w zasięgu – przez pierwszą część dotrzymywałam im kroku, a nie było to super zabijające tempo (spodziewałam się, że najlepsze dziweczyny leciutko i szybciutko przegonią całą resztę już na początku).
Wnioski dodatkowe – jestem dobra w zbieganiu i nie męczy to mojego organizmu. Właściwie na pierwszym zbiegu wyprzedziłam 6 czy 7 kobiet pomimo, że czułam się okropnie. Mnie zbieganie po prostu nie boli. Natomiast podchodzenie…NIE UMIEM:(
Jeszcze…

Mistrzostwa Świata w Maratonie Górskim…
Cóż…ukończyłam i nie zrobiłam sobie krzywdy…21 z kobiet 1:20:13 (na pierwszym szczycie, po ok.10km) 2:29:25 (na dole po 23 km) 4:04:29 (na drugim szczycie na 30 km) 4:47:21 (na mecie – 38,5 km)
Zajęłyśmy 4-te miejsce drużynowo i niewiele zabrakło nam do medalu brązowego.
Najlepiej spisała się Ania Celińska – 6-ta na mecie!
Antonina był 18-ta z czasem o kilka minut lepszym ode mnie.

Czy traktować ten start jako porażkę ,czy jednak pewien sukces?
Na pewno była to mocna lekcja – charakteru, gór, możliwości.
Jestem teraz bardziej zmotywowana do treningu i wiem, że przy każdej okazji będę uciekać w góry. Bo „w górach jest wszystko, co kocham. I wszystkie wiersze są w bukach…” jak śpiewał poeta;)

 

Dodaj komentarz