TYDZIEŃ PRZED MARATONEM – CO ROBIĆ???

Ten wpis skierowany jest przede wszystkim do początkujących i średniozaawansowanych biegaczy. Stare wygi maratońskie mają już zazwyczaj swoje przyzwyczajenia, rytuały i wiedzą, co im służy. Mimo to zachęcam do lektury. 🙂 Nie napiszę Wam, co na pewno zadziała, czego kategorycznie robić nie wolno. Ale podpowiem, co uważam, co wiem - z kilkunastoletniego doświadczenia. Swój pierwszy maraton przebiegłam 13 lat temu w Poznaniu, będąc totalną amatorką (niech świadczy o tym fakt, że biegłam w butach do tenisa...). Uzyskałam czas 3:27 i byłam przeszczęśliwa. Ale teraz wiem więcej i biegam szybciej. NIGDY nie miałam ŚCIANY na maratonie. Posłuchajcie... Po pierwsze i najważniejsze: NIE KOMBINUJ! Nie próbuj w tych ostatnich dniach cudować z dietą, czy treningiem. Postaraj się odstawić rzeczy ciężkostrawne, nie pić lub bardzo ograniczyć alkohol (uważam, że jedno piwo nie zaszkodzi). Jestem przeciwniczką diety białkowo-węglowodanowej. Mało komu z amatorów pomogła, a wielu na długi czas roztroiła żołądek. Ja wiem, że ona kusi, ale... stosowałam dwa razy i nie pomogła w niczym. Znacznie bezpieczniejsze jest wprowadzenie kilka miesięcy wcześniej jednego treningu na czczo i w ten sposób przyzwyczajanie organizmu do sięgania do zapasów glikogenu. Także moja rada - jedz normalnie, NIE OBŻERAJ SIĘ. Nie masz być dwa kilo cięższy na starcie, tylko pełen energii! Przez ostatnie 2 dni unikaj surowych warzyw i owoców, zwiększ ilość węglowodanów w diecie (ale nie pakuj w siebie 3 kilogramów makaronu! Znam takich...). Nie spożywaj potraw wyososko-błonnikowych przez ostatnie 24 godziny. No chyba, że ufasz, że Twój żołądek poradzi sobie do startu... Ja bym nie ryzykowała... Lekkostrawne, proste węgle. Sprawdzone potrawy. I zadbaj o NAWODNIENIE. To tak naprawdę ważniejsze od jedzenia. Możesz nawadniać się specjalnymi środkami dla sportowców, stosować suplementy diety na odwodnienie typu Litorsal, czy Orsalit. Pij! Oczywiście, żebyś nie przesadził w drugą stronę... UMIAR. Dodam jeszcze, że ja 10 dni przed najważniejszymi startami biorę profilaktycznie probiotyki. WYŚPIJ SIĘ! Nie w ostatnią noc, bo wtedy możesz być zbyt zdenerwowany, by zmrużyć oczy. Zadbaj o sen i regeneracje przez cały tydzień. Postaraj się chodzić spać wcześniej, by być w stanie spokojnie wstawać o godzinie, o której planujesz obudzić się w dniu startu. Moja rada: 4 godziny wcześniej! To najlepsza pora na śniadanie przed biegiem. Czyli, gdy start jest zaplanowany na 10:00, planuj pobudkę o 6 rano. WYLUZUJ Z TRENINGIEM. To co miałeś przepracować już za tobą. Ja w tygodniu przedmaratońskim zmniejszam kilometraż o połowę. Ale biegam, by organizm był cały czas pobudzony, gotowy do biegu. Nie polecam przerwy od biegania w przeddzień maratonu. Gdy start jest w niedzielę, w sobotę zrób lekki rozruch: 20 minut biegu i 4 przebieżki 60-80 metrów. Wolne zrób w piątek lub w czwartek i piątek. NIE KORZYSTAJ Z MASAŻU na dzień, czy dwa przed biegiem (wyjątkiem masaż rozluźniający karku). I automasaż (rolowanie wskazane). Zapomnij o saunie, czy opalaniu! Jeżeli przytrafi ci się kontuzja na ostatniej prostej koniecznie idź do fizjoterapeuty! 42 kilometry to bardzo dużo. Czasami lepiej odpuścić. PRZYGOTUJ ŻELE (czy cokolwiek innego, co zamierzasz spożywać na trasie). Ufaj tylko tym produktom, które przetestowałeś na treningu. Nie mieszaj specyfików różnych firm, chyba, że chcesz ganiać po krzakach... a w miastach z tym problem... Mnie wystarczają dwa-trzy żele na bieg. Pamiętaj, że jak już się zdecydujesz na żele, to musisz je systematycznie dostarczać, co 20-40 minut. Dlatego nie spożywaj ich przed startem!, chyba, że chcesz, żeby cukier od razu zaczął ci wariować. Wyjątkiem są niektóre żele naturalne, które spokojnie można wszamać na śniadanie. Ja ostatnio gustuję w SPRING z masłem orzechowym (jako posiłek przed, a nie odżywianie na trasie). Na maraton najlepsze są żele jak najbardziej rozwodnione. O smakach nie dyskutuję. Uprzedzam tylko, żeby żele popijać wodą, bo mieszanina z izotonikiem może być wybuchowa. Kiedy ja spożywam żele? Na ostatnich trzech maratonach był to kilometr 18, 25, 35. BUTY... nie kupuj świeżaków na maraton. Biegnij w sprawdzonym obuwiu, ale nie wyczłapanym. Musisz czuć sprężystość. Ja biegam w butach dopasowanych do stopy, niektórzy zalecają większe - ale to kwestia indywidualna. Moje adizero adios boost leżą jak ulał i mogę im ufać. Jednak, gdybym miała biec w wielkim upale, wybrałabym model nieco większy. Ważne! SKARPETKI - to one często są przyczyną pęcherzy. U mnie kompletnie nie sprawdzają się profilowane z przeszyciami. Biegam w zwykłych bawełnianych, lekko za kostkę (unikaj "stopek", bo Twoje achillesy mogą pożałować). SEX. Dla kobiet jak najbardziej wskazany. Mężczyźni ponoć powinni unikać. Tak twierdzą badania!*** (ale nie wiem na jakiej próbie;) i mój trener Hubert Duklanowski wciąż to powtarza (tzn. zawodniczkom, że to wskazane, a zawodników pyta, czy chcą życiówki:):D Powodzenia!

WROCŁAW MARATON 2017 – OKIEM PIERWSZEJ POLKI;)

  Maraton Wrocławski wymyśliłam sobie już jakiś czas temu. Ale inne plany były ważniejsze, poza tym nie do końca wiedzieliśmy z trenerem, jak mój organizm zareaguje na mocniejszy trening i pobyt w górach (a może bardziej na wakacje z dziećmi;). Na szczęście wszystko poszło w zamierzonym kierunku. 6 dni po powrocie z Hiszpanii pobiegłam życiówkę podczas BMW Półmaraton Praski - 1,15,17. To był łatwy bieg. Już następnego dnia byłam gotowa na mocne bieganie. Zrobiliśmy zatem 3 dni kombinowanych prędkości, po 18 kilometrów. I... w czwartek trener podjął decyzję, że treningowy start w Maratonie Wrocławskim będzie dobrym rozwiązaniem. Dla mnie i dla ... Kamila (Kamil Jastrzębski debiutował. Poinformowanie go o tym fakcie dwa dni przed biegiem było doskonałym zabiegiem psychologicznym! Młody nie miał czasu się denerwować. Miał pobiec "treningowo" po 3,20 min/km - jakkolwiek "treningowo" niedorzecznie tu brzmi...). W każdym razie miało być przyjemnie, bieganie w komforcie. Niestety rozwinęło mi się przeziębienie. Czułam, że może być różnie. Albo duża dawka witaminy C i czosnku pomoże, albo ze startu nici. A głupio trochę by było, bo wyprosiliśmy numery u Organizatorów dosłownie na ostatnią chwilę... Jak zwykle nasłuchaliśmy się dobrych rad, że ten start jest bez sensu, że jednak 35 kilometrów na treningu jest znacznie rozsądniejsze od 42 na zawodach... Ok, każdy ma swoje zdanie. Ja robię swoje. Celem było pierwsze miejsce wśród Polek i czas 2,45. Po półmaratonie czułam się wyśmienicie mięśniowo. A jedyne czym się denerwowałam, to że kaszel wykluczy mnie z rywalizacji. Mimo tych obaw w sobotę wieczorem zjawiłam się we Wrocławiu... i praktycznie od razu po odebraniu numeru poszłam spać. Sen to najlepsze lekarstwo... Wypociłam się, wyleżałam i rano było o niebo lepiej. Na tyle dobrze, że zdecydowałam się wystartować. Jeszcze tylko kazałam się zbadać, czy na pewno nic w płucach i oskrzelach się nie dzieje. Uspokojona przetruchtałam dwa kilometry rozgrzewki. Pogoda dopisywała, było około 15 stopni, wiatr dość silny, ale bez przesady (nie to, co na Orlenie). Słońca nie było, na deszcz się nie zapowiadało. Chciałam zacząć po 4,0 a później się rozpędzać, ale po pierwszym kilometrze w 3,55 min/km wyprzedziła mnie Ewelina Paprocka. I dałam się nieco podpuścić. Także biegłam za nią jej i "pejsem". Po kilku kilometrach doszliśmy jedną z Kenijek. Nie wyglądała dobrze, a to był początek biegu. Niedługo też Ewelina została gdzieś z tyłu (w końcu zeszła z trasy), a ja biegłam... Z Tomkiem, z którym na szczęście można było pogadać i czas mijał bardzo szybko. Niestety przed trzydziestą zostałam sama. Nie było sensu zwalniać, trzymałam równe tempo 3,48-3,50. Biegło mi się fantastycznie. Tylu kibiców! Przyjaznych okrzyków (gdzieniegdzie podsłuchałam "dla niej maraton to nic, to ultramaratonka..."). Uśmiechałam się. Trasa mega SZYBKA. Płaska jak stół. Jak tylko pogoda będzie dopisywać, to jak nic jeden z lepszych maratonów na rekordy. Zresztą udowodniła to Kenijka, która wygrała z czasem 2:28. Ja dobiegłam trzecia. Wynik 2;41:02. Pierwsza Polka. Byłabym też Mistrzynią Europy Masters... gdybym zgłosiła się do tej rywalizacji... 😉 ale może jeszcze czas na masterskie wyczyny.   Kamil Jastrzębski zadebiutował wyśmienicie. 2;21! Był pierwszym Polakiem na mecie! Brawo:) Najbardziej podobał mi się jego komentarz:  "w sumie fajny ten maraton... czego ja się bałem?". No właśnie, jak człowiek jest przygotowany to, i ultra, i maraton daje satysfakcję i nie boli (tak bardzo). Gratulacje dla wszystkich! Brawo Wrocław!35. PKO Wrocław Maraton - mężczyźni: 1. ROP Abel, KEN - 02:13:36 2. WAMBUA MBITHI Robert, KEN - 02:14:27 3. MUTUKU KYEVA Cosmas, KEN - 02:16:45 4. NASEF Ahmed, ITA - 02:20:42 5. TALAM Benard, KEN - 02:20:54 6. JASTRZĘBSKI Kamil, POL - 02:21:36 7. MOKRAJI Lahcen, MAR - 02:22:16 8. PIETERCZYK Damian, POL - 02:23:20 9. SALO Taras, UKR - 02:24:27 10.ORTIGOSA PAREJA Cristóbal, ESP - 02:25:59 35. PKO Wrocław Maraton - kobiety: 1. BARSOSIO Stellah, KEN - 02:28:14 2. PAMELA JEMELI, KEN - 02:38:09 3. STELMACH Dominika, POL - 02:41:02 4. ROSTKOWSKA Anna, POL - 02:46:43 5. PASTOROVÁ Petra, CZE - 02:49:27 6. VRAJIC Marija, CRO - 02:51:09 7. POBŁOCKA Katarzyna, POL - 02:54:58 8. KUTA Krystyna, POL - 02:55:50 9. MACHADO Carla, POR - 02:56:55 10.BIAŁORCZYK Magdalena, POL - 02:57:55  

JAK BIEGAĆ SZYBCIEJ!?

Chyba każdy z nas chciałby biegać trochę szybciej (niektórzy nawet "mocno trochę"...;). Bo wtedy więcej kilometrów można przebiec i samo bieganie wydaje się łatwiejsze, ładniejsze, lżejsze... Wiadomo - jak możesz szybciej, to wolniej możesz tym bardziej (gdy chcesz). Zatem stajesz się panem swoich treningów i startów. Szybkość daje wolność... Może nie zupełnie tak kolorowo to wygląda w rzeczywistości, ale SZYBKOŚĆ zawsze pasjonowała ludzi, zawsze pociągała. Mnie również. I od kiedy biegam, chciałam to robić z jak największą prędkością. Lecz na początku w ogóle nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. To było 13 lat temu, kiedy dostęp do literatury był ograniczony, zegarków z GPS nie było...  W Łodzi, gdzie studiowałam, trafiłam na AZS-ie do trenera, który chciał nas rozpędzić (grupka była całkiem spora), ale na mnie aplikowany przez niego plan kompletnie nie działał: siłownia 2 razy w tygodniu, wycieczki biegowe w tempie żółwia z przerwą na wodopoje (nawet 40km), dużo sprawności, bieganie szybko tylko krótkich odcinków... Jak dziś pamiętam te dwusetki na pełnej przerwie. Nuda i nic z tego nie miałam. 42 minuty na dychę, 1:40 na półmaratonie. Ale 200metrów potrafiłam szybko przebiec. Relatywnie szybko. Dopiero, gdy zaczęłam trenować się sama i ułożyłam swój plan bazując na dostępnych wytycznych, coś się ruszyło. Dlaczego? Mam wrażenie, że głównie  dzięki wprowadzeniu biegów z narastającą prędkością (BNP). Jak to "odkryłam"? Przecież 10 lat temu nie zaczęłam przyspieszać na treningach, bo wiedziałam, że mi to pomoże. Po prostu trafiłam na bieżnię mechaniczną... Zima była brzydka, ja skończyłam studia, zaczęłam pracować na etat, ciągle było ciemno... i tak "wpadłyśmy na siebie" - maszyna i ja. Widok z bieżni miałam na pustą ulicę (bo to nie czasy telewizji), to jasne, że szybko mi się nudziło, więc przyspieszałam. Najpierw 12km/h, potem 12,1; 12,2 (...) aż dochodziłam do 15. Czasami zmieniałam układ przyspieszania, ale generalnie BNP królowało. I do dziś jest to jeden z moich ulubionych treningów. Tu w 110% zgadzam się z Hubertem (moim trenerem), że nie ma sensu biegać jednostajnie. Każde moje wybieganie to bieg z narastającą prędkością. Chociażby chodziło o spokojną (dla mnie aktualnie) ósemkę, to robię ją od 4,40min/km do 4,10. ***** Dla POCZĄTKUJĄCYCH: BIEG Z NARASTAJĄCĄ PRĘDKOŚCIĄ (BNP) - bieg na dowolnym dystansie, w trakcie którego kolejne kilometry pokonujesz coraz szybciej. To może być 5 kilometrów bieganie 7min/km; 6,50min/k; 6,40min/km, 6,40min/km i ostatni 6,20. Może to być 20 kilometrów od prędkości 5,40min/km do 5,0 przyspieszane co 5 kilometrów. Wariacji jest wiele. Najtrudniej jest dobrać tempo do swojego aktualnego poziomu sportowego. Szczególnie, gdy zaczynasz przygodę z bieganiem. Wtedy (moim zdaniem) tętno też za wiele nam nie podpowie. Trzeba po prostu starać się przyspieszać na koniec i "na początek" to powinno wystarczyć. Nauczenie organizmu przyspieszania:) Co poza BNP? Oczywiście PRZEBIEŻKI! Co to takiego? Najprościej rzecz ujmując to krótkie odcinki (zazwyczaj od 40 do 150 metrów) bieganie żwawo. To znaczy szybko, ale nie na 100% swoich możliwości! Patentów na to, kiedy je biegać, w jakiej liczbie, na jakiej przerwie - jest kilka. Najważniejsze, żeby przebieżki wykonywać będąc już rozgrzanym. Początkującym zazwyczaj rekomenduje się bieganie ich na koniec treningu, po krótkiej przerwie. Na przykład 6 x 80m/ przerwa 80m marsz. Przebieżki aktywizują nasze mięśnie, adaptują do szybkości. Doskonale nadają się na "dogrzanie", czyli zakończenie rozgrzewki i pobudzenie przed zawodami, czy mocnym treningiem.   Ale same przebieżki roboty za nas nie zrobią. Są świetnym wstępem do pracy nad szybkością. Niemniej, gdy zaczynamy biegać zupełnie wystarczą! Dopiero, gdy jesteśmy w stanie komfortowo (nieważne jakim tempem) biec przez godzinę, możemy tak na serio myśleć o przyspieszaniu. Nasz aparat ruchu musi być przygotowany, nasze serce i układ oddechowy również, także SPOKOJNIE z wprowadzaniem nowych bodźców. Na wstępnym etapie biegania przychylam się do zasady, że "ALBO SIĘ WYDŁUŻAMY, ALBO PRZYSPIESZAMY", inaczej kontuzja murowana. I przede wszystkim biegamy regularnie... No tak... ciężko pisać, gdy odbiorcami są biegacze na różnym poziomie zaawansowania. Dlatego pozostanę przy swoim przykładzie. Nie chcę mędrkować, ani udowadniać wyższości jednych środków treningowych nad innymi. Chcę przekonać was, że warto przyspieszyć! Mój trener Hubert Duklanowski wprowadził mnie w stan "szybszego biegania", dał poczuć, że szybkość nie musi być taka straszna, a daje poczucie spokoju... I biegam teraz szybciej. Jeszcze nie tak szybko jak bym chciała, ale pamiętajcie - to jest PROCES! Nie będzie tak, że nagle po 2 miesiącach z 60 minut na dychę poprawisz się do 40...nie! Jedni zrobią progres bardziej spektakularny, innym zajmie to więcej czasu, ale każdy potrzebuje włożyć w budowanie szybkości dużo pracy. Konkretnej, SZYBKIEJ pracy biegowej! Gdy zapytałam Huberta, co by poradził odnośnie szybkości, natychmiast padły słowa "biegaj na moich plecach"... i jakkolwiek to nie zabrzmi, podłączenie się pod szybszego biegacza to doskonały pomysł. Gdy ktoś Cię prowadzi, "trzyma tempo za Ciebie" jest po prostu łatwiej!  Pod warunkiem, że ten rzeczywiście to tempo trzyma. Na zawodach takim tempomatem powinien być "pejs" biegnący na dany wynik. Warto się go trzymać. A na co dzień? Ja biegam za Kamilem, czy Hubertem, gdy oni akurat wykonują swoje rozbieganie. Dla nich bieg po 3,45min/km to pestka, a dla mnie już niezła praca. Tempo, interwały, zabawy biegowe, podbiegi - to wszystko elementy, które znajdziecie w każdym planie treningowym. Odpowiednio ułożone poprowadzą Was ku nowym życiówkom. Ale muszą być biegane w tempie dostosowanym dla Was. A to już jest wyższe wtajemniczenie. Najważniejsze, że "ŻEBY BIEGAĆ SZYBCIEJ, TRZEBA BIEGAĆ SZYBCIEJ". Niby truizm... ale jak słyszę, że ktoś mówi, że nie jest stworzony do szybszego biegania... to się wkurzam. Nie każdy będzie biegał naprawdę szybko (gdzie mi do rekordów Afrykanek!), ale każdy może być szybszy. Człapanie kilometrów w żółwim tempie w myśl "zostanę ultrasem" to najgorsze, co możemy zrobić. Najlepsi ultrasi też potrafią biegać żwawo, też wykonują treningi szybkości, pobudzają organizm do pracy. Nie człapią. Zasuwają! Tak jak górale. Jak kobiety po sklepach...Podam Wam przykład mojej znajomej, która kilometr biegała po 8 minut! A gdy wybrałyśmy się razem na zakupy potrafiła przejść kilometr w niecałe 9! Z torbami! Gdzie tu logika, gdzie praca!? Ja wiem, że zakupy działają motywująco...;) Temat rzeka...        

BMW PÓŁMARATON PRASKI, CZYLI PO RAZ PIERWSZY WYGRYWAM PRESTIŻOWY PÓŁMARATON

W czerwcu podjęłam decyzję, że przechodzę „na zawodowstwo”… rzuciłam pracę, postanowiłam spróbować swoich sił w profesjonalnym sporcie. Termin nie był przypadkowy, bo wakacje… trzeba spędzić czas z dzieciakami… To jednak oznaczało, że tak serio, serio zamierzałam trenować od jesieni (po WAKACJACH). Ale – dzięki Hubertowi Duklanowskiemu (mojemu trenerowi), już w lipcu wszystko zaczęło się układać treningowo. To znaczy, po raz pierwszy w życiu przetrenowałam miesiąc tak zupełnie na serio, PROFI. I nie chodzi o kilometry, choć 620 km to rekord rekordów w moim wykonaniu!!  Biegałam szybko, dzień po dniu... Potem jednak prawie 3 tygodnie w Hiszpanii z dzieciakami… No… nie było łatwo. Gorąco! Codziennie 37 stopni. Wysokość 1100m. W sam raz jak na pierwszy obóz "wysokogórski"..., ale... ...moje gagatki mają 4 i 7 lat, są bardzo wymagające (po mamusi chyba😉). Było ciężko. To znaczy… wyszukiwanie rozrywek dla młodych, to niełatwe zadanie….Wróciłam w niedzielę, 6 dni przed BMW Półmaratonem Praskim. Nie miałam pojęcia, co sądzić o swojej formie. Tymczasem  poniedziałkowy trening pokazał, że jest dobrze. Na pewno lepiej niż myślałam! Decyzja o starcie w półmaratonie zapadła, ale wahaliśmy się gdzie. Trochę kusiła Piła i Mistrzostwa Polski, ale nie chciałam znowu wyjeżdżać. Poza tym, po tym jak wygrałam w Dębnie, niekoniecznie czułam potrzebę startowania w Mistrzostwach PZLA. Tak nie powinno być! Związkowi powinno zależeć, żeby imprezy mistrzowskie były warte swojej rangi. Tymczasem po zdobyciu Mistrzostwa Polski w Maratonie wylała się na mnie fala hejtu, że wygrałam, bo nie przyjechały najlepsze maratonki. Absurd kompletny… Ale ja mam coś specjalnego! Cudowny Team! Duklanowski Team! BMW Półmaraton Praski. Na dzień przed dostaję okropnego kataru. Boli głowa, boje się, że start przepadł. W piętek wieczorem łykam końskie dawki witaminy C, piję mleko z czosnkiem. Liczę, że przeziębienie minie… Ale w sobotę rano nie jest lepiej. Spędzam zatem cały dzień w łóżku (no prawie, trzeba było z dzieciakami pohasać trochę). Jadę na start. Nie czuję nic. Ani zdenerwowania, ani emocji. Ale wiem, że mam formę. Hubert oznajmia, że na pewno nie pobiegnie ze mną, bo ma problemy żołądkowe. Ja nie przejmuję się tym jakoś zbytnio, bo to nie miał być start docelowy. Ale chciałam pobiec dobrze. Trener mówi, żebym trzymała się Moniki Drybulskiej (3-krotna Olimpisjka, 2;28 w maratonie). OK… myślę… Rozgrzewka. Jakieś 3 kilometry, 2 przebieżki. Nie wiem, czy jest dobrze. Starują wózkarze. Kibicuje im mocno! Szczególnie Jarkowi. Ale wiem, jaki sport jest dla nich ważny. To nas łączy! Potem cała reszta rusza do wyścigu. Nie jestem szczególnie skupiona. Nie denerwuję się. Stoję z boczku.... jak zawsze, gdy zależy mi... Zgodnie z zaleceniem trenera trzymam się za Moniką. Spoglądam co jakiś czas na zegarek, ale liczby rozmywają mi się. Biegnie mi się bardzo komfortowo. Jest nas cała grupa, ze dwadzieścia osób. Warszawa pusta, ale rozświetlona. Świetna pogoda, może wiatr za duży. Na pewno za dużo zakrętów… Pierwszą dychę mijam w 35:25 wg. zegarka, a tak naprawdę ponad 36 minut! To oznacza, że wcale nie jest tak różowo, że trzeba przyspieszyć. Biegnę i słyszę „o! Pierwsze kobiety”. Jestem przekonana, że Monika też biegnie w tej grupce. Dopiero po nawrotce (13,5km) zauważam, że jest daleko za mną. Wiem już, że do mety dotrę bezpiecznie na pierwszym miejscu. Ale czuję też moc. Tylko nie wiem, czy ją wykorzystać (za tydzień w planach jest Wrocław Maraton). Wiem też, że ja nie lubię się poddawać. Zawsze wybieram trudne starty, nie kalkuluję. Biegnę. Trzymam się Piotrka Sucheni. Zegarek kompletnie rozmazuje cyfry. Po 17 kilometrze chcę przyspieszyć, ale… żołądek się buntuje. O kurcze! Teraz? Zaciskam pośladki. Jestem ultramaratonką, także sprawy fizjologii dawno przestały mnie ruszać, ale jednak biegniemy po mieście. I prowadzę… Nie chciałabym zbaczać w bok… ( co zabawne, chłopcy, którzy biegną ze mną pierdzą w najlepsze, rozbawia mnie to😉). Ostatni kilometr. Przyjaciele dopingują! Widzę zegar… 1:15:17 Fajnie! I czuję się tak dobrze! Oj trenerze! Wiem, że powtarzałeś, że spokojnie to pobiegnę, ale… nikt poza Tobą we mnie tak do końca nie wierzy. I nie wiem, co muszę zrobić, żeby wierzyć zaczęli… Chyba po prostu swoje. Trenuję. Motywuję. Nie boję się ciężkiej pracy. A że jest jakiś hejt… No jest. Trudno. Nie zamierzam już wdawać się w żadne gierki. Tak, tak, jeszcze raz to powtórzę. Robię swoje. Realizuję swoje marzenia. I mam nadzieję, że dostarczam pozytywnych emocji. ... pokazuję, że MOŻNA. Że zawsze jest czas na realizację marzeń! Nie wolno się poddawać.    

MISTRZOSTWA ŚWIATA ULTRA TRAIL 2017

Mistrzostwa Świata Ultra Trail na dystansie 50 km rozgrywane we Włoszech nie należały do moich udanych startów. Powinno być znacznie lepiej. Byłoby znacznie lepiej, ale nie czas płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba wyciągnąć wznioski i działać dalej. Trenować!!! IMG_9592 Co mi sprzyjało? (wyjątkowo dużo jak na trasę górską):
  • Szybka, biegowa trasa (szczególnie pierwsze 25 kilometrów i ostatnie 10)
  • Tylko jeden techniczny fragment (wisząc na linach nad urwiskiem musiałam wzbudzać śmiech…)
  • Brak ekspozycji
  • Podłoże (ścieżki leśne, szutr – biegłam w Adizero Boston, czyli szosówce i to był świetny wybór)
  • dystans (choć lubię zarówno 50-tki jak i 80-tki)
trasa Co było przeciwko mnie:
  • Pogoda (32 stopnie w cieniu to o jakieś 25 za dużo;)
  • Brak doświadczenia (to dopiero drugi start na międzynarodowej imprezie ultra górskiej). Wciąż nie łapię logistyki, tych wszystkich przepaków, punktów z suportem…
  • Brak biegania w górach – to był mój pierwszy start w tym roku i pierwsze bieganie po górach (bo w Chile biegałam na dużej wysokości, ale po płaskim).
  • Ja i mój durny pomysł, żeby od 25 kilometra biec z kijami… Jak coś się robi po raz pierwszy w życiu to nie na zawodach. Nie wiem, co mi odbiło. Chyba kąśliwe komentarze męża, że w marcu kupiłam za nieprzyzwoite pieniądze kije, a one tylko się kurzą…
Co mnie pokonało:
  • Żołądek. Jakkolwiek prozaicznie to nie zabrzmi… Pierwsze problemy pojawiły się około 7 kilometra (wtedy byłam jeszcze trzecia). Potem udało mi się jakoś dociągnąć do 25-tego, ale gdy wymiotujesz i masz biegunkę jest ciężko. Prawie dałam się złamać. Oczywiście, chciałam schodzić z trasy! Tak, poważnie to rozważałam.  Bałam się odwodnienia i tego, że powoli tracę koncentrację. Ale przeszłam do marszu. Uspokoiłam organizm. Odgoniłam złe myśli. W tym czasie wyprzedziło mnie kilkanaście zawodniczek. Nie było to przyjemne, bo nie byłam w stanie nic zrobić. Zbieg to była katorga. Ale na ostatnim podejściu zaczęłam odzyskiwać siły. Wyprzedziłam 3 dziewczyny. I czułam tylko wielki żal… bo przecież mogło być znacznie lepiej. No, ale nie ma co gdybać. Niestety (lub na szczęście!) muszę przyznać, że zrobiłam tyle, ile tego dnia mogłam. Nie zaczęłam za szybko, miałam nawet duży niedosyt, ale to był odcinek BIEGOWY. A ja biegać potrafię. Gorzej z chodzeniem… i zbieganiem…
Żałuję, bo to mógł być dużo fajniejszy wyścig. Na szczęście widzę, że potencjał jest… Ale nie da się biegać (i wygrywać) biegów górskich, gdy trenuje się tylko na płaskim.  Mogę sobie wskakiwać na skrzynię, mogę ćwiczyć podbiegi na Agrykoli, ale to zupełnie inny rodzaj pracy. Muszę też uporządkować sprawy żołądkowe. Dwa tygodnie bez probiotyków i wróciły problemy. A teraz więcej detali… Nasza reprezentacja miała składać się z 4 kobiet i 4 mężczyzn, ale kilka dni przed wylotem Marcin Świerc zrezygnował. Nie wiem dokładnie, co było przyczyną, ponoć nie zdążył się zregenerować po Maratonie na Murze Chińskim. Szkoda. Ale jego decyzja, zakładam, że przemyślana. Niemniej, w drużynie pozostało tylko 3 panów, zatem każdy musiał ukończyć, by drużyna zapunktowała po raz piewszy w historii. Na bieg nie zdecydował się Bartosz Gorczyca (być może po dość dotkliwej porażce w tamtym roku), odmówił Wojtek Probst. Ostatecznie w biegu wystartowali Kamil Leśniak, Artur Jabłoński i Piotr Bętkowski. U kobiet sytuacja była nieco inna, prostsza. Ze startu zrezygnowała Ewa Majer (ale ta trasa kompletnie nie była dla niej), inne plany miała Magda Łączak. Wiadomo też, że Ania Celińska nie biega tak długich dystansów. W składzie znalazły się Edyta Lewandowska, Anna Kącka, Natalia Tomasiak i ja. Dotarliśmy do Poppi, miejscowości oddalonej od Badia Prataglia (miejsce startu) o 14 kilometrów, w czwartek późnym wieczorem. Podróż trwała stanowczo za długo, ale jakby... zdążyłam przywyknąć… 😉 Leciało nas 8 osób, tylko Edyta Lewandowska miała komfort trenowania na trasie już tydzień wcześniej. Nie doceniałam tego, ale góry to nie asfalt! Zawsze głupio się dziwiłam, po co zawodnicy jadą tydzień, czy dwa wcześniej na trasę biegu. Teraz zrozumiałam. Detale związane ze znajomością trasy mogą mieć kluczowe znaczenie. Ach, uczę się tych gór!!! Pokoiki czekały na nas w urokliwie położonej części miasteczka, na samym szczycie. Nie było klimatyzacji. Mnie to dość mocno przeszkadzało, bo jestem wyjątkowo zimnolubna… Na szczęście spałam dobrze. Chyba kumulacja nieprzespanych nocy zrobiła swoje.IMG_9439 W piątek rano nie dane nam było się wyspać. Już o ósmej musieliśmy być na kontroli antydopingowej. Pojechaliśmy całą drużyną, ale okazało się, że badają tylko najlepszego mężczyznę i najlepszą kobietę z danego zespołu. Badano krew, by założyć paszport biologiczny, a przy okazji sprawdzić stan zdrowia zawdoników. Gdyby komukolwiek wyszła anemia, nie mógłby stanąć na starcie. ITRA zaczęła wprowadzać rygorystyczne zasady związane z ochroną zdrowia zawodników ultra. Najlepsi będą musieli co miesiąc dosyłać aktualne badania (i to jest świetne rozwiązanie!). Zdrowie najważniejsze. W Polsce też powinny być obowiązkowe badania. Wiem, że próby wprowadzenia takich rozwiązań spotykają z niechęcią (szczególnie amatorów), ale to działanie przeciw sobie.... Po kontroli połaziliśmy po miasteczku, ponarzekaliśmy na upał i jakoś doczekaliśmy do ceremonii otwarcia Mistrzostw. Ta miała miejsce w naszej mieścinie (Poppi) na zamku. IMG_9443 IMG_9457 Dla mnie to zawsze wielki honor i wyróżnienie, gdy mogą reprezentować Polskę. Chciałabym dać z siebie wszystko... Na ceremonii przedstawiono wszystkie 37 państw, zaprezentowało się 121 zawodniczek i 170 zawodników. Nowy rekord tych mistrzostw. To pokazuje, że zaczynają być prestiżową imprezą, gdzie pojawia się praktycznie cała czołówka górali. Ma to miejsce dopiero od kiedy ITRA przejęła pieczę nad Trailem i udało się nawiązać współpracę z IAAF. Nie odbyło się jednak bez wpadek... IMG_9442 Strasznie chciało mi się spać... Chyba o 10 już drzemałam. Zdążyłam tylko przygotować najważniejsze rzeczy i sen mnie zmógł. Budzik nastawiłam na 5 raną (start przewidziano na 8:00). Nie odczuwałam napięcia. Byłam bardzo spokojna i skoncentrowana. Zjadłam niewielkie śniadanie, cały czas nawadniałam się izotonikami. Dopiero przed samym startem, żołądek zaczął się lekko buntować. Ale sądziłam, że szybko przejdzie. Zakładałam, że pewnie będę musiała zatrzymywać się na trasie, ale miałam to wkalkulowane... Start... Jak zwykle na takich imprezach bardzo szybki. Stałam w środku stawki, licząc że nikt mnie nie poturbuje. Zaczęłam spokojnie. Po kilometrze wyprzedziłam Edytę, po dwóch wyprzedzili mnie Kamil i Artur (startowali z ostatniej linii - na końcu weszli do strefy, gdzie sprawdzano sprzęt). Biegłam żwawo, ale na niskim tętnie. Po kolei wyprzedzałam dziewczyny. Bardzo sapały, dyszały. To było pocieszające. Na pierwszym szczycie byłam trzecia, zaraz za dwoma Francuzkami. Ale wiedziałam, że muszę nadrabiać pod góre to co na pewno starcę w dół. Nie pomyliłam się, bo na pierwszym pomiarze czasu byłam 7-ma. To był 9-ty kilometr. Biegło mi się... przeciętnie. Musiałam zrobić skok w bok, żeby uspokoić brzuch;) i na pewien czas się poprawiło. 19030347_1292936234165891_7880789936320560307_n Wtedy dogonił mnie Piotrek i prawie do 25-go kilometra biegliśmy razem. Naprawdę liczyłam na wspólny bieg. Niestety... zaraz przed drugim pomiarem czasu byłam zmuszona "uciec do lasu". Benek wpadł na punkt pomiarowy kilkadziesiąt sekund przede mną. Wyprzedziły mnie też dwie zawodniczki. Na puncie spędziłam dość dużo czasu, próbując zastopować żołądek. Niestety skończyło się wymiotami zaraz za strefą. Niestety (!) wzięłam z punktu kilje (świeżutkie, nowiutkie, nigdy nie używane). Nie potrafiłam ich rozłożyć. Gdy to się udało okazało się, że tulko mi przeszkadzają. Ale złożyć ich nie potrafiłam. Jest mi wstyd. Biegłam z kijami w rękach, nie korzystając z nich we właściwy sposób... Włąściwie walcząc z nimi (miałam ochotę wyrzucić je w las!). Ale się nie śmieci...! IMG_9614 Nagle musiałam zatrzymać się na dobre. Zwymiotowałam chyba wszystko co zjadłam od dwóch dni... w pomieszaniu z izotonikiem i żelami nie było to przyjemne. Ledwo zmusiłam się, żeby sunąć dalej. Przestałam liczyć dziewczyny, które mnie wyprzedzały. Marzyłam, żeby dotoczyć się do punktu i zejść. Czułam się odwodniona, a robiło się coraz bardziej gorąco... Ale na punkcie (36 kilometr) wylałam na siebie wiadro wody, wiadro wypiłam. Usłyszałam wiele motywujących słów, przemyślałam sprawę i zdecydowałam się kontynuować wyścig. Noga za nogą, byle do przodu. Prawie spadłam z urwiska, które było zabezpieczone jedynie przez linę... ale poradziłam sobie. I dotrwałam do 41-szego. A zejść w tym momencie byłoby wstyd. To był drugi (po 25km) punkt, gdzie można było mieć support. Znajome twarze i dobre słowo zrobiły swoje. Zaczynałam odzyskiwać siły. IMG_9610 Na ostatnich 5 kilometrach wyprzedziłam 3 dziewczyny. W głowie szalała mi myśl: "dlaczego? dlaczego? dlaczego? czemu ten wyścig już się kończy?". Dobiegłam na 20-tym miejscu. IMG_9466 Jestem realistką. Po przeanalizowaniu wszystkiego wiem, że mogło być znacznie lepiej, lecz problemy na trasie nie biorą się z nikąd. Może odpoczynek był za krótki, na pewno muszę profesjonalnie zabrać się za dietę (to naprawdę moja pięta achillesowa), na pewno muszę więcej biegać w górach, muszę trenować w cieplejszej aurze. Na pewno nie poddam się. Kocham góry. Uwielbiam wyzwania. Chcę być biegaczką wszechstronną, choć skoncentruję się na maratonie;) ale gór nie odpuszczę. Nie tak zupełnie..., uważam że bardzo pomagają mi potem w bieganiu po płaskim. IMG_9608 Po biegu, razem z całą drużyną, skonsumowaliśmy należne nam piwa;) Czekaliśmy na klasyfikację drużynową. Liczyliśmy na pierwszą ósemkę i rzeczywiście kobietom udało się to zrealizować (7-me miejsce), a panowie byli bardzo blisko (10-ta lokata). 19113345_10154832871963165_2134585920_n druzyna Dziękuję całej drużynie! Wielkie podziękowania dla Przemka i Kamila za support. Bez was... Gratulację za walkę. I szczególny podziw dla debiutującego Artura Jabłońskiego. Ukłony dla Kamila, który w tamtym roku był 72-gi... Dziewczyny! Zrobiłyście tyle, ile mogłyście! Będzie tylko lepiej! A Piotr - jesteś super, co oczywiście wiesz;)

Rekord Świata w Wings For Life…

7 maja w 24 lokalizacjach na świecie, dokładnie o tej samej porze, wystartował niezwykły wyścig Wings For Life World Run! WFL to jedyny bieg, w którym meta, czyli samochód pościgowy, goni zawodników. Bieg odbywa się w 24 miejscach na świecie i rozpoczyna dokładnie o tej samej godzinie. W Polsce była to 13:00, w Chile 8:00, a w Australii 21:00. Spośród wszystkich biegaczy wyłaniani są krajowi i światowi zwycięzcy – kobieta i mężczyzna, którym udało się najdłużej uciekać przed goniącą ich metą. Nikt nie ma szans, by nie dobiec do mety, bo to ona dogania zawodników, także nieukończenie jest niemożliwe (chyba że ktoś ucieknie w bok…). Zawody sponsoruje i organizuje Redbull wraz z innymi partnerami. Bieg skierowany jest do wszystkich, którzy chcą wspomóc badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym (przeznaczone jest na to 100% opłaty startowej). Czyli:
  • wspaniały cel  -Ty możesz biec! Ciesz się z tego, bo przecież uwielbiasz biegać! Ale są tacy, którzy nie mogą, lecz jest nadzieja! Pomóżmy!
  • bardzo emocjonująca formuła - W czasach, gdy popularność lekkiej atletyki spada, gdy bieganie długodystansowe wydaje się nudnym sportem "do oglądania", nagle okazuje się, że jest sposób na to, by zatrzymać widzów przed odbiornikami. I to przez prawie 6 godzin!
wingsCH4

Tyle tytułem wstępu.

Przechodzę do subiektywnej relacji. Ja i Wings For Life. Po raz pierwszy w WFL wystartowałam dwa lata temu w Poznaniu (była to druga edycja tego biegu). Zgłosiłam się dosłownie na ostatnią chwilę, 40 minut przed zamknięciem zapisów! Nie znaczy to, że nie planowałam udziału, ale po kontuzji ścięgna Achillesa nie do końca byłam pewna, czy to już czas na długie dystanse. Mimo to (i mimo innych przeciwności – żołądek mnie nie oszczędzał) udało mi się ukończyć bieg na pierwszym miejscu w Polsce, 32. na świecie. Wiedziałam, że za rok będę chciała pobiec dalej i szybciej. Na miejsce startu wybrałam Australię, gdzie meta dogoniła mnie po 55 km (zatem przebiegłam 13 km więcej niż rok wcześniej!), byłam 8. na świecie. AppleMark Planując 2017 rok i starty docelowe chciałam wszystko postawić na WFL. Wreszcie wygrać tą imprezę, udowodnić, że ultramaratony to moja specjalność. Że mogę biegać długo i całkiem szybko! Bardzo tego chciałam! Założyłam, że 70km jest do osiągnięcia (oczywiście nikt nie brał mnie na poważnie, poza moim trenerem, który jednak zaznaczał, że tempo 4,0 i 65km na pewno wystarczą do zwycięstwa). W styczniu nie wiedziałam, czy zdążę przygotować formę na kwietniowy maraton, ale byłam pewna, że na 7 maja się wyrobię. Po 2 miesiącach bez biegania (listopad-grudzień) nie czułam się komfortowo. Ale forma rosła bardzo szybko. Dlatego zapadła decyzja o starcie w Mistrzostwach Polski w Maratonie, a potem w Orlen Warsaw Marthon. Mało kto wierzył, że mi się uda, ale jak człowiek jest w formie to czuje moc. Gdy znasz już swoje ciało, zaczynasz lepiej oceniać jego reakcje. Mistrzostwa Polski wygrałam, a na Orlenie nabiegałam 2:38:51, co jest moją aktualną życiówką maratońską. Na WFL wybrałam Chile. Dlaczego? Bo nie było Peru wśród miast do wyboru. A że Chile graniczy z Peru... Sprawdziłam, że temperatura powinna być w miarę przyzwoita (średnio o 8 rano, czyli podczas startu 14 stopni, w miarę upływu dnia do 20).  Nieźle. Wiadomo, że na Antarktydzie byłoby lepiej, ale... 😉 IMG_8786 Polecieliśmy z mężem tydzień wcześniej. Dzieci zostały pod opieką babci, a my po 30 godzinach lotu dotarliśmy do Antofagasty. To było miejsce nad oceanem najbliżej pustyni Atacama. Chciałam dwa dni odpocząć i ruszać na podbój Chile!

O Chile będzie w kolejnym odcinku... Mam tyle do opowiedzenia... Teraz ma być o biegu 🙂IMG_8694

Santiago De Chile - to w stolicy startuje WFL. Do końca nie moglam znaleźć informacji o trasie, dowiedziałam się jednynie, że została zmieniona w stosunku do zeszłego roku (po biegu, zupełnie przypadkiem, ujawniono mi, że trasę zmieniono tak, by po 80km było z górki, żeby mógł paść światowy rekord...). Rekord padł 😉 ale nie u mężczyzn, ale w przyszłym roku, kto wie? Może po moim tekście ktoś się skusi;) W Santiago chcieliśmy spędzić jak najmniej czasu, co okazało się świetną decyzją. Nie jest to piękne miasto! Jest tłoczne, bardzo gwarne, dość brudne. Są oczywiście perełki, ale ogólnie klimatem przypomina europejskie miasta sprzed 30–40 lat. Raczej smutno, dość niebezpiecznie (poza centrum), ulice pełne handlarzy, muzyków, bezdomnych… Hotel dostaliśmy w samym sercu miasta. Niestety nie działała klimatyzacja, a przy otwartym oknie nie dało się spać. Chyba takie sytuacje mam już wpisane w DNA, także nie przejęłam się zbytnio. Po prostu się nie wyspałam, nic nowego. IMG_8836 Mam też szczęście 😉 Na dzień przed biegiem przepięknie zepsuła się pogoda! Z 26 stopni i słońca temperatura spadła do 10–14 stopni i spadł deszcz! MNIAM!!! Wraz z obniżeniem temperatury zaczęłam coraz mocniej wierzyć w to, że mam duże szanse, że to tutaj, w Chile, rozegra się walka o zwycięstwo światowe. Do Santiago przyleciało aż siedem zeszłorocznych zwyciężczyń, w tym bardzo mocna Portugalka (3. na świecie w tamtym roku, w kwietniu nabiegała 2:34 w maratonie). Czułam, że to jest moja szansa, że muszę się trzymać Very, a wszystko będzie dobrze. Poza tym, nie denerwowałam się. Wydaje mi się, że wszytskie nerwy zdążyłam stracić przed Dębnem. Teraz byłam pewna siebie. Miałam poczucie, że nic nie muszę udowadniać, ale chcę! IMG_8844 Start był o 8 rano, także pobudkę zaplanowałam na piątą. Spokojne śniadanie (izotonik z kawałkiem macy). O 6:30 podjechał pod nasz hotel bus. Chilijczycy byli bardzo dumni, że mają tak mocną grupę kobiet, także opiekowali się nami (dla porównania w Australii nikt się nami nie zainteresował), mieliśmy podwózkę, specjalny namiot VIP i możliwość ustawienia się w pierwszej linii (nie tylko do zdjęcia ;). Żeby jeszcze mówili po angielsku 😉 No, ekipa Redbulla mówiła, ale poza tym musiałam ratować się moim nędznym hiszpańskim, który obiecuję dopracować! WFLChile2 Start. Spokojnie. Tajwanka wychodzi na prowadzenie. Biegnie prawie sprintem. Zastanawiam się jak długo da radę. Po 2 kilometrach zwalnia. Ja trzymam się Portugalki. Pierwsze 5 kilometrów to kluczenie po parku, bieg po ciemku, ale szybko nastaje świt. Jest tak cudownie rześko. Chwilowo zaczynam nawet lubić to miasto. Szybko jednak wybiegamy na peryferie. Trasa jest dobrze oznakowana (nie gubię się!). Nie jest jakoś bardzo komfortowo, bo poruszamy się po poboczu, często dołączają psy, które nie są groźne, ale porafią wejść pod nogi. Na niewiele zdaje się przepędzanie ich.wingsCH Po kilkunastu minutach zdaję sobie sprawę, że pan, który biegnie z nami (ze mną i Portugalką), to tak naprawdę jej zając. Wygrał w tamtym roku rywalizację mężczyzn w Portugalii, lecz celem tegorocznym było poprowadzenie Very na mistrzostwo świata Wings For Life. Nie było to dla mnie jakoś wielce zaskakujące, nawet pomyślałam, że dzięki temu ja też skorzystam (jego życiówka w maratonie 2:13!). Ale szybko okazało się, że Portugalczycy grają nie fair. Mieli swoich ludzi, którzy podawali im żele i wodę, on jej otwierał to wszystko, podawał. Gdy powiedziałam, że to nie uczciwe i zabronione w regulaminie, udawali, że nie rozumieją. Wkurzyłam się. To ja wszystkie żele targam ze sobą (mam ulubione spodenki z dużą kieszonką, które zmieszczą wszystko ;), ledwo udaje mi się czegokolwiek napić z nieco tylko wypełnionych kubeczków podawanych co 5 km na trasie, a oni dostają pomoc z zewnątrz! Do tego, gdy pojawiły się kamery, on jednak zrozumiał, że gra nieczysto i zaczął zostawać z tyłu, żeby wziąć „prowiant”, po czym ją gonił i „dzielił się z nią”. Wkurzyłam się mocno! Tak... ja się potrafię wkurzyć! wflCHILE5 Gdzieś tak na 35-tym kilometrze, bliska wybuchu, rzuciłam im "i tak tego nie wygracie!" i rozpoczęłam ucieczkę. Czułam się bardzo dobrze, pogoda dopisywała, deszczyk miło chłodził ciało, trasa była prosta i płaska. Szybko zaczęłam zyskiwać przewagę. Kontrolowałam czas, biegłam równo. Dystans maratoński przekroczyłam po 2 godzinach i 45 minutach z hakiem. Było dobrze, a nawet bardzo dobrze. Od 35km aplikowałam sobie po jednym żelu energetycznym (jak już się zacznie z żelami, to niestety trzeba kontynuować), co 5 kilometrów. Piłam tylko wodę. Gdy dotarłam do 55km (taki był mój wynik rok temu) poczułam się jeszcze pewniej. W tym momencie wiedziałam, że w Chile na pewno nie oddam zwycięstwa. Nie miałam jednak pojęcia, że prowadzę na Świecie (ale może to i dobrze, niepewność powodowała, że chciałam przebiec jak najwięcej). Manuelito Figueroa from Brazil and Dominika Stelmach from Poland perform during the Wings for Life World Run in Santiago de Chile, Chile on May 7, 2017. // Gustavo Cherro for Wings for Life World Run // P-20170507-02567 // Usage for editorial use only // Please go to www.redbullcontentpool.com for further information. // Po 60 kilometrach dogoniłam panów. Dwóch - jeden prowadził bardzo długo, ale zastałam go na poboczu walczącego ze skurczami, drugi chciał wykorzystać niedyspozycję tego pierwszego. Ja nie liczyłam się w tej rozgrywce, ale z satysfakcją wyminęłam obu. Zbliżałam się do 65 kilometra, czyli dystansu, który rok wcześniej pokonała Japonka, dystansu który wielu osobom wydawał się "nie do pobicia". Yoshida Kaori to biegaczka regularnie meldująca się na mecie maratonów poniżej 2,30. A jednak... Dało się dalej! I sądzę, że te 70km było w zasięgu. Ale trzeba coś zostawić "na potem";)

epa05949348 A handout photo made available by by Global Newsroom showing Global female winner Dominika Stelmach of Poland during the Wings for Life World Run in Santiago de Chile, Chile, 07 May 2017. Worldwide over 155.000 participants took part in the charity run in 25 countries. EPA/Gustavo Cherro / GLOBAL NEWSROOM / HANDOUT HANDOUT EDITORIAL USE ONLY/NO SALES

Gdy doganiał mnie samochód nie byłam wykończona,czułam, że mogę jeszcze biec. Ale ogromnie ucieszyłam się, że już nie muszę 🙂 Że to już koniec, że wygrałam. Na pewno w Chile. A jak na Świecie? Pytam, ale nikt nie daje mi jednoznacznej odpowiedzi. Dopiero po kilku minutach przewieszają mi szarfę z napisem "GLOBAL WINNER"! Tak, tak, tak! Kolejna zawodniczka przebiegła 6 kilometrów mniej ode mnie (w Mediolanie). Trzecia była Portugalka. wingsCH3 wingsCH2 Później okazało się, że tylko 15 panów było szybszych ode mnie, w tym niesamowity Aron, który na wózku inwalidzkim (takim normalnym, nie sportowym!) pokonał 92 kilometry. Gdy kilka dni później oglądałam relację nie mogłam uwierzyć, że on to zrobił. Że pokazał, że niemożliwe nie istnieje. Wśród biegaczy najszybszy był Bartek Olszewski, który wygrał bezpośrednią rywalizację z Włochem Calcaterrą. W Polsce zwyciężył Tomek Walerowicz. wflCJILE Po biegu polecieliśmy do Peru realizować kolejne marzenia...   PS. Mój mąż też zrobił życiówkę, przebiegł 17km! PS'. Dzięki Hubert Duklanowski ;D PS'', Dzięki Magda Sołtys PS''. Ola, też dzięki 😀

Mistrzostwa Polski Kobiet w Maratonie 2017… okiem Mistrzyni Polski:) BIEG

Start… DomiD4 Duża grupa dziewczyn. Nikt nie chce prowadzić. Patrzę na zegarek po pierwszym kilometrze – jest bardzo wolno! Tzn. znacznie wolniej niż zakładałam... Sądziłam, że przy tej pogodzie pobiegniemy po 3,40-3,45min/km, ale powyżej 3,50??? To tempo na 2:42. Przyspieszyłam. Nie jestem jednak nowicjuszką i wiedziałam, że najgorsze, co mogę zrobić w taktycznym biegu to wziąć na siebie ciężar prowadzenia. Wiało (czytam we wpisach, że ponoć mocno, ale bez przesady!), było ciepło - o wyniku na miarę możliwości można było tylko pomarzyć. Żałowałam, że nie mogła wystartować Agnieszka Gortel (kiedyś to ona zainspirowała mnie do tego, by się nie poddawać - Aga też bardzo późno zaczęła biegać na wysokim poziomie). DomiD7 Czajenie się. Próbowałam skłonić Andżelikę Mach do wymiany na prowadzeniu - co kilometr, czy 500 metrów, ale nie była zainteresowana (sądziłam, że jest dla mnie najgroźniejszą rywalką. To waleczna dziewczyna o dużych możliwościach). Żadna inna pani nie podjęła dyskusji na ten temat. Uznałam, że w tym wypadku ja też będę się czaić... Zaczęło się bardzo szarpane tempo... wtedy pomyślałam "dziękuję Hubert, trenerze wspaniały, że tak nalegałeś, bym włączyła do treningu zmianę tempa!". Dużo biegaliśmy treningów z nagłą zmianą prędkości (ja nie wiedziałam, kiedy nastąpi przyspieszenie I na jak długo). Była to próba oszukiwania organizmu, przyzwyczajania do sytuacji, jakie często mają miejsce na zawodach. Poza tym, biegi trailowe i górskie, nauczyły mnie wybijania z rytmu i powrotu do tempa. Dziesięć kilometrów pokonałyśmy w dużej grupie w czasie 37,45. Na kilka kilometrów na prowadzenie wyszła Ukrainka UGRYNCHUK Oksana, potem Białorusinka KRAUTSOVA Volha (PB 2:34, finalistka Mistrzost Świata na 5000m). Troszkę szarpnęła, i we trzy, razem z Kenijką, oderwałyśmy się od pozostałych Polek przed półmetkiem (Paulina Golec, Andżelika Mach, Arleta Meloch 21km minęły 21 sekund za nami). Czułam się doskonale. W głowie miałam tylko jedną myśl: BIEGNĘ PO ZŁOTO! Biegnę wolno, może trener pozwoli mi wystartować na Orlenie...? Rozmawialiśmy kilka dni temu o tym, że Małgosia Sobańska (rekordzistka Polski w Maratonie) często biegała drugi maraton 3 tygodnie po pierwszym, osiagając znacznie lepsze rezultaty. Oczywiście ten pierwszy był zazwyczaj zachowawczy, ale ja też biegnę zachowawczo! Temperatura i nasłonecznienie rosły z każdą chwilą. Punkty odświeżania traktowałam przede wszystkim jako przystanki do oblania głowy wodą. Uważam, że to równie ważne jak picie. Pierwszy żel wzięłam na półmetku. Starałam się zrobić to jak najpóźniej, bo jak zaczyna się ładowanie węglami to nie można już przestać i trzeba regularnie, co około 5 kilometrów spożywać kolejną tubkę. DEBNO15_pzla Po wybiegnięciu z Dębna po raz drugi (27 kilometr) rozpierała mnie energia szczęście:). Łukasz Panfil (spiker) dopingował, publiczność wiwatowała, było pięknie. Byłam zdziwiona, że gdzieś zagubiła nam się Białorusinka. Zostałyśmy z Kenijką we dwie... no jeszcze z reprezentantem Dębna, który jednak nie chciał biec przed kobietami;) I wtedy się zdenerwowałam... Menedżer Kenijki krzyknął, że ma się trzymać za moimi plecami i przyspieszyć dopiero po 35 kilometrze. No, naprawdę się wściekłam. Nie będę Kenijce rozprowadzać biegu, nie! Zwolniłyśmy, bo każda z nas próbowała schować się za drugą. Ale nic, z tego. Żadna nie chciała ustąpić. W efekcie biegłyśmy obok siebie... DomiD11 Temperatura rosła... czas płynął... Myślałam o tym, jaki to jednak krótki dystans ten maraton. Na biegu ultra dopiero bym się rozgrzewała. Zaczęłam też przeliczać czas na wynik i wyszło mi, że na złamanie 2:40 nie ma już raczej szansy. Zagapiłam się na chwilę... Tyle wystarczyło, by Kenijka oderwała się ode mnie. Szarpnęła mocno. Próbowałam ją gonić. Ale nic z tego... Tempo wzrosło do 3,30min/km. I się poddałam. Żałuję, ale pomyślałam, że Mistrzostwo Polski mi wystarczy, że kontroluję sytuacje, a życiówka i tak będzie. W rezultacie na ostatnich 7 kilometrach straciłam ponad minutę... dużo! Nauka na przyszłość: trzeba cały czas być czujnym;) DimiD17 Dobiegłam! Wygrałam Mistrzostwa Polski w maratonie z czasem 2:41:13. Przez długi czas nie mogłam jeszcze w to uwierzyć. Nie wiedziałam dlaczego dziewczyny poschodziły z trasy. Co się stało, że tylko 9 zawodniczek ukończyło bieg w ramach MP? Kolejne 2 i pół godziny spędziłam razem z pierwszymi 4 dziewczynami (z Polski, Kenijki nie badano) na kontroli antydopingowej. Bo to naprawdę nie jest łatwe po maratonie. Jesteś odwodniony, a musisz oddać próbkę moczu minimum 90ml. Siedzisz zatem i pijesz... wodę. Bo choc prosiłyśmy o piwo, nie pozwolono nam. A byłoby szybciej! Z drugiej strony, miałam przed sobą jeszcze ponad 500km w samochodzie... po piwie mogłoby się to źle skończyć;) debno_2 Na zakończenie dodam, że relacja na temat przygotowań pojawi się wkrótce. Będzie o fizjoterapii, o biegach na czczo w bardzo wczesnych godzinach, o namiocie tlenowym, braku obozów i innych takich (np. moim trenerze). W tym miejscu chcę jeszcze raz podziękować wszystkim zaangażowanym w mój sukces! Mam wspaniałych ludzi wokół siebie. Ogromniasty całus dla Magdy Sołtys:) - posada menedżera jest cały czas aktualna:D, Dla trenera Huberta muszę coś wymyślić, Szczepana Figata uściskać, z Benkiem wymienić się tradycyjnym niemiłym słowem;), kolegom i koleżankom z pracy podziękować za trzymanie kciuków, Przemkowi Cytrynowiczowi chylę czoła! Rodzicom, teściom i mężowi dziękuję za pomoc w awaryjnych i codziennych sytuacjach;) Dzieciom, za to że są 😀 Wzruszyła mnie też oddolna inicjatywa... debno koniec I na tym skończę:) No może wspomnę jeszcze tylko, że byłam najmłodszą zawodniczką na podium (jakby to były zawody MASTERS...). Szkoda, że tak mało jest młodych, dobrze biegających dziewczyn. Z drugiej strony, one wciąż mają szansę. Ja mogłam! Każdy może biegać szybciej! Tu informacja o mojej drodze maratońskiej, która trwa już 13 lat! http://bieganie.pl/?show=1&cat=10&id=9267 Gratulacje dla wszystkich, którzy ukończyli. Dużo sił i zdrowia tym, którym to się nie udało. Starajcie się nie schodzić z trasy, kiedy to nie jest naprawdę konieczne. Nigdy jednak nie ryzykujcie. Życie i zdrowie mamy jedno. debno_czasy wynikikobietDEBNO

Mistrzostwa Polski Kobiet w Maratonie 2017… okiem Mistrzyni Polski;) PROLOG

W Dębnie, w niedzielę 2 kwietnia o godzinie 11-stej rozpoczęły się Mistrzostwa Polski Kobiet w Maratonie. Mistrzostwa organizowane są od 1981, większość edycji właśnie w Dębnie. Dlaczego tam? Czemu w małym miasteczku pod Niemiecką granicą? Czemu na maratonie, który jest w stanie przyjąć „zaledwie” 2500 osób? DimiD17 Nie znałam odpowiedzi na te pytania. Wiedziałam tylko, że Maraton Warszawski wycofał się z Organizacji MP kobiet w maratonie już po jednej edycji (2012). Okazało się, że wielka impreza nie pomogła w osiągnieciu spektakularnych rezultatów i ściągnięciu całej polskiej czołówki kobiet. Agnieszka Mierzejewska pobiegła tam bardzo przyzwoity czas 2:34:15, ale już do srebra wystarczyło 2:41:52 (zatem gorzej niż w tym roku w Dębnie). Dwie kolejne edycje odbyły się na powrót w Dębnie (w 2013 Agnieszka Gortel-Maciuk wygrała z czasem 2:40:03, a rok później Arleta Meloch 2:43:02). Potem, dwa maratony zawodniczki biegały w Łodzi. W 2015 roku Monika Stefanowicz pobiegła tam najlepszy wynik MP, jedyny poniżej 2:30 (2:29:28). Druga była Agnieszka Mierzejewska 2:30:55. Ale na tym koniec. Na brąz wystarczył wynik 2:47:24. W 2016 Agnieszka Mierzejewska triumfowała z czasem 2:32:04. Niestety już srebro i brąz to wyniki 2:46:33 i 2:55:04. Nie udało się zatem znacząco podnieść poziomu, choć wyniki zwyciężczyń były bardzo dobre. W sytuacji, w której Mistrzostwo Polski realnie nie wiąże się z żadnymi benefitami (w maratonie liczy się minimum określone przez PZLA, które może być wypełnione na dowolnym biegu z atestem IAAF), zwyczajnie nie opłaca się zawodniczkom z najlepszymi rezultatami stawiać w komplecie. Znacznie łatwiej o świetny czas w dobrze obsadzonym maratonie, gdzie prowadzi pacemaker. W grę wchodzą też większe pieniądze. Nie rozumiem w tym miejscu nieco emocjonalnych wpisów na temat poziomu… tylko zmiana systemu na amerykański (na imprezy Mistrzowskie kwalifikują się 3 najlepsze zawodniczki – liczy się tylko jedna impreza, nie mają znaczenia czasy osiągane na maratonach komercyjnych) lub bardzo wysokie nagrody dla co najmniej 5 zawodniczek może coś zmienić. Trzeba zrozumieć zawodowych biegaczy. Dla większości z nich nagrody są podstawowym źródłem utrzymania. Każdy kalkuluje. Dość słaba medialność biegaczek (i nie skupianie na tym większej wagi) sprawia, że sponsorzy pomagają niechętnie. Polecam artykuł Marcina Nagórka z magazynbieganie.pl – http://www.magazynbieganie.pl/biegacze-a-media-dlaczego-wartosc-marketingowa-polskich-wyczynowcow-jest-bliska-zeru/ Jest jeszcze kwestia przynależności do wojska (tam zatrudnieni są nasi zawodowi biegacze) i wynikających z tego zobowiązań do startów w Mistrzostwach Świata Wojskowych. DomiD3 Pamiętajmy, że każda zawodniczka posiadająca licencje mogła zgłosić się do  MP i wystartować. Takie są zasady na całym świecie - licencja musi być, nie ma co się na to wściekać. Z najlepszej 10-tki maratonek z 2016 roku na liście startowej było 5. Agnieszka Gortel po półmaratonie w Trójmieście podjęła decyzje, że nie startuje. Andżelika Mach i Anna Łapińska zeszły po połowie dystansu. Andżelika zapowiadała, że będzie biegła na 2:32, Ania wspominała o 2:35. Ale pogoda zweryfikowała wszystkie plany. Tyle, że… prognoza pogody była powszechnie dostępna i znana każdemu. Ale to jest urok maratonu – to dystans, który bywa nieprzewidywalny, potrafi złamać nawet najtwardszych. Nie kupuję komentarzy, że "interesują mnie tylko dobre wyniki, na słabe szkoda nóg". Gdy ktoś stawia się na starcie to po to, by podjąć walkę. Rozumiem, że czasami zmuszeni jesteśmy zejść, ale na Boga! nie dlatego, że szkoda nóg! Biegaczki kochane, więcej pokory! Ale wracając do początku... Bo miało być o MP 2017 🙂 Subiektywnie. Tutaj znajdziecie więcej informacji o historii Maratonu w Dębie http://www.maratondebno.pl/historia-maratonu-debno,91.html . Jadąc do Dębna nie spodziewałam się wiele. Sądziłam, że to dość zaściankowa impreza, która przez 44 lata nie ewoluowała. Ale zaskoczono mnie, bardzo pozytywnie. Po pierwsze ze względu na twardo określony limit zawodników, który dla komfortu biegających nie ma być zwiększany w przyszłości. Po drugie, z powodu kibiców! Nigdzie w Polsce nie spotkałam takich tłumów, nigdzie jeszcze nie czułam, że ludzie (ci niebiegający) czekają na maraton. Że to dla ich społeczności coś wielkiego. Pomimo, że odcina im się główną ulicę i drogę wyjazdową z miasta. Tak, Maraton w Dębnie to prawdziwe biegowe święto. Minusem lokalizacji na pewno jest oddalenie od stolicy, a także mała liczba miejsc noclegowych. Mnie udało znaleźć się hotel dopiero w Gorzowie, 42 kilometry od startu. Trasa nie prowadzi przez metropolię tylko kręci po mieście i okolicznych lasach. Gdy pierwszy raz zobaczyłam mapkę… byłam przerażona. Nie wiedziałam kompletnie, o co chodzi: „pół małej pętli, potem cała mała, potem duża, znowu cała mała, duża i niecała mała…”. Pomyślałam, że jak nic się zgubię, nie ma bata (a tracka na GPS nie było). Tymczasem NIE MA możliwości, żeby się pomylić. Organizacja ruchu jest świetna. Ponad 200 wolontariuszy zaangażowanych w bieg, policja, straż – wszyscy czuwają, by zawodnicy nie stali się przypadkiem ultramaratończykami. 😉 mapa Do Dębna z Warszawy jest prawie 500 kilometrów. Gdy trzeba pojechać przez Łódź (bo dzieciaki musiały zostać pod opieką babci) robi się jeszcze więcej. Podróż rozpoczęłam w piątek wieczorem drogą do domu rodzinnego w Łodzi. Tam, o 11 rano w sobotę 1 kwietnia zorganizowaliśmy urodziny mojego starszego syna. Kończył 7 lat. Miałam trochę wyrzutów sumienia, że zostawiam go w taki dzień. Ale nadrobimy w kolejną sobotę! Po urodzinach synka pojechałam razem z mężem już do Dębna. Szybko poszło, bo drogi dobre.. Pakiety odebrałam koło 17-stej (przy okazji poznając niezastąpionego Przemysława Cytrynowicza, który stał się dobrym duchem mojego maratonu). Nie zostawaliśmy jednak w Dębnie na dłużej, tylko udaliśmy się do Gorzowa. Tam obowiązkowy spacer i zwiedzanie miasta. Mąż piwo. Ja nie…;) Nie denerwowałam się. Chyba zdążyłam stracić nerwy w poprzedzającym tygodniu… Nawet nie bardzo wytrąciła mnie z równowagi informacja, że rano w niedzielę na drodze do Dębna odbywa się giełda i w związku z tym musimy wyjechać naprawdę wcześnie, bo na poprzednie edycje zawsze ktoś się spóźniał… Poszłam spać koło 9-tej… nie śniło mi się nic specjalnego;) , przez większość nocy tylko drzemałam. Co jadłam dzień wcześniej? Dużo białka i lekkostrawnych, wysokokalorycznych pokarmów. Nauczyłam już się, że krewetek i innych owoców morza należy unikać przed startami… Obowiązkowo na mojej liście jest też SanProbi (probiotyk, który ujarzmia mój słaby żołądek). Probiotyk zawsze zaczynam brać dwa tygodnie przed ważną imprezą. Dzięki temu jestem w stanie unikać problemów żołądkowych, które kiedyś paraliżowały moje starty. I nie, nikt mnie nie sponsorujeJ Sama go kupuję w aptece. A co do cudownej diety maratońskiej - nie stosuje. Od 22 lata zmagam się z zaburzeniami odżywiania i po prostu nie wierzę, że taka dieta białkowo-tłuszczowa może dużo wnieść do mojego wyniku. Lepiej nie ryzykować zmian przed ważnym biegiem. Rano budzik zadzwonił o 6:45. To raczej późna pora, zwykle wstaję znacznie wcześniej;) Po szybkim prysznicu poszliśmy razem z mężem na śniadanie. Z wielką zazdrością patrzyłam jak pałaszuje jajecznicę i łososia… Ja poprzestałam na kajzerce z miodem. W dzień startu nie należy się opychać, poziom glikogenu nie wzrośnie, a żołądek może zacząć pracować za mocno, odbierając nam cenną energię… Ja wszystkie błędy żywieniowe już zdążyłam popełnić… 😉 Do Dębna dotarliśmy szybko (giełda dopiero się budziła). Przemek Cytrynowicz pomógł nam zaprowadzić samochód w miejsce, z którego moglibyśmy szybko wyjechać po biegu. Tam przez półtorej godziny odpoczywaliśmy. Tzn. poprosiłam męża, żeby mnie zagadywał… Bo już nie chcę myśleć o maratonie;) Ale byłam trochę zaniepokojona brakiem emocji. Byłam spokojna. Spokojna jak na mnie… coś nie tak… Tymczasem zrobiło się 40 minut do startu. Czas na rozgrzewkę. Trzy spokojne kilometry. Zaczął mnie boleć brzuch… poprosiłam (czy ponagliłam?) męża o bieg do apteki po NO-SPA (powtarzam: brak sponsora). Nie wiedziałam, czy jest mi to potrzebne, ale na pewno nie zaszkodzi. DomiD5 I za chwilę był start… Łukasz Panfil (wspaniały człowiek i lekkoatleta, który prowadził imprezę) wspomniał mnie w gronie faworytek. Poczułam się lepiej;) Poczułam się faworytką. Jedną z kilku, ale jednak! Wiedziałam, że jestem mocna, że z treningu wychodzi, że w idealnych warunkach mogę pobiec naprawdę dobrze! Ale warunki nie były idealne. Pierwszy gorący weekend po zimie zawsze jest niebezpieczny. Gorąco i słońce, do którego nie jesteśmy przygotowani, nie raz już zweryfikowało marzenia. Na szczęście żyjemy w takich czasach, że mamy dostęp do prognoz pogody. W Dębnie miało być gorąco i wietrznie. Koszmar maratończyka;) ale na imprezie mistrzowskiej każdy ma takie same szanse, tą samą pogodę i trasę! Start… Duża grupa dziewczyn. Nikt nie chce prowadzić. Patrzę na zegarek po pierwszym kilometrze – jest bardzo wolno! Tzn. znacznie wolniej niż zakładałam… Cdn.

ULTRA DLA POCZĄTKUJĄCYCH…

UNie zmieniałam zdania na temat tego, że do ultrabiegów należy się solidnie przygotować. To nie jest dyszka po mieście, gdzie w każdym momencie możesz zejść z trasy i bezpiecznie dotrzeć do domu. Biegi ultra to wyzwania wielogodzinne, często w bardzo trudnym terenie. Nie straszę!!! - zachęcam do stopniowego pokonywania coraz dłuższych dystansów. Dlatego postanowiłam przedstawić Wam kilka propozycji łatwych biegów ultra. Oczywiście względnie łatwych, bo jednak wymagają odpowiedniego przygotowania (zarówno siłowego, jak i wytrzymałościowego). Warto też zaopatrzyć się w niezbędny sprzęt (na niektórych biegach wymagane jest tzw. wyposażenie obowiązkowe, za którego brak można zostać wykluczonym z wyścigu lub dostać karę czasową). adidas-1-6 Kiedy wystartować w pierwszym biegu ultra? Gdy jesteśmy w stanie swobodnie przebiec dystans maratoński w czasie poniżej 5 godzin (nie potrzeba biegać po asfalcie, ale powinniśmy mieć maraton na swoim koncie, może być trailowy). Uważam, że warto mieć przynajmniej 3000 kilometrów w nogach. Zawsze jest to subiektywne, bo ktoś może poza bieganiem dużo jeździć na rowerze, pływać, ćwiczyć judo, etc. i w takiej sytuacji, oczywiście, będzie mu łatwiej. Pamiętajcie jednak, że na ultra zawsze jest czas. To dyscyplina, gdzie najlepsze wyniki osiąga się w średnim wieku;) A brak przygotowania można przypłacić wykluczeniem ze sportu na długo. Moje propozycje ultra-biegów dla początkująych (i nie tylko, rzecz jasna!): BIEG SZLAK TRAFI - 5 sierpnia 2017/ Kazimierz Dolny/Parchatka, 57 kilometrów. Do wyboru mamy też półmaraton i bieg na 7km. Są też biegi pod górkę dla dzieci. bstr Atuty: przedzieracie się przez chaszcze, docieracie do miejsc, w które turyści nie zaglądają. Trochę szkoły przetrwania, choc profil trasy łatwy. Ale start nad ranem z zamku na Kazimierzu - wspaniałe przeżycie. TUT, BIEG NA 63 KILOMETRY (mój ulubiony)  w Trójmieście. W tym roku odbyła się już edycja zimowa. Nie wiem, czy będzie letnia, ale w lipcu CITYTRAIL zaprasza w tym terenie na 80 kilometrów - http://tricitytrail.pl/. Są też biegi towarzyszące na 47 i 21 kilometrów. Dużo małych górek. Nie ma nudy, ale technicznie jest łatwo, przez cała trasę można biec (nie trzeba;). ULTRAMAZURY W 2017 w nowej odsłonie. Bardzo szybka trailowa trasa, a dystanse do wyboru 100 km i 70-tka. Malowniczy bieg 12 sierpnia, zatem można zostać na przedłużony weekend. A Mazur chyba nikomu zachwalać nie muszę. http://ultra.mazury.pl/index.php/pl/ domiultra4   KASZUBSKA PONIEWIERKA, 16 WRZEŚNIA 2017. Tu już jest nieco trudniej, ale to wciąż nie góry. http://www.kaszubskaponiewierka.pl/, do wyboru 100 i 30 kilometrów. SUPERMARATON W OZORKOWIE, 13 maja, 50 kilometrów. Na pewno świetne miejsce i doskonały termin na przetarcie przed letnimi biegami. ULTRA KAMIEŃSK, 6 sierpnia 2017. Namiastka biegów górskich. Nie jest technicznie, ale na pewno trzeba być przygotowanym. Na pewno zmęczenie będzie duże. 50 i 25km. http://www.ultrakamiensk.pl/ RYKOWISKO, 27 maja w okolicach płocka. 105, 70 i 35km biegania w terenie. Raczej płasko, ale pięknie. http://www.rykowisko.org/ ULTRAMARATON KASZUBSKI https://www.facebook.com/events/236559710123038/ ULTRAMARATON POWSTAŃCA W WIELISZEWIE (blisko stolicy) http://www.ultra.wieliszew.pl/ LETNI BIEG PIASTÓW - ULTRAMARATON. http://www.ultra.wieliszew.pl/ Polana Jakuszycka, czyli niby w wysokich górach, a prawie po płaskim;) Rózne dystanse towarzyszące do wyboru. 26-27.08.2017 MARATON PUSZCZY BYDGOSKIEJ z ultramaratonem 60 km, 1 października 2017 https://b4sportonline.pl/Maraton_Puszczy      

Musztarda po obiedzie… czyli kilka słów o Mistrzostwach Świata w Ultra Trail

Teraz jestem mądrzejsza o ten jeden start. Nie poprawia mi to jednak humoru, bo swój występ uważam za katastrofę. Dotarłam do mety (to cieszy), ale zawiodłam się na sobie. Popełniłam błędy, których nie powinnam była popełnić. Mogę próbować się usprawiedliwiać, ale to przecież bez sensu. Po pierwsze bardzo lekceważąco podeszłam do profilu trasy. Jedynie zerknęłam na przewyższenia (tylko kilkaset metrów więcej niż na setce w Krynicy), uznając, że będzie to "biegowy bieg". Jakże byłam w błędzie! aa3 Wystartowałam (tu muszę siebie pochwalić) rozważnie, na niskim tętnie, nie szarżując. Pierwsze 35 kilometrów pasowało mi bardzo, sądziłam, że tak będzie też dalej. Do pierwszego punktu (30km) dotarłam świeżutka, pełna energii. Plasowałam się na 9-11 pozycji (było dość gęsto wpadałyśmy praktycznie razem na ten punkt). Mimo to, miałam już kilkanaście minut przewagi nad Ewą i Edytą. Myślałam tylko o tym, by trzymać się Francuzki, z którą dość długo rozmawiałyśmy podczas tego pierwszego etapu. gere8 Niestety zgubiłam się. Głupota. Trasa była świetnie oznaczona, ale bardzo zdenerwowałam się na punkcie serwisowym (znowu moja wina! Źle spakowałam żele, okazało się, że zapakowałam tylko jeden na ten punkt, pewnie pomyliłam worki, bo czapki też nie było), wytrąciło mnie to z równowagi i przestałam się rozglądać. Pobiegłam za jakimś Włochem, który nagle stanął i stwierdził, że jesteśmy 500m od właściwej ścieżki. Łącznie to tylko kilometr straty, ale nerwów dużo! Po zawróceniu zaczęłam gonić dziewczyny, które mi uciekły. Nic, że wpadłam do strumienia;), że leżałam kilka razy jak długa. Próbowałam cisnąć. A zaczęło się podejście. 7 kilometrów prawdy. Wspinanie po skałach. W słońcu, w temperaturze 29 stopni w cieniu. Bardzo chciałam utrzymać pozycję. Zagotowałam się. Zamiast trochę odpuścić, ja brnęłam do przodu. Aż organizm sam powiedział stop. Achilles bolał coraz bardziej (troche głupotą był sam start w górach, ale zgłoszenia poszły już w sierpniu, czy lipcu - chciałam walczyć), kręciło mi się w głowie, uda zrobiły się ciężkie. Wylałam na siebie ostatnią butelkę wody, jaką miałam i to pomogło. Zaczęłam znowu wyprzedzać ludzi. aa2 Zdziwiłam się, gdy dogoniłam Kamila Leśniaka i Bartka Gorczycę. Chłopaki szli i nie wyglądało to dobrze. Ja biegałam... jeszcze. Było jednak coraz gorzej. Odwodnienie, zakwaszenie organizmu. Zagotowanie po prostu. "Ścięło mnie jak jajko" to najlepsze określenie mojego stanu. W głowie miałam tylko jedno "muszę ukończyć ten cholerny bieg, chcoćbym miała zrobić to pod koniec limitu - 16 godzin!". I tu znowu wychodzi moja ignorancja (może arogancja...), bo podśmiewałam się z tego limitu... Ostatnie 18 kilometrów szłam. Nie byłam już w stanie biec. Gdzieś tam po drodze wyprzedził mnie Kamil i Bartek (o moim stanie może świadczyć to, że na tak niewielkim dystansie Kamil dołożył mi godzinę!). Co chwilę wyprzedzały mnie dziewczyny. Ale nie walczyłam już z nimi, tylko ze sobą. gere2 Dobrnęłam na 32 pozycji (wystartowało 120 dziewczyn, ukończyły 2/3). Do zwyciężczyni miałam ponad DWIE!!! godziny straty... Na mecie byłam ponad cztery godziny przed limitem. Nie byłam w górach od Krynicy, trenuję w Warszawie. To nie miało prawa zakończyć się sukcesem. Inne teamy były w Portugalii od 2, czy nawet 4 tygodni. Tylko takie ekipy jak Polska, Ukraina, Łotwa dolatywały na ostatnią chwilę. W Hiszpanii, Francji dziewczyny trenują zawodowo. U nas wciąż jest to zabawa w sport. ger1 Oszukano mnie z temperaturą;) aa1 I tu ciekawa historia. W pewnym momencie wyprzedził mnie Islandczyk, klnąc, że u nich już śnieg i że nie takie warunki organizatorzy obiecywali. Po czym... wskoczył do jeziora!!! Muszę jeszcze wspomnieć o kijach. 90% ludzi biegło z kijami. Na początku stukałam się w głowę, potem zrozumiałam... ale... musztarda po obiedzie.... ***Musztarda dotarła na ziemie polskie dopiero wraz z wojskami napoleońskimi. Nie wiedziano wtedy, jak należy ją spożywać, dlatego na wielu szlacheckich stołach musztarda pojawiała się na końcu, po daniu głównym, a biesiadnicy jedli ją łyżkami na deser. Według legendy, podczas jednego z takich przyjęć zauważył to Napoleon, który krzyknął z oburzeniem: ''Ależ to jest musztarda po obiedzie!'' ***Musztardy nie jadłam w Portugalii - i może to jest przyczyna tak słabego występu;):)