Pogoda do ***
Zero stopni, grad, snieg, silny wiatr.
No i przez całą trasę samotność.
II Półmaraton Pabianicki.
Miało być w tempie planowanym maratońskim.
W zasadzie udało się;) Coś ok. 1:20
W miarę równy bieg, od początku na zakwasach, na zmęczeniu.
Na treningu nie zmotywowałabym się do takiego tempa.
Do tego wpadło lekką ręką 5 stówek, także... OK:)
Bartuś będzie miał dodatkowy prezent (BO STO LAT! DZIŚ SĄ 2 URODZINY BRZDĄCA)
Byłam druga z kobiet, ale nawet nie nawiązałam walki, bo nie taki był plan. Robiłam swoje.
...ale maraton w takim tempie, przy takiej pogodzie PRZERAŻA.
Trzeba odpocząć!
I wyzdrowieć (cała paczka chusteczek mi zeszła w trakcie biegu...)
Trasa łatwiutka w porównaniu do Warszawy, ale warunki, znacznie gorsze. No i pełna samotność (17 miejsce open).
Pn, 2 kwietnia 2012, 11:34
Poniedziałkowa regenracja.
Sauna i jacuzzi,
pełen relaks.
Powoli zaczynam odczuwać przedmaratońską tremę...
MARZEC - 342, 5 KM (najsłabiuśniej w tym roku;) wszystko przez paskudną jelitówkę.
No i zaczęły się starty.
Mimo wszystko sezon zimowy uważam za najlepiej przepracowany ever.
Śr, 4 kwietnia 2012, 08:16
trema
trema
trening już raczej regeneracyjny
wtorek, 3 kwietnia
13 km wariacji (zakończone 3 x 1'/1' w tempie 3,30 min/km)
Trochę ćwieczeń ogólnorozwojowych na siłowni.
Wizyta w Ortorehu - prfilaktyczne.
I tutaj dygresjia - czemu biegacze tak mało dbają o swoje zdrowie? Na rehabilitację trafiają dopiero, gdy sobie coś zerwą, gdy jest już naprawdę źle. A przecież należy poważnie traktować każdy ból, który nie wynika ze zmęczenia mięśni. Im szybciej zaczniemy "sobie pomagać", tym szybciej uda się pozbyć kontuzji lub zupełnie jej zapobiec...
No, ja w każdym bądź razie DBAM o siebie. Bo kontuzja to NIEBIEGANIE, a tego chiałabym za wszelką cenę uniknąć....
środa, 4 kwietnia
12,5 km porannego biegu pod górkę
Cz, 5 kwietnia 2012, 10:37
dawno tak źle mi się nie biegło. Wróciłam po 9,2 km (tempo 5,10- 5,15??)
brak... no, wszystkiego brak, trzeba było sobie pospać, zamiast zrywać się na bieganie:(
So, 7 kwietnia 2012, 06:22
Wreszcie krótkie wakacje.
Mrągowo.
Wczoraj poranne warszawskie 7.7 km w narastajacym tempie, a wieczorem (bo jednak udało się dojechać przed zmrokiem) po mazurskich polach 12.6 km w tempie 4,40min/km
Czuję, że żyję, ależ tu pięknie. A bartuś szaleje, aż miło - i nockę całą przespał...
Niestety jutro zapowiadają ŚNIEG
So, 7 kwietnia 2012, 11:38
Sobota wielkanocna, 7 kwietnia
Przepiekne 16 km
Może nie jestem normalna, ale było pięknie: wiatr, deszcz, grad, lis przebiegający mazurską drogę, bociany próbujące mnie dogonić, para czapli wydająca godowe dźwięki, pustka...
Wróciłam mokra, zmarznieta i szczęśliwa...
Potem masaż szwedzki.
Basen (pluskanie z brzdącem - oj, to jest trening!)
Gonienie Bartusia po hotelu - nie wiem ile kilometrów, ale zdecydowanie Młody należy do aktywnych dzieci!
Pierwszy tydzień kwietnia - 96,4 km. Zaskoczenie...
N, 8 kwietnia 2012, 13:22
Niedziela, WIELKANOC
11,2 km. Śnieg, wiatr, sople...
Pn, 9 kwietnia 2012, 17:19
Poniedziałek, bardziej wiosenny, PLUS TRZY!! i słońce!!
12,3 km ( 300 metrów dzieli nasz pokój od wejścia do hotelu
raj dla malucha. Zagadka: ile km Bartuś pokonuje dziennie...???)
masaż gorącymi kamieniami
basen
sauna
piwo
Wt, 10 kwietnia 2012, 18:02
bardzo ciężkie poranne 10,2 km
I do domu
Zdecydowanie potrzebuję więcej odpoczynku. Za dużo mam na głowie lecz niestety szykują się bardzo ciężkie dwa tygodnie. I to nie za sprawą maratonu...
Rzeczywistość.
Cz, 12 kwietnia 2012, 07:33
Środa - odpoczynek, a raczej zdychanie
Od trzech dni nie mogę spać,w pracy sajgon (audyt i takie tam).
Młody na pograniczu choroby.
Maciek w rozjazdach.
SPAĆ!
Czwartek - rano (bo Młody postanowił wstać o 5.30...)
9,1 km, 3 x 2' (na pobudzenie)
Słabo, ciężko.
Nie wiem, czy był jeszcze trzynasty...
Mimo to ponad 10h snu... ale nie da się tak "na raz" odespać wszyzstkich zaległości.
Jak nie pozwolić przeziębieniu rozwinąć się?
Idę pobiegać...
So, 14 kwietnia 2012, 08:54
Całe 5,3 km człapania. Aż się spociłam... 4 przebieżki.
Wiatr, zimno.
To drugie na plus....
Moje samopoczucie słabe, bo zatkany nos i ciężko mi się "zmysłami" świat odbiera.
Cóż... trzeba będzie zmobilizować wszystkie siły organizmu na jutro....
N, 15 kwietnia 2012, 04:07
To jeszcze podsumowanie poprzedniego tygodna:
całe 48,1 km
plus 1 kg i jestem ciężka jak słoń, chyba przereklamowane to ładowanie węglowodanami, choć we wrześniu w Warszawie sprawdziło się
zmęczenie pracą
skrajne niewyspanie
KATAR (fuck!~to mnie najbardzie martwi)
gardło zainfekowane (ale rozwinięcia w tej materii oczekuję za dzień, dwa...)
Bilans mało optymistyczny, ale...
RYZYKUJEMY
Nie mam nic do starcenia, najwyżej zejdę z trasy - to nie Mistrzostwa Świata.
Numer 17... cokolwiek to oznacza... mam nadzieję, że Włosi nie mieli racji:
We Włoszech uważana za pechową na zasadzie: 17 = XVII = vixi = "żyłem" = "już nie żyję".
Martwi mnie też prognoza - na tę godzinę, to już chyba aktualna: deszcz i silny wiatr (przynajmniej temperatura sprzyja - ma być 8-10 stopni).
Trochę dziwnie czuję się należąć do elity, gdzie jednak inne dziewczyny mają życiówki poniżej 2:40 - nawet jeżeli kilka sekund poniżej, to jednak jakoś to wygląda... a moje 2:48... No, mocny wynik amatorski
W ogóle śmieszna sprawa z tą elitą w Łodzi - kilkunastu Kenijczyków, Etiopczycy... mocno afrykańsko. Nie udało się zmobilizować czołowych Polaków do startu.
Pn, 16 kwietnia 2012, 09:00
15 kwietnia 2012, niedziela
ŁÓDŹ MARATON
Na maraton w Łodzi zdecydowana byłam już wczesną zimą. Nie wiedziałam, jak będę przygotowana, jak uda się przepracować zimę. W sowich przygotowaniach wykonywałam raczej pracę "pod połówkę", ale ja nigdy nie biegałam dużo, nie uznaję (jeszcze) prędkości maratońskich na treningach. Mimo wszystko była to rekordowa zima, zarówno pod względem kilomerażu (w lutym nawet przekroczyłam 400km!! Wariactwo normalnie...), a także siły (przyznam, że właściwie po raz pierwszy wprowadziłam siłe, jako stały elemnt treningu, dodatkowo 16 razy prowadziłam zajęcia na hali lekkoatletycznej).
Półmaraton Warszawski był udanym startem, choć warunki pogodowe nie sprzyjały (ale w tym roku jestem chyba skazana na SILNY WIATR!), nie sprzyjał też tydzień poprzedzający start (zatrucie i 4 dni ... umierania).
Tydzień po półwce w Warszawie pobiegłam kontrolnie półmaraton w Pabianicach (wiosenna zamieć śnieżna, -1 stopień i ... WIATR), 1:20:29 sekund. To potwierdziło, że przy sprzyjajacej aurze jestem w stanie atakować 2:40. A przynajmniej próbować, jak najbardziej zbliżyć się do tego wyniku.
Niestety tydzień przed maratonem był... ciężki. Dużo pracy w pracy, 3 nieprzespane noce, choroba Bartusia. Słowem - nie czułam się komfortowo. Dodatkowo waga zamiast 49 pokazywała 51 - a to jednak (niestety) na maratonie akurat, ma znaczenie.
Po raz pierwszy w maratonie startowałam, jako ELITA. Co to oznacza? Dostałam dwa numery startowe - na tył i przód, z imieniem i nazwiskiem, miałam prawo do ustawienia na specjalnych stolikach swoich odżywek, no i start ze sterfy zero, czyli pierwszej linii. Mieliśmy też zapewniony specjalny namiot przy strefie startu oraz wolontariusza, który zabierał nasze rzeczy do hali Atla Arena.
Niestety start się opóźnił o 10 minut. Duże "niestety", bo padało. Temperatura 7 stopni (wydawałoby się optymalna), ale deszcz i silny wiatr. Jak silny... o tym przekonałam się na trasie.
Nie czułam się dobrze. Brak było luzu, wypoczęcia. Dodatkowo zatkany nos i postępująca infekcja gardła. Mimo wszystko postanowiłam zaryzykować i trzymać się Ukrainki i Białorusinki (miały biec na złamanie 2:40).
Jednak już na pierwszym kilometrze odpuściłam, bo dziewczyny biegły po 3:20... ja 3:44 min/km. Na trzecim jednak doszłam je i do 14 km biegłam za nimi. Niestety dziewczyny strasznie szarpały tempo (od 4,0 do 3,28), a ja tego nie znoszę, nie umiem tak biegać. Gdy 14km wyszedł w 3,28, odpuściłam.
W ogóle śmieszna sprawa z tą elitą w Łodzi - kilkunastu Kenijczyków, Etiopczycy... mocno afrykańsko. Nie udało się zmobilizować czołowych Polaków do startu.
Rozsądek podpowiadał mi, że umrę... gdy to pociągnę. Wiedziałam już też, że zdecydowanie, przy tych warunkach, ambicje trzeba włożyć w kieszeń.
I zostałam.
SAMA.
Motywacja sięgnęła dna.
Korciło zejście.
Ale przecież nie po to napychałam się tymi wszystkimi węglowodanami i czułam jak nadmuchana świnka, żeby zejść. Trzeba to SPALIĆ - myślałam. No i tup-tup. Połówka wyszła ok 1:22. Po połówce dostałam rowerowe wsparcie - DZIĘKI
Niestety rower nie potrafi osłonić od wiatru, ale obecność towarzysza - BEZCENNE. Ja starałam się nie mówić, jednak jakaś konwersacja przez cały czas istniała. To pomogło. Choć do 32 km UMIERAŁAM. Głupio przyznać, że ten kryzys był tak długi... ale tak było. W głowie jednak kołatało się to "zejść, zejść...". Po 32 drugim km odżyłam. Naprawdę, zaczęło mi się dobrze biec. I znowu biegłam poniżej 4 min/km. Na 41 km doszłam Białorusinkę. I rozkręcałam się...
2:46:44 netto/ 2:46:47 brutto
ostatni kilometr i finisz
Ambicje były większe, ale to maraton.
Zdobytego doświadczenia nikt mi nie zabierze.
Do tego dystansu potrzebna jest pokora i respekt.
Jestem zadowolona, że nie zeszłam, że dotrwałam, że finiszowałam, że zakwasów prawie nie mam.
Jest życiówka poprawione o mocne dwie minuty.
Miejsce piąte.
To już szósty maraton i szósta życiówka:
3:26
3:10
3:03
3:00
2:48
2:46
Pn, 16 kwietnia 2012, 13:22
armin pokazał mi dystans o 700 metrów dłuższy niż maratoński!
16 kwietnia, poniedziałek
Zasłużony odpoczynek, czyli basen plus sauna (basen to pluskanie, a nie pływanie;)
Chciałabym podziękować Ewie Witek i klinice Ortoreh za pomoc
:):)
A teraz trzeba się przywrócić spowrotem do sprawności i porobić trochę życiówek na krótkich dystansach!
Śr, 18 kwietnia 2012, 07:05
Roznosi mnie.
Dziś bym mogła wykręcić niezły rekordzik na 10km...
A trening?
8 km w narastający tempie. Miałam tylko trzydzieści pięć minut...
Ja biegłam maraton?
Jakże różni się tegoroczne doświadczenie od poprzednich...
Cz, 19 kwietnia 2012, 17:05
10,6 km, kilka przebieżek
deszczowo
nijako
wiosna?? to ma być wiosna??
Dzisiaj w Trójce inspirująca rozmowa z pewnym księdzem. Co Pan sądzi o polskim społeczeństwie? Niestety u nas mamy bardzo silne połaczenie nauki kościoła z marskizmem, co oznacza: miłosierdzie dla biednych, nienawiść do bogatych...A ja właśnie lubię bogatych, bo to oni mogą pomagać. Bezinteresownie...Na dużą skalę
Pt, 20 kwietnia 2012, 11:45
piątek, 20 kwietnia!
ależ ten czas leci!!!
dziś siłowo - 47 minut: 10 km pod górkę, 2 minuty drabinkowania, suwnica, brzuchy.
Za tydzień biorę się za porządny trening 😀 I odchudzanie. I dbanie o siebie. I mam nadzieję, że wiosna wreszcie nastąpi:D
N, 22 kwietnia 2012, 09:17
sobota - 17,6 km tempo 4,38
niedziela - 10 km (w tym 6 x 100 m podbieg), tempo 4,30
Wt, 24 kwietnia 2012, 05:36
W niedzielę wieczorem długi i pelen niespodzianek lot do Norymbergii... życie potrafi zaskakiwać
Po dotarciu do hotelu byłam tak zmęczona, że padłam. Ale spało mi się fatalnie.
Rano 9,1 km, tempo 4,40 min/km
Nie powiem, żeby to był miły bieg...
Cz, 26 kwietnia 2012, 12:46
Wtorek -8,6 km
Środa - 9,7 km
Czwartek - pierwszy lepsiejszy trening od dawna - 13,2 km w tym pół godziny bnp, potem 4 x 3' (ok. 3,30 min/km), P:2' (4,30 min/km) plus 6' pod górkę.
Orzeźwiające.
Pt, 27 kwietnia 2012, 09:03
Piątek, 10,3 km w większości pod górkę.
N, 29 kwietnia 2012, 19:49
w nocy z piątku na sobotę złapało mnie choróbsko...
a tu wyjazd na obóz...
czyżby historia miała się powtórzyć???
Sobota - masakra, ledwno przetrwałam podóż z wwy do Brzozy.
Tam 6km rozbiegania (ale z gorączką słabo się biega...).
Noc - wyzwanie, ropne zapalenie gardła.
mimo to zdecydowałam się na start w Toruniu...
ot, rekreacyjnie
żeby nie było, że to bieganie takie poważne zawsze musi być...
gorzej, że kapelusik dwa razy trzeba było gonić
normaanie wywczasy...
ale tak serio, to naprawdę, plus 32 to słaba pogoda do biegania, szczególnie gdy upał atakuje nagle...
karetka kursowała non stop...
Pn, 30 kwietnia 2012, 14:28
I... tutaj odpukuje, chyba udało się "zabiegać" chorobę.
W niedzielę, po biegu toruńskim, nie byłam w stanie wydać z siebie dźwięku (jakież zdziwienie pana spikera, gdy na migi pokazałam, że "niet", nic nie powiem, bo chora jestem...
Ale gorączka zprzeszła po biegu.
Zawalone zatoki i uszy też zaczęły się oczyszczać...
Dziś już tylko smarkam cały czas, ale samopoczucie so-so... (i odetchnęłam, bo mi się PITa udało wysłać...).
Rano 3 km rozruchu plus ćwiczenia
Po śniadaniu 14 km, w tym siła biegowa (krótka, ale w tym upale...)
qcze, szkoda mi zmarnować formy, którą mam... Może na weekend się ochłodzi, a ja wyzdrowieję i wreszcie uda się coś konkretnego na dyszkę nabiegać...
Po południu 8,1 km plus godzina aerobiku.
Łącznie 25 km.
Kwiecień: 338 km



W najnowszym Shape kilka słów o tym, dlaczego bieganie jest fajne, modne i ogólnie naj, naj. I dla kobiet do tego wszystkiego.
So, 3 marca 2012, 15:18
sobota, 3 marca
TADAM...
Na szczęście dzisiejszy start terningowy w Falenicy podbudował mnie i pokazał, że forma konsekwentnie rośnie, tzn. dobrze, że nie było jej w styczniu
Ależ ja uwielbiam biegać 
A przetarcie może być dobre.
Martwi mn ie tylko start, dopiero o 13.25... czyli znając życie, uwzględniając opóźnienia, bieg skończy się przed trzecią, czyli czeka mnie podróż po ciemku. Do Łodzi po Małego.
Dobra, tym będę martwić się później;)
So, 10 marca 2012, 18:34
Poszło lepiej niż miało, choć i medal był w zasięgu, ale chwila nieuwagi i straciłam grupkę:(
Ostatnie 2 km samotnego biegu, właściwie bez motywacji (następna zawodniczka była daleko), że praktycznie pokonałam truchtem.
Cieszę się ze startu, bo się bardzo fajnie "przetarłam", długo trzymałam prowadzącą grupę.
No i już wiem, co to przełaje - niestety trasa... płaska, zbita - słowem "żenująco łatwa" - nie sądzę, że tak wyglądają trasy przełajowe na świecie.
Cóż.
Śmieszą mnie komentarze koleżanek, które dawno formę straciły i starają się zdyskredytować te zawody.
Ale cóż...Polka potrafi
Najnowszy magazyn LA zrobił podsumowanie sezonu 2011.
Śr, 14 marca 2012, 14:37
Czas 36:18 (co po 8 km w ogóle przestało mieć znaczenie, bo biegłam na krawędzi stóp).
Gdyby tego było mało!
Pod wieczór dopadła mnie (a potem całą rodzinę!) grypa żołądkowa. Paskudna, w najgorszym wydaniu. W niedzielę miałam ochotę umrzeć...
Tak to skończył się wypad do Poznania, a przecież trzeba było jakoś wrócić... MASAKRA - Maciek ledwo nas doprowadził do domu (bo choć jego rotawirus zaatakował w mniejszej skali i później, to napady duszności, odruch wymiotny - to wszystko towarzyszyło nam w drodze powrotnej). Gdy dotarliśmy do domu, dosłownie rzuciliśmy się na łóżko i zasnęliśmy (na szczęście Bartuś miał ten sam plan).
Start w połówce w Warszawie stoi pod wielkim znakiem zapytania.
Idę z powrotem spać i panować nad żołądkiem...
Co ma być, to będzie!
Skarpetki compressport były dopełnieniem stroju (oczywiście paznokcie też pod kolor).
W skarpetach zakochałam się i już ich nie opuszczę:)
Pn, 26 marca 2012, 17:56
ale w te mrozy się nie da
Dzisiaj (piątek, 10 lutego) 13,2 km w równą godzinę, w tym 6 x 2' (3,40 min/km). Nie robiłam więcej, bo a nóż, jutro zdecyduje się startować na kabatach.
No ale nie wiem czy się zdecyduję, bo jakoś tak nie widzę startu w mróz.
No i byłoby to na pełnym obciążeniu treningowym, także wolno, może w tempie maratonu.
Zobaczymy.STOP MROZOM.
Pn, 20 lutego 2012, 13:39
podsumowanie tygodnia: 92 km
jakoś mi się wszystko posypało:(
po naprawdę fajnym sobotnim wybieganiu, w niedzielę umierałam... czułam się chora, jakby pojemność płuc ktoś zmniejszył mi o trzy czwarte
dusiłam się przy odychaniu
do tego jestem jakaś taka spuchnięta
BE
Dzisiaj spróbowałam 9,6 km, bólu w płucach już nie czułam, ale miły trening to nie był...
o co kaman???
Wt, 21 lutego 2012, 12:30
Czasu mało, samopoczucie takie-sobie. Poza tym tydzień luzu się przyda.
11 km - 35 minut biegu pod górkę z narastającym nachyleniem, z czego od razu 3 km w tempie 3,45 min/km. Komfortowo.
Właściwie po bieganiu już się czułam lepiej.
Stwierdziłam, że jak będę mniej biegać, to może schudnę
Cz, 23 lutego 2012, 17:48
w środę po południu hala, w czwartek 9,6 km w "przelocie".
Jestem w niedoczasie.
Pt, 24 lutego 2012, 15:57
W czwartek poranne zderzenie z COMS-em i badania trwające ponad 3 godziny, bo do każdego gabinetu trzea swoje "odstać". A badanie wygląda prawie w każdym w ten sposób: "Ma pani jakieś problemy, zdiagnozowano coś kiedyś? ZDOLNA".
To tak w skrócie...
Czekam na wyniki krwi i moczu.
I może uda się w tym roku startować z licencją.
Po co?
W sumie, to sama nie wiem...
Ale gdybym w tym roku miała licencję, byłabym w kadrze Polski w biegach górskich. Tak oficjalnie. Co to znaczy? Nie wiem do końca, ale np. w COMS-ie takie osoby przyjmowane są poza kolejką... No! To już coś.
Tak naprawdę to postanowiłam zrobić ten kwitek ze względu na PW i MW w których i tak startuję...
W przypadku połówki zawsze jestem dziesiąta...Pewnie niewiele się w tym roku zmieni. Więc w sumie to i tak bez sensu... ale już, powiedziałam A.
Dzisiaj 14 km (ależ mam zakwasy).
Biegało się ciężko, dla "orzeźwienia" 7 x 2 minuty (wolniusieńkie i spokojniutkie po 3,45 min/km).
Trochę siłowni.
basen (z 15 minut)
2 x sauna.
N, 26 lutego 2012, 10:07
sobota, 25 lutego
16,3 km w tempie 4,26min/km
prawie odlatywałam w tym masakrycznym wietrze
bardzo nieprzyjemna pogoda
N, 26 lutego 2012, 17:23
niedziela, 26 lutego
28,5 km w tempie 4,38 min/km
warunki lepsze niż tydzień temu, ale wiatr... ale tak jakoś mi się nie chciało.
mimo wszystko wyszło nieźle.
potem rodzinny obiad itp.
Tydzień: 98 km, także odpoczynkowo-nie-odpoczynkowo.
Prawie połowa kilometrów w weekend...
Gdzie ta wiosna? Skrada się, ale tak jeszcze nie do końca...
).
Ale jestem bardzo zadowolona, bo ten bieg nie był łatwy.
Walczyłam ze sobą...
Niestety wciąż słabo wychodzi mi podbieganie. Muszę się za to wziąć...
Potem czwarta pętla w truchcie.
Łącznie 15 km
N, 8 stycznia 2012, 15:11
Niedziela, 8 stycznia (temperatura rozpieszcza, plus siedem). No, WIOSNA.
Ale biegało się słabo...
Wiadomo.
Wyszło (nie wiem jakim cudem, przez zamyslenie chyba).
18,5km tempo 4,52 (ale na początku znacznie powyżej 5min/km). Cały bieg czułam się ciężko.
Bolał mnie lekko kręgosłup (przez...boks na xBoxie...)
Tydzień 1 w roku 2012:
92,5 km (w 6 dni)
plus hala
1 start treningowy: Falenica
WOW
Pn, 16 stycznia 2012, 08:32
Dystans zmierzony przez Garmina + 330m!!!!
Sądziłam, że spokojnie złamię 57 minut.
Tymczasem wyszło 57,05 (57,03).
Gdybym wiedziała to choć na finisz bym się zdobyła...
ZIMNO.
W czasie biegu zaczął mnie niemiłosiernie boleć zmasakrowany 3 lata temu nadgarstek (złamanie 3 kości, źle złożone, ponownie łamane - no takie nieprzyjemnie sprawy). A teraz po raz pierwszy czułam reminescencje tego złamania (startość nie radość - w końcu to mój debiut w kategorii K30...).
Miejsce drugie - poddane na 12km.
Ale było mi tak źle, że nawet nie zakładałam, że będę walczyć.
ZIMNO.
Doskwierało mi na pierwszym kółku - dlatego pobiegłam za szybko (po raz pierwszy w ogóle nie kontrolowałam tempa). Pierwszy kilometr 3;15... Przegięłam. Ale to...ZIMNO...
Z drugiej strony, tempo z pierwszego kółka powinnam utrzymać, żeby czas był przyzwoity...
Poszczególne kółka (wg. oficjalnuch międzyczasów)
18,35
19,18
19,12
Nieciekawie
Mam nadzieję, że nie rozchoruję się na dobre...
ZIMNO
PS. Pocieszające, że przynajmniej oficjalna życiówka jest...
Ale do poprawy...
Podsumowanie tygodnia:55km
4 treningi (3 biegowe, 1 hala)
1 start i życiówka (formalność, ale czas niesatysfakcjonujący)
2 dni choroby i stanu podgorączkowego

Teraz na etapie przymierzania różnych nakryć głowy... a mam tego sporo;)
Wt, 24 stycznia 2012, 12:31
panowie zaczynali od nietypowej aktywności...
Mam już dość
